#RedBull nie dołącza do Black Lives Matter

Data: 23.07.2020 19:13

Autor: ziemianin

derstandard.at

#antyrasizm #austria #biznes #blacklivesmatter #przedsiebiorcy #rasizm #stanyzjednoczone #usa #walkazrasizmem #zachodniekoncerny #aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci

Dwóch dyrektorów amerykańskiego oddziału producenta napojów energetycznych Red Bull straciło pracę. Według nieoficjalnych informacji stało się tak, ponieważ chcieli oni uwzględnić postulaty części swoich pracowników. Domagali się oni włączenia austriackiego koncernu do działań prowadzonych przez „antyrasistowski” ruch Black Lives Matter.

#RedBull nie dołącza do Black Lives Matter

W zeszłym tygodniu pracę w Red Bullu miało stracić dwóch członków kadry zarządzającej koncernu w jego oddziale w Stanach Zjednoczonych. Właściciel firmy, Dietrich Mateschitz, miał więc zakończyć współpracę z CEO Stefanem Kozakiem oraz głównym dyrektorem ds. marketingu Amy Taylor. Oficjalnie nie podano powodów tej decyzji, ale nieoficjalnie mówi się o stosunku Amerykanów do ruchu Black Lives Matter.

Kozak i Taylor mieli pozytywnie odnieść się do listu części pracowników amerykańskiego oddziału firmy. Postulowali oni zaangażowanie marki Red Bull we wsparcie protestów po śmierci niejakiego George’a Floyda. Ponadto członkowie kadry zarządzającej austriackiego koncernu w USA proponowali, aby w ramach poparcia dla Black Lives Matter w firmie zaczęto zatrudniać większą ilość przedstawicieli mniejszości etnicznych.

Przede wszystkim centrali w Austrii nie podobało się samo wniesienie wspomnianego listu, a także jego „przeciek” do mediów. Jego treść sugerowała bowiem, że Red Bull nie chce wesprzeć murzyńskich protestów, choć do promocji swoich produktów wykorzystywał hip-hop, koszykówkę czy break dance, czyli wytwory „afroamerykańskiej” subkultury.


Na zdjęciu, z lewej Miliarder CEO Red Bulla Dietrich Mateschitz jest wielbicielem Donalda Trumpa, który wypowiadał się przeciwko #politycznapoprawnosc, po prawej od góry Dyrektor naczelny w Ameryce Północnej, Stefan Kozak, a na dole prezes i dyrektor ds. Marketingu w Ameryce Północnej, Amy Taylor, oboje zostali zwolnieni.

#AbsurdyPolitycznejPoprawnosci - Lody „Eskimo” mają obrażać mieszkańców Arktyki

Data: 16.07.2020 18:27

Autor: ziemianin

rp.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #absurdypolitycznejpoprawnosci #antyrasizm #biznes #dania #eskimosi #politycznapoprawnosc #przedsiebiorcy #rasizm #walkazrasizmem #lody

Duński producent lodów postanowił zmienić nazwę jednego ze swoich produktów. Marka „Eskimo” miała bowiem mieć „rasistowskie” konotacje, a więc obrażać ludy zamieszkujące tereny arktyczne. Ogółem używanie określenia Eskimosi od kilku dziesięcioleci jest krytykowane przez niektóre środowiska, lecz temat powrócił po ostatnich protestach związanych z wydarzeniami w Stanach Zjednoczonych.

#AbsurdyPolitycznejPorawnosci – Lody „Eskimo” mają obrażać mieszkańców Arktyki

Początkowo Hansens nie chciała nawet słyszeć o zmianie nazwy swoich popularnych lodów. Ostatecznie duńskie przedsiębiorstwo ugięło się pod naporem protestów, dlatego „po przemyśleniu sprawy” zdecydowało się na wycofanie z obiegu lodów „Eskimo”. Przedstawiciele Hansens twierdzą, że w ten sposób wycofują się z „obraźliwego traktowania i nierówności w stosunku do mniejszości i ludności tubylczej”.

Na razie lody będą jeszcze sprzedawane do wyczerpania zapasów, ale później powrócą na rynek już w bardziej poprawnej politycznie odsłonie. Firma podkreśliła po swojej decyzji, iż nazwa „Eskimo” może przypominać o czasach „nierówności i niesprawiedliwego traktowania”, czego wcześniej ona nie dostrzegała.

Już od ponad pięćdziesięciu lat mieszkańcy Grenlandii i Arktyki sprzeciwiają się używaniu określenia Eskimos, mającego według nich oznaczać „zjadacza surowego mięsa”. Tak przynajmniej utrzymują „antyrasistowscy” aktywiści, chociaż sami naukowcy nie są zgodni w kwestii pochodzenia tego słowa.

Kilka tygodni wcześniej na podobny krok zdecydowała się amerykańska firma Dreyer Grand Ice Cream Holdings, Inc., która zdecydowała się wycofać ze sklepu swoje lody na patyku noszące nazwę „Eskimo Pie”. Do zasad poprawności politycznej nie zamierza z kolei stosować się przedsiębiorstwo Premier, dlatego dalej będzie ono produkować lody marki „Kaempe Eskimo” („Wielki Eskimos”).

#Finanse ZUS sprawdzi wykorzystanie „Tarcz antykryzysowych”

Data: 11.07.2020 15:15

Autor: ziemianin

forsal.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #biznes #ekonomia #gospodarka #koronawirus #polscyprzedsiebiorcy #Polska #przedsiebiorcy #zakladubezpieczenspolecznych #zus

Zakład Ubezpieczeń Społecznych szykuje się do przeprowadzenia kontroli wśród przedsiębiorstw, które skorzystały z funduszy przekazanych w ramach czterech wersji „Tarczy antykryzysowej”. Medialni eksperci starają się jednak przekonywać, że ustalenie prawdziwego wykorzystania środków przez firmy będzie niezwykle trudnym zadaniem.

#Finanse ZUS sprawdzi wykorzystanie „Tarcz antykryzysowych”

Już od paru tygodni w mediach pojawiają się informacje dotyczące nadużyć ze strony biznesu. W wielu firmach pieniądze przekazane na pensje dla pracowników albo do nich nie trafiły, albo dochodziło do bezprawnych zwolnień będących konsekwencją zawieszenia funkcjonowania przez Państwową Inspekcję Pracy. W tym tygodniu okazało się z kolei, że firmy nie inwestują otrzymanych pieniędzy, zamiast tego trzymając je na swoich kontach.

Sprawą wykorzystania funduszy z „Tarcz antykryzysowych” zajmą się więc kontrolerzy ZUS-u. Przedstawiciele tej instytucji twierdzą, że warunki konieczne do spełnienia były jasno określone, a dodatkowo w weryfikacji danych pomogą informacje przekazywane przez Krajową Administrację Skarbową. Jednocześnie ZUS przyznaje, iż z powodu wyjątkowych okoliczności szybkie przekazanie pieniędzy przedsiębiorcom było konieczne, stąd zakładano prawdziwość danych przekazywanych przez wnioskodawców.

Rozmówcy portalu Forsal.pl w ciemnych barwach widzą jednak możliwość skontrolowania przedsiębiorstw. Ich zdaniem będzie trudno udowodnić nadużycia w tej sprawie. Przyjmowanie przez rządzących i parlament kolejnych odsłon tarczy odbywało się w niewielkich różnicach czasowych, dlatego kontrolerzy będą musieli chociażby sprawdzać daty wniosków i porównywać je z obowiązującymi w danym momencie zapisami „Tarcz antykryzysowych”.

Urzędy Pracy skontrolują dopłaty do pensji w ramach tarczy antykryzysowej

Data: 04.06.2020 12:29

Autor: ziemianin

money.pl

#januszebiznesu #biznes #kodekspracy #maleprzedsiebiorstwa #polscyprzedsiebiorcy #Polska #praca #pracawpolsce #prawopracy #przedsiebiorcy #publicznepieniadze #urzadpracy #aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci

Pojawia się coraz więcej informacji na temat oszustów wśród pracodawców, nie wypłacających wynagrodzeń mimo otrzymania pieniędzy z rządowej „Tarczy antykryzysowej”. Urzędy Pracy mają więc zbadać wydatkowanie publicznych pieniędzy przez przedsiębiorców, ale pojawia się przy tym poważny problem – wiele z firm po otrzymaniu dopłat może już nie istnieć.

Urzędy Pracy skontrolują dopłaty do pensji w ramach tarczy antykryzysowej

Wczoraj o problemie nieuczciwych pracodawców oszukujących swoich pracowników pisał portal Money.pl. Zauważa on, że internetowe fora zapełniły się zapytaniami do prawników odnośnie zaległości w wynagrodzeniach. Często sięgają one blisko trzech miesięcy, a spora część pracodawców nie wypłaca pensji choć otrzymała na ten cel pieniądze z budżetu państwa.

Ten sam portal informuje dziś, że sprawie mają przyjrzeć się Powiatowe Urzędy Pracy, bo to właśnie one były odpowiedzialne za przekazanie dopłat do wynagrodzeń z tytułu „Tarczy antykryzysowej”. Sami pracownicy mają zdawać sobie sprawę z otrzymania pieniędzy przez ich pracodawców, lecz nie mogą oni sprawdzić kiedy i ile dokładnie otrzymała zatrudniająca ich firma.

Przedstawiciele administracji państwowej przypominają o możliwości zgłaszania podobnych spraw do Sądów Pracy i Państwowej Inspekcji Pracy. Pierwsza z tych instytucji już funkcjonuje, prowadząc również swoje postępowania zdalnie. Inspekcja z kolei powoli zaczyna powracać z kontrolami prewencyjnymi. Ponadto umowy dotyczące dopłat do wynagrodzeń przewidują, że uzyskujące je firmy będą musiały przedstawić dokumenty świadczące o sposobie wydatkowania środków publicznych.

Money.pl zauważa jednak, że najłatwiej będzie przeprowadzić kontrole Urzędom Pracy działającym na prowincji oraz w mniejszych ośrodkach, ponieważ tam funkcjonuje oczywiście dużo mniej przedsiębiorstw. Sytuacja wygląda gorzej w większych miastach. Część firm może bowiem zostać zlikwidowana zanim kontrolerzy zdążą upomnieć się o informacje dotyczące wydatkowania „Tarczy antykryzysowej”.

Mogą powstać państwowe sklepy spożywcze

Data: 28.05.2020 17:04

Autor: ziemianin

bankier.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #branzaspozywcza #ekonomia #gospodarka #panstwo #panstwoweprzedsiebiorstwa #panstwowespolki #polscyprzedsiebiorcy #Polska #polskiesklepy #produkty #zywnosciowe #przedsiebiorcy #rolnictwo #sklepy #warzywa

Rolnicy od kilku lat coraz głośniej skarżą się swoją pogarszającą się sytuację. Firmy przetwórcze oraz hipermarkety płacą im niewielkie pieniądze za produkty rolne, choć same zarabiają krocie na wysokich marżach. Między innymi z tego powodu od kilku miesięcy w resorcie rolnictwa trwają prace nad rozwiązaniem tego problemu, a jednym z elementów działań państwa mogłoby być między innymi powołanie sieci sklepów spożywczych.

Mogą powstać państwowe sklepy spożywcze

Przed rokiem parlamentarna komisja rolnictwa została poinformowana o rozpoczęciu prac nad utworzeniem Krajowej Grupy Spożywczej. Ministerstwo Rolnictwa tworząc holding chce, aby funkcjonował on na zasadach rynkowych, posiadając jednocześnie realny wpływ na rynek rolno-spożywczy. Celem takich działań byłoby stworzenie zasad wzajemnej kooperacji pomiędzy producentami rolnymi, zakładami przemysłowymi i spółkami z szeroko rozumianym kapitałem państwowym.

Dzisiaj do sprawy odniósł się wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń. Stwierdził on, że rząd chce aktywnie włączyć się w kreowanie sytuacji we wspomnianym sektorze gospodarki, a jednym z elementów tego planu może być kooperacja z podmiotami funkcjonującymi na rynku. Jednocześnie rządzący nie wykluczają, że owocem ich działalności może być między innymi powołanie państwowej sieci sklepów spożywczych. W ten sposób możliwa byłaby obecność państwowego kapitału „od pola do stołu”.

Od kilku lat narastają problemy polskich rolników, skarżących się na coraz mniejszą opłacalność produkcji rolnej. Trend ten spowodowany jest niewielkimi cenami skupu produktów rolnych, które oferowane są przez kontrolowane głównie przez obcy kapitał zakłady przetwórcze oraz hipermarkety. Wynika to głównie z pozycji rynkowej takich przedsiębiorstw, posiadających możliwość narzucania rolnikom zaniżonych cen skupu. Państwo zamierza tymczasem włączyć rolników w proces kształtowania się firm przetwórczych.

Sieci aptek żerowały na koronawirusie

Data: 26.05.2020 10:00

Autor: ziemianin

wiadomosci.dziennik.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #biznes #farmaceutyka #finanse #koncerny #koronawirus #leki #oszusci #polscyprzedsiebiorcy #Polska #przedsiebiorcy #zdrowie #januszebiznesu

„Dziennik Gazeta Prawna” ujawnił wiadomości wysyłane przez menadżerów spółek do kierowników aptek. Chcąc zarobić na koronawirusie, największe sieci apteczne zdecydowały się między innymi na fałszowanie dokumentacji dotyczącej sprzedaży leków na receptę, a także na ograniczenie dostępu do żeli antybakteryjnych w celu podbicia ich ceny oraz na wciskanie ludziom suplementów rzekomo chroniących przed COVID-19.

Sieci aptek żerowały na koronawirusie

Gazeta dotarła do wspomnianej korespondencji, bo na jej ujawnienie zdecydowali się kierownicy niektórych aptek. Dzięki temu dziennik otrzymał wgląd do kilkudziesięciu e-maili od menadżerów dużych sieci aptecznych. Ponadto Ministerstwo Zdrowia potwierdziło otrzymanie szeregu sygnałów dotyczących licznych nieprawidłowości, które miały miejsce w ciągu ostatnich kilku tygodni pandemii koronawirusa.

Specjaliści za najbardziej bulwersującą praktykę uznali rozliczanie kierowników aptek z liczby wystawionych recept farmaceutycznych. W tym miejscu warto podkreślić, że istnieje tylko jedna legalna możliwość otrzymania przez pacjenta leków bez recepty od lekarza – można je otrzymać w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia, gdy nie udało się otrzymać pomocy od medyka. Drugą, nielegalną opcją jest oczywiście fałszowanie dokumentacji. Sprzedaż dużej liczby leków na receptę powoduje, że nie są one refundowane, dlatego zarobki przedsiębiorcy stają się większe.

To niejedyna haniebna praktyka stosowana przez apteki w czasie koronawirusa. Menadżerowie wielkich sieci zmuszali też kierowników do utrudniania dostępu do żeli antybakteryjnych, które na początku pandemii były niemal nie do zdobycia. Przedsiębiorcy postanowili więc sprzedawać je jedynie w „pakietach ochronnych”, na które składały się również suplementy mające rzekomo chronić ludzi przed zarażeniem COVID-19.

Przybył pierwszy samolot z Ukraińcami

Data: 25.05.2020 15:17

Autor: ziemianin

forsal.pl

#biznes #biznesiimigranci #imigracja #imigracjawpolsce #imigranci #imigranciwPolsce #polscyprzedsiebiorcy #Polska #praca #pracawpolsce #przedsiebiorcy #ukraina #ukrainskaimigracja #aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci

Ukraińskie media informują o przybyciu do Polski pierwszego samolotu z grupą ukraińskich pracowników na pokładzie. Transport zorganizowała jedna z firm zajmujących się rekrutowaniem obcokrajowców do pracy w naszym kraju. Rządzący jak widać mimo swoich ostrzeżeń dotyczących wzrostu bezrobocia nie zamierzają zmieniać polityki imigracyjnej, a dodatkowo zapewnili Ukraińcom długoterminowe umowy o pracę oraz ubezpieczenie zdrowotne.

Przybył pierwszy samolot z Ukraińcami

Już od paru tygodni zastanawiano się w jaki sposób umożliwić taniej sile roboczej powrót do Polski, ponieważ miało wyjechać podobno trzy czwarte zatrudnionych dotychczas w naszym kraju Ukraińców. Szybko okazało się jednak, że tak naprawdę polsko-ukraińską granicę przekroczyło tylko około 155 tys. osób. W połowie maja agencja zatrudnienia Gremi Personal zapowiedziała z kolei organizację czarterów dla imigrantów chcących wrócić do Polski.

Ukraiński portal „Europejska Prawda” poinformował dzisiaj, że na lotnisku na warszawskim Okęciu wylądował pierwszy samolot z Ukraińcami. Mają oni teraz przejść blisko dwutygodniową kwarantannę w wyznaczonych do tego celu ośrodkach, co jest możliwe dzięki zgodzie władz w Warszawie i Kijowie. Ponadto zgodnie z wymogami ukraińskiego rządu wszyscy pracownicy mają mieć długoterminowe umowy o pracę oraz ubezpieczenie zdrowotne.

W tym miejscu warto przypomnieć, że na początku maja minister pracy, rodziny i polityki społecznej Marlena Maciąg twierdziła, iż bezrobocie mogło wzrosnąć już do blisko 960 tys. osób. Ponadto szefowa wspomnianego resortu przewiduje, iż na koniec bieżącego roku bez pracy może pozostawać blisko półtora miliona Polaków.

Transportowa „potęga” na glinianych nogach

Data: 24.05.2020 18:58

Autor: ziemianin

money.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #biznes #ekonomia #gospodarka #maleprzedsiebiorstwa #polscyprzedsiebiorcy #Polska #polskiefirmy #przedsiebiorcy #transport

Przez ostatnich kilka lat powtarzano jak mantrę, że Polska jest potęgą w branży transportowej. Obecny kryzys obnażył jednak prawdziwą kondycję tego sektora, który był w stanie realizować dużą ilość przewozów właściwie tylko z powodu niskich marż i tym samym cen konkurencyjnych wobec podmiotów z Europy Zachodniej. Zdecydowana większość firm transportowych to małe przedsiębiorstwa, nie potrafiące powiększyć swojego kapitału oraz rezerw.

Transportowa „potęga” na glinianych nogach

Przez wiele miesięcy polskie władze lobbowały przeciwko dyrektywie Unii Europejskiej o pracownikach delegowanych. Miała ona bowiem uderzać głównie w polską branżę transportową. Podkreślano, że konieczność dostosowania się do przepisów dotyczących pensji minimalnej i praw socjalnych kierowców spowoduje, iż przedstawiciele tej branży przestaną być konkurencyjni na rynku europejskim. Tymczasem ilość kursów obsługiwanych przez polskie przedsiębiorstwa rosła niezwykle dynamicznie.

Kryzys spowodowany koronawirusem obnażył jednak prawdziwy obraz polskiej branży transportowej. Zamknięcie granic i spowolnienie gospodarcze musiało oczywiście odbić się na kondycji tego sektora. Z tego powodu obecnie jest więcej kierowców chcących jeździć niż samych transportów do przewożenia. Polskie firmy oferują więc obecnie 250 złotych za dzień pracy, stąd wiele osób pracujących w tej branży postanowiło skorzystać z ogłoszeń niemieckich pracodawców, którzy są skłonni płacić po 450 złotych netto. W niektórych przedsiębiorstwach oferowana stawka to nawet 200 złotych na dzień.

Ogółem szacuje się, że w polskiej branży transportowej działa 125 tys. firm, w których pracuje blisko 700 tys. osób. Problem w tym, że 90 proc. z nich to małe przedsiębiorstwa. Dodatkowo część z nich działa dzięki autom wziętym w leasing, dlatego są one z tego tytułu zadłużone łącznie na 17 mld złotych. Tym samym zdecydowana większość z nich nie posiada możliwości zwiększania swojego kapitału, nie mówiąc już o rezerwach finansowych na wypadek nawet przejściowego kryzysu.

Maciej Wroński, prezes organizacji przewoźników Transport i Logistyka Polska, dosadnie komentuje obecną sytuację. „Nie jesteśmy potęgą. Irytuje mnie powtarzanie tego w kółko. To, że wykonujemy dużo przewozów, ma małe znaczenie w sytuacji, kiedy nasze marże są na poziomie znacznie niższym niż w Europie Zachodniej” – mówi on w rozmowie z portalem Money.pl. Właśnie dzięki temu polskie firmy mogą konkurować cenowo na rynkach Europy Zachodniej, ale nawet przy dużych przychodach nie są w stanie stworzyć rzeczywiście silnych podmiotów gospodarczych.

„Rzemiosło polegające na tym, że mam 3 tiry i zarządzam ich pracą jak w w latach 90., przechodzi do historii. Wygrywają skomputeryzowane procesy, platformy cyfrowe i podmioty zarządzające setkami pojazdów„- twierdzi Wroński. Portal Money.pl przedstawia nawet przykład takiej firmy. Adar postawił właśnie na rozwój technologii informacyjnych, dlatego też stał się organizacją zarządzającą flotą blisko pół tysiąca ciężarówek.

Lichwiarze znowu płaczą

Data: 17.05.2020 10:58

Autor: ziemianin

businessinsider.com.pl

#lichwiarze #aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #pozyczki #gotowka #pieniadze #finanse #koronawirus #kredyty #lichwa #Polska #przedsiebiorcy #uslugifinansowe

Wakacje kredytowe będące jednym z elementów „Tarczy antykryzysowej” od początku wzbudzały niepokój branży lichwiarskiej. Kilkukrotnie zapowiadała ona katastrofę na rynku pożyczkowym, teraz ponawiając swoje dotychczasowe zastrzeżenia. Tym razem przedstawiciele tej branży twierdzą, że większość z nich nie przetrwa najbliższego roku, co ma rzekomo pozbawić blisko dwóch milionów ludzi dostępu do kredytów.

Lichwiarze znowu płaczą

Przedstawiciele lichwiarzy byli zaskoczeni, gdy 31 marca prezydent Andrzej Duda podpisał przyjęte wcześniej przez parlament ustawy składające się na pierwszą część rządowej „Tarczy antykryzysowej”. Nowe przepisy miały uderzać w firmy udzielające pożyczek, bo określały między innymi górną granicę wysokości pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego.

Według Jarosława Ryby, prezesa Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych, „specustawa negatywnie ingeruje w model biznesowy instytucji pożyczkowych„, ponieważ nie miały one choćby czasu na przygotowanie nowej oferty.

Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego, jeszcze mocniej rozpacza nad sytuacją lichwiarzy. Ma ona przede wszystkim pretensje o brak konsultacji rządzących z jej branżą. To ma zaś doprowadzić do „likwidacji części sektora pożyczek pozabankowych” oraz „odcięcia milionów Polaków od legalnego i bezpiecznego źródła finansowania„. Co najbardziej „przerażające” zdaniem Wachnickiej apele o rezygnację z przepisów miały zostać zlekceważone.

Wspomniany Ryba twierdzi, że już w tej chwili doszło do redukcji liczby udzielanych pożyczek. W kwietniu miało być ich o blisko 80 proc. mniej, a dodatkowo niektóre przedsiębiorstwa kierowane przez lichwiarzy już zostały zamknięte. Informacje podawane przez Businessinsider.com.pl wskazują na zawieszenie działalności przez dziewięć firm pożyczkowych. Zdaniem Wachnickiej większość z takich podmiotów nie przetrwa najbliższego roku.

WTF? Grosza daj przedsiębiorcy, sakiewką potrząśnij

Data: 10.03.2020 20:02

Autor: ziemianin

rp.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #biznes #januszebiznesu #pieniadze #koronawirus #liberalizm #neoliberalizm #polscyprzedsiebiorcy #Polska #przedsiebiorcy #wtf

Jak mawiała brytyjska premier Margaret Thatcher „nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”. Z niepokojem przeczytałem więc, że grupa roszczeniowych przedsiębiorców domaga się pomocy finansowej od rządu w związku z koronawirusem, przez którą mogą zacząć żyć na koszt podatników i w konsekwencji się rozleniwić.

WTF? Grosza daj przedsiębiorcy, sakiewką potrząśnij

Apel w sprawie rekompensat dla pracodawców wystosowała Konfederacja Lewiatan, zaś niedługo potem przyłączył się do niej między innymi Business Centre Club. Organizacje przedsiębiorców domagają się wprowadzenia pakietu, który miałby zminimalizować ich straty związane z epidemią koronawirusa. W jego skład miałyby wchodzić nie tylko preferencyjne kredyty oraz zwolnienia ze składek, ale także państwowe dopłaty do wynagrodzeń pracowników. Biznesmeni nie chcą również ponosić żadnych kosztów związanych z działaniami państwa, które byłyby następstwem procedur mających zwalczać COVID-19.

Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie roszczeniowość polskich przedsiębiorców, a szczególnie Konfederacji Lewiatan. Na początku lutego miałem bowiem okazję wysłuchać wywiadu, jaki z jej prezydentem przeprowadził dziennik „Rzeczpospolita”. Niejaki Piotr Witucki twierdził wówczas, że celem jego organizacji jest obrona „liberalnego konserwatyzmu, zdrowego rozsądku oraz prywatyzacji”. Można tym samym jednoznacznie identyfikować jego poglądy z przekonaniami wspomnianej już Thatcher, która wedle własnych słów była przeciwniczką udzielania komukolwiek państwowej pomocy.

Abstrahując już od faktu, że „nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze”, należy przypomnieć do czego prowadzi jakakolwiek ingerencja państwa w rynek, a takową byłoby przecież udzielenie pomocy oczekiwanej przez przedsiębiorców. Otóż jej efektem są Związek Radziecki, Korea Północna, Polska Rzeczpospolita Ludowa czy z nowszych przykładów Grecja. Nieodpowiedzialne przekazywanie publicznych pieniędzy pracodawcom może więc naruszyć równowagę budżetu, a w konsekwencji doprowadzić do bankructwa państwa. Czy tego chcą właśnie Konfederacja Lewiatan i Business Centre Club?

Koszty społeczne takiej pomocy mogą być jednak jeszcze większe. Gdy firmy dostaną pieniądze od państwa mogą się od nich uzależnić. Jednorazowa pomoc dla przedsiębiorców grozi wzbudzeniem u nich przekonania, że politycy powinni częściej sprawiać im hojne prezenty. Dzisiaj otrzymają oni dopłaty do wynagrodzeń i zwolnienia podatkowe, zaś za rok lub dwa zaczną domagać się jeszcze bardziej rozbuchanych państwowych wydatków. To zaś w konsekwencji doprowadzi do ich rozleniwienia. Warto w tym kontekście podkreślić, że w Polsce działają tysiące przedsiębiorstw rodzinnych. Młodsze pokolenie patrząc na swoich rodziców pobierających tzw. „publiczne pieniądze” może więc posiąść wypaczone przekonanie, iż państwo zawsze rozwiąże ich problemy.

Polski biznes zdaje się więc w ogóle nie dostrzegać korzyści płynących z ewentualnych „problemów” będących następstwem koronawirusa. Najważniejszą z nich z pewnością będzie weryfikacja przedsiębiorców przez rynek, a także polepszenie puli genetycznej biznesmenów. W tej kwestii warto przypomnieć słowa Janusza Korwin-Mikkego, nestora polskich bojów o prawdziwy kapitalizm, który już pod koniec lutego dostrzegał korzyści płynące z koronawirusa. Wybitny wolnorynkowy polityk stwierdził wówczas, że dzięki COVID-19 „umierają najsłabsi i najmniej przezorni”. Przekładając ten tok rozumowania na działanie przedsiębiorstw, z rynku znikną po prostu firmy zarządzane przez słabych ludzi nie potrafiących poradzić sobie w prawdziwym życiu.

Wiele wskazuje jednak na to, że przedsiębiorcy nie będą musieli daleko oddalać się od swojej strefy komfortu. Przedstawiciele rządu już bowiem zapowiedzieli opracowanie odpowiednich rozwiązań dla biznesu. W takim wypadku musi to być jednak przemyślana pomoc, aby zminimalizować negatywne skutki wyciągania ręki do osób przejawiających symptomy wyuczonej bezradności. Najlepszym rozwiązaniem byłaby oczywiście prywatna dobroczynność. Na przedsiębiorców zagrożonych bankructwem składałyby się więc osoby, które po prostu mają taką potrzebę serca. Jak bowiem doskonale wiemy z wielu wolnorynkowych publikacji, jedynie dobrowolna dobroczynność jest prawdziwą cnotą.

Jeśli już jednak uruchamiany aparat państwowy, wówczas z pewnością nie możemy zgodzić się na pomoc pieniężną. Skąd bowiem mamy pewność, że pracodawca wyda otrzymane wsparcie właśnie na wspomniane pensje pracowników, a nie na swoje własne przyjemności, takie jak drogi alkohol czy nowy samochód? Polskiemu biznesowi należy więc dać wędkę, ale w żadnym wypadku nie rybę.