Data: 03.04.2020 05:44

Autor: FiligranowyGucio

Polish Holokaust – Ludobójstwo na Narodzie Polskim

80 lat temu, 3 kwietnia 1940 roku do Katynia wysłano pierwsze transporty polskich jeńców wojeńców wojennych, którzy byli przetrzymywani w obozach pracy na terytorium Związku Radzieckiego.

Pamiętamy!

https://polskieradio24.pl/39/156/Artykul/578555,Zbrodnia-katynska-zaglada-polskich-elit?fbclid=IwAR00LpTYVOzqP1uMGJrO7VrRx7jZTSlDr_4RQ9zbYoq3VnjqrTdolM_apao

#drugawojnaswiatowa

Data: 16.03.2020 18:46

Autor: FiligranowyGucio

Polish Holokaust – Ludobójstwo na Narodzie Polskim_Fb

https://www.facebook.com/PolishHolokaust/posts/505899960075936?tn=K-R

W toku śledztwa stwierdzono między innymi , że w marcu 1944r. nacjonaliści ukraińscy przeprowadzali zbrojne ataki na miejscowość Tarnoszyn pow. Rawa Ruska (Tomaszów Lubelski) przy czym do napadu o największym nasileniu doszło w nocy z 17 na 18 marca 1944 roku. W trakcie tych pacyfikacji napastnicy podpalali zabudowania Polaków i strzelali do pokrzywdzonych oraz zadawali uderzenia bagnetami , dokonując w ten sposób zabójstwa nie mniej niż 97 osób.

IPN.

" …słońce nie świeciło już ponad ziemią,

bo je zasłaniały dymy pożarów,

a nocami zamiast gwiazd i księżyca

świeciły pożogi, płonęły miasta, wsie, kościoły…"

Marcowa noc 17/18 1944 roku, Tarnoszyn – zbrodnia ukraińskich nacjonalistów!

17 marca 1944 roku w Tarnoszynie i okolicach było niespokojnie. Polacy spodziewali się ataku. Do wsi docierały informacje, że UPA będzie kontynuować ofensywę, aby opanować teren pomiędzy Bugiem a Huczwą. O planowanej akcji nieliczni sąsiedzi Ukraińcy uprzedzali Polaków. W nocy Tarnoszyn oraz okoliczne wsie: Dyniska, Ulhówek i Żabcze zostały zaatakowane przez sotnię UPA "Jahody" (Iwana Sycz-Sajenki) oraz policję ukraińską.

Zbrodniczy atak na Tarnoszyn zaplanowano podczas narady dowódców trzech sotni UPA, która odbyła się w obecności dwóch księży na parafii kościoła greckokatolickiego w Karowie w pobliżu Uhnowa 12 marca 1944 roku pod przewodnictwem Mirosława Onyszkiewicza, mieszkańca Uhnowa. Ustalono, że atak nastąpi wieczorem 17 marca 1944 roku. UPA miała za zadanie wymordować wszystkich mieszkających w Tarnoszynie Polaków. Sotnie w sile 400 osób okrążyły Tarnoszyn i kiedy jego mieszkańcy kładli się spać, przeprowadzono atak, który był bestialskim morderstwem niewinnych i niczego niespodziewających się ludzi. Ich zabudowania doszczętnie spalono.


Wspomnienia ocalałego Czesława Buczkowskiego:

"W dniu 18 marca 1944 r, pododdziały zbrojne UPA – sotnie "Horomenki" i "Jastruba", wsparte 1 czotą ze wsi Ulhówek, dokonały pacyfikacji mojej rodzinnej, spokojnej i bezbronnej, wsi – Tarnoszyn, gm. Tarnoszyn, pow. Rawa Ruska, woj. Lwowskie (obecnie: pow. Tomaszów Lubelski). "Banderowcy" w tę noc, zamordowali 51 mieszkańców Tarnoszyna i 10 mieszkańców sąsiedniego Ulhówka; łącznie: 61 osób, w tym 16 dzieci. Ogółem, w latach 1944-45 bandy UPA zamordowały 125 mieszkańców Tarnoszyna i najbliższych wsi. Rzezi tej dokonywano w sposób okrutny. "Banderowcy" spalili też, w samym Tarnoszynie – 98 budynków mieszkalnych wraz z zabudowaniami gospodarczymi; dokonali również masowej grabieży mienia. Grabież ta odbywała się w dłuższym przedziale czasu, gdyż wieś opustoszała. Ci co przeżyli, uciekali w różne regiony Polski. Nasza rodzina ocalała, dzięki pomocy sąsiadów – Ukraińców. Mieszkaliśmy na kolonii; sąsiad-Ukrainiec ostrzegł nas, co pozwoliło naszej, pięcioosobowej rodzinie ukryć się- najpierw w schronie, później na wsi i uniknąć rzezi – wcześniej, gdy "banderowcy" mordowali mieszkańców kolonii, a 18 marca – moją Mamę, dwie siostry i mnie, przechowała w piwnicy swego domu, w Tarnoszynie, Ukrainka, zaś Ojcu – udało się uciec, do pobliskiego lasu. Po pacyfikacji, Rodzina nasza uciekała – etapami, do Puszczy Solskiej; na "uciekinierce", przebywaliśmy do 1947r. Po powrocie okazało się, że z zabudowań naszych pozostały zgliszcza…"

Relacja Mariana Kargola, naocznego świadka:

"Napady band ukraińskich na polskie wsie stawały się coraz częstsze, niemal co noc widzieliśmy łuny pożarów oraz uciekającą ludność. Byliśmy coraz bardziej zaniepokojeni, jednak miejscowi Ukraińcy zapewniali nas, że nic Polakom nie zagraża, gdyż pamiętają, że przed wojną wszyscy żyli tu w sąsiedzkiej zgodzie. Dawali przy tym do zrozumienia, że ich synowie i kuzyni są w partyzantce (w domyśle UPA), co tym bardziej gwarantuje nam bezpieczeństwo. Niebawem okazało się, że było to zwykłe kłamstwo. Nocą z 17 na 18 marca 1944 r. dokonano napadu na Tarnoszyn. Pamiętam, że noc była niezbyt ciemna. Trzymał mróz, na ziemi leżała gruba warstwa świeżego śniegu. Około godziny 23.30 Bolek Knotalski, Dziunek Łąkowski i ja byliśmy na podwórzu zabudowań rodziny Domańskich – właśnie kończyliśmy nocny obchód. Takie dyżury organizowane były u nas od dawna, a rodzice często pozwalali nastolatkom brać w nich udział. Mieliśmy już iść do domów, gdy od strony Szczepiatyna poszybowała w niebo czerwona rakieta, a po niej druga z przeciwległego końca wsi. Był to sygnał do rozpoczęcia ataku. Ponieważ do najbliższych zabudowań wsi było nie więcej niż 600-1000 m, wszystko widzieliśmy wyraźnie, tym bardziej że większość zabudowań od razu stanęła w płomieniach. Słyszeliśmy detonacje wrzucanych do zabudowań granatów, a także liczne strzały – zarówno pojedyncze, jak i seryjne. Nasilał się lament ludzi, krzyk dzieci i kobiet. Niewyobrażalny zgiełk potęgował ryk i pisk przerażonych zwierząt. Widać było, jak zdesperowani ludzie wyskakiwali – najczęściej w samej bieliźnie – z płonących domów i bezradnie miotali się wokół nich, a następnie ginęli od kul bandytów. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać w pole w kierunku Turyny, ale tuż za wsią czekali na nich zaczajeni bandyci. Strzelali do ludzi jak do kaczek, ponieważ na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni. Wielu napastników poruszało się konno. Objeżdżali opłotki wsi i zabijali każdego, kogo napotkali. Staliśmy z kolegami jak sparaliżowani przez jakieś pół godziny, a następnie pobiegliśmy do swoich domów, aby z rodzicami uciec stamtąd jak najdalej. Bilans tego ataku był straszny. Zamordowano 125 osób, w tym 20 dzieci do lat 15 i 45 kobiet. Spalono prawie wszystkie polskie domy. Ustalono później, że banda UPA liczyła ok. 1,5 tys. osób. Dowodził nią Mirosław Onyszkiewicz, który niedługo potem został jednym z głównych dowódców UPA. W napadzie brała też udział grupa bandziorów z sąsiedniego Ulhówka, a także inni, np. Iwan Maslij – ówczesny komendant milicji ukraińskiej w Szczepiatynie. Miałem wtedy prawie 14 lat i pamiętam tę zbrodnię doskonale. Szczegółowy jej opis, a także listę ofiar przekazałem do IPN w Warszawie, oczywiście bez odzewu. Po tej napaści Ukraińcy nie dali Polakom z Tarnoszyna spokoju. Od 8 kwietnia polowano na powracających ocalałych mieszkańców i zamordowano następnych 20 osób. Spalono także ominięty poprzednio kościół".

Post Agnieszka Marciniuk.

#upa #ukraina #polska #zbrodnia #drugawojnaswiatowa #fb

Żydzi wśród komunistów II RP i w aparacie NKWD i UB

Data: 01.03.2020 09:58

Autor: FiligranowyGucio

polishnews.com

Kwestia nadreprezentatywności Żydów w strukturach komunistycznych II RP i w powojennym aparacie przemocy NKWD i UB nie powinna już dziś budzić najmniejszych wątpliwości i kontrowersji. Takie są fakty i to też jest część naszej wspólnej, nieraz trudnej historii polsko-żydowskiej.

A czym był komunizm – jeden z najokrutniejszych totalitaryzmów XX wieku – i jaki „raj” m.in. dla Polski stworzył, nie trzeba chyba dziś nikogo przekonywać.

Warto jedynie wskazać, że już w okresie międzywojennym zarówno Komunistyczna Partia Polski, Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy, Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi czy też Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej jasno wyrażały separatystyczne poglądy i były – delikatnie mówiąc – niechętne niepodległej II RP. Jasno było to widać w okresie od 17 września 1939 roku (agresji Sowietów na Polskę), kiedy to właśnie te ugrupowania najchętniej witały „wyzwolicieli”…

#historia #zydzi #komunizm #polska #drugawojnaswiatowa

Data: 28.02.2020 08:34

Autor: FiligranowyGucio

Izrael Eisenmann, Izrael Ajzenman, Julian Ajzenman, Julek Ajsenman, pseud. Julek, Chytry, Lew (od 1946 Julian Kaniewski)

Ajzenman urodził się 20 czerwca 1913 roku w Radomiu, a zmarł 19 grudnia 1965 w Lublinie.

Ajzenman wywodził się z biednej żydowskiej rodziny. Był działaczem komunistycznym, oficerem Armii Ludowej, UB, a także przestępcą. W roku 1930 wstąpił do Komunistycznej Młodzieży Polskiej, a w roku 1932 do Komunistycznej Partii Polski. W roku 1936 był karany za obrabowanie sklepu spożywczego. Po wyjściu na wolność ponownie zatrzymany za włamanie do sklepu oraz użycie broni przy próbie zatrzymania. W czasie pobytu za kratami pobił współwięźnia.

We wrześniu 1939 wydostał się z radomskiego więzienia i przystąpił do komitetu rewolucyjnego. Rok później Niemcy osadzili Izraela w getcie. Dwa lata później za sprawą żydowskiej policji trafił do aresztu w getcie, skąd wyszedł dzięki znajomościom w KPP. Po wyjściu został zastępcą dowódcy grupy partyzanckiej Gwardii Ludowej. Jesienią 1942 roku Ajzenman został dowódcą oddziału Gwardii Ludowej „Lwy”.

22 stycznia 1943 roku Julek wraz z oddziałem napadł na Drzewicę. Zamordowano wtedy siedem osób – w tym pięciu członków NSZ. 22 lipca oddział „Lwy” został rozbity przez NSZ. Ajzenman zaczął więc działać na własną rękę – zamordował m.in. oficera Armii Krajowej. Ten pospolity przestępca miał fatalną opinię nawet wśród członków Armii Ludowej.

W roku 1945 „Lew” został funkcjonariuszem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich, a następnie komendantem ochrony Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu. W maju tego samego roku, przeciwko Ajzenmanowi wszczęto śledztwo. Stało się tak ze względu na wykorzystywanie przez niego stanowiska służbowego w celach prywatnych, bezprawne aresztowania osób, naruszenia nietykalności cielesnej, kradzieże czy podejrzenie popełnienia gwałtu na nieletniej. Siedząc w więzieniu był konfidentem Józefa Różańskiego – stalinowskiego zbrodniarza.

17 sierpnia 1946 skazano go na 3 lata więzienia w zawieszeniu na 5 lat, jednak w roku 1947 w wyniku amnestii darowano mu karę w całości. Kiedy opuścił więzienie zmienił nazwisko na Julian Kaniewski. Pracował m.in. w Polskim Radiu czy w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej w Lublinie. W roku 1960 wyrzucony z PZPR za korupcję. Zmarł pięć lat później w Lublinie.


Izrael Ajzenman w Polsce Ludowej na skutek różnych okoliczności, o których później, przeistoczył się w Juliana Kaniewskiego. Podrasował sobie mocno życiorys, odjął z niego trzy lata i został funkcjonariuszem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Poznaniu, w stopniu porucznika. Prawdziwym politycznym i więziennym "dorobkiem" (przedwojennym i wojennym) nie mógł się chwalić. Już przed wojną został członkiem Komunistycznej Partii Polski (KPP), ale kilka wyroków zaliczył za coś zupełnie innego. Pierwszy raz był bowiem skazany 27 lutego 1936 roku wyrokiem Sądu Grodzkiego w Radomiu na siedem miesięcy więzienia za napad rabunkowy na sklep Herszka Londona. Kilka miesięcy później znowu złodziejskie szczęście go opuściło. Następny wyrok otrzymał za kradzież w sklepie Antoniego Ślaza m.in. kilkudziesięciu butelek wódki, 2 butelek wina, 25 kg cukru, kilkudziesięciu paczek papierosów i około 100 zł gotówki. Jeszcze dwukrotnie był skazywany za podobne przestępstwa.

Jego charakterystyka więzienna jest skąpa, ale treściwa: wiemy, że był analfabetą – samoukiem, a za znęcanie się nad współwięźniami karany był dyscyplinarnie.

Co więc zaważyło na przyjęciu takiego typa do grona budowniczych Polski Ludowej? Przede wszystkim przedwojenne członkostwo w KPP (albo tylko sympatie przejawiane w tym kierunku, albowiem lubił on kształtować swój życiorys zależnie od okoliczności) oraz – zasługi wojenne. A były one niemałe.

Jak to na wojence ładnie

We wrześniu 1939 roku zamiast mężnie stawić czoła najazdowi nazistowskiemu, podjął próby utworzenia w rodzinnym Radomiu rewkomu, czyli Rewolucyjnego Komitetu, licząc, że Armia Czerwona, sojuszniczka Wehrmachtu, wejdzie tak daleko w głąb Polski. Rachuby okazały się złudne – naziści niezbyt długo doceniali zasługi agentów swoich sojuszników, ponadto nałożyły się na to kwestie rasowe. Ajzenman trafił do radomskiego getta, ale długo miejsca tam nie zagrzał. Za zwykłą kradzież trafił do miejscowego aresztu, który był zwykłą komórką, w dodatku niezbyt dokładnie pilnowaną.

Dawni towarzysze z KPP z "aryjskiej" strony pomogli mu w ucieczce – po prostu wyłamali kłódkę i Ajzenman był wolny. Po wojnie twierdził, że uciekł z gestapo. I trzeba było z czegoś i jakoś żyć. Podczas okupacji były dwie możliwości – albo codzienna, ciężka praca za kawałek chleba, albo… No właśnie, była też możliwość zdobywania chleba (i nie tylko) w sposób lekki, łatwy i przyjemny. Ajzenman wybrał oczywiście sposób drugi. W powojennych wspomnieniach Czesław Nowakowski – jeden z jego ówczesnych towarzyszy (po wojnie także oficer UB) – napisał: Sam nie pracowałem, lecz trudniłem się tzw. popularnie szabrem, w ramach możliwości wegetacji (…). Ażeby nie otrzymać miana bandytów, postanowiliśmy jednocześnie przeprowadzać działania polityczne w stosunku do wroga (…). W tej grupie był też Ajzenman. W ich działalności aż do końca okupacji więcej było takich ruchów pozornych niż pospolitego bandytyzmu.

Jesienią 1942 roku radomscy towarzysze z PPR postanowili powołać grupę partyzancką Gwardii Ludowej. Na jej czele stał Józef Rogulski "Wilk". Już wkrótce jednak doszło konfliktów narodowościowych i towarzysze-Żydzi oddzielili się, na czele z Ajzenmanem, który przybrał pseudonim jeszcze groźniej brzmiący niż "Wilk": stał się "Lwem" (przedtem był tylko "Julkiem", później jeszcze "Chytrym"). Faktycznie, szybko stał się postrachem okolicy, ale nie z uwagi na poważne akcje bojowe przeprowadzane przez grupę "Lwa" (od jego buńczucznego pseudonimu zaczęto tę grupę nazywać "Lwy").

Pacyfikowali nie tylko Niemcy

W świetle tego, co da się zweryfikować, ich działalność przeciwko niemieckiemu okupantowi stoi pod wielkim znakiem zapytania. Prawdziwa była jednak "akcja" w miasteczku Drzewica przeprowadzona nocą 20 stycznia 1943 roku. W zachowanym dzienniku oddziału "Lwy" jest zapis: Oddział GL "Lwy" wyrusza dziś o godz. 17.30 na robotę, aby przeprowadzić czyszczenie terenu z faszystowskich band. Mamy zatem potwierdzenie, że bojówki Polskiej Partii Robotniczej świadomie i celowo atakowały żołnierzy polskich formacji niepodległościowych.

Późnym zimowym wieczorem 20 stycznia 1943 roku weszła do Drzewicy grupa "Lwy" dowodzona przez Izraela Ajzenmana ps. "Lew" i zamordowała siedem osób. Kilkanaście innych, które były na liście, zdołało ujść z życiem. Życie stracili wówczas: August Kobylański, współwłaściciel miejscowej fabryczki "Gerlacha" (działacz konspiracyjnego Stronnictwa Narodowego i żołnierz NOW-AK), aptekarz Stanisław Makomaski, żołnierze NSZ: Józef Staszewski, Edward, Stanisław i Józef Suskiewiczowie oraz Józef Pierściński. Egzekucji dokonywano strzałami w głowy z bardzo bliskiej odległości, świadkowie mówią, że niektórym rozbijano głowy kolbami, dla oszczędności amunicji.

Gwardziści poszukiwali również usilnie kilkunastu innych osób (m.in. księdza Józefa Pawlika, Mariana Klaty, Mariana i Wacława Suskiewiczów), ale ich na szczęście nie zastali, bo wtedy ofiar byłoby znacznie więcej. Sprawcy na miejscu rozrzucili ulotki, w których ujawniali swe korzenie ideologiczne i przynależność organizacyjną.

Sadystyczny mord miał podłoże nie tylko polityczne, albowiem gwardziści dokonali rutynowego przy takich "akcjach" rabunku wszystkiego, co wydało im się wartościowe, z fabryczną kasą na czele, ale też nie pogardzili rzeczami osobistymi i ubraniami zamordowanych. W jednym z rozliczeń po tej zbrodni czytamy: 3.300 zł w gotówce, futro, obrączka, jedno futro damskie, płaszcz męski, burka, 2 zegarki. Otrzymano 25.I.43.

Trzy dni po "akcji" w rozkazie dziennym Ajzenman zanotował: wyrażam moje uznanie dla oddziału GL Lwy za przeprowadzone czyszczenie terenu. Potwierdził więc ideologiczne podłoże mordów, przeprowadzonych przez żydowski oddział Gwardii Ludowej "Lwy". Wydarzenie to odbiło się szerokim echem w dokumentach konspiracyjnych polskiego podziemia niepodległościowego (m.in. w raportach Delegatury Rządu na Kraj) i w konspiracyjnej prasie.

Mordercy ponieśli karę

Miejscowe struktury NSZ postanowiły powołać oddziały partyzanckie do obrony miejscowej ludności (oddział "Lwy" już wcześniej zamordował kilka osób, m.in. Tadeusza Trznadlewskiego oraz żonę leśniczego Malaka). Drzewica leżała na terenie powiatu Opoczno, którego komendantem był ppor. Marian Suskiewicz "Sosna" (po tej zbrodni zmienił pseudonim na "Mścisław"). W lutym i marcu 1943 r. rozpoczęły działalność pierwsze miejscowe oddziały NSZ: kpt. Franciszka Sobeckiego "Kruka" i sierż. Józefa Woźniaka "Burzy". Oddział kpt. "Kruka" już po kilku tygodniach, 30 kwietnia 1943 r., został rozbity przez żandarmerię niemiecką w gajówce Rawicz koło Przysuchy i już nie został odbudowany. Oddział "Burzy" miał więcej szczęścia. To NSZ-owcy z tego oddziału nawiązali kontakt z grupą GL Izraela Ajzenamana, występującą już jako oddział GL im. L. Waryńskiego (dowodził nim wówczas Stanisław Wiktorowicz "Stach").

Kontakt rozpoczął się od fortelu: partol NSZ podał się za rzekome resztki oddziału GL rozbitego na Lubelszczyźnie, który przedarł się aż w lasy przysuskie i poszukuje kontaktu z miejscowymi strukturami PPR i GL. Podstęp się udał i przynęta chwyciła. Łącznik GL doprowadził NSZ-owców do obozowiska gwardzistów. Wprawdzie samego Ajzenmana akurat wśród nich nie było, ale podczas opowieści z życia partyzanckiego gwardziści przechwalali się przede wszystkim "czyszczeniem terenu", a za swe największe osiągnięcie uznawali pacyfikację Drzewicy. Wśród partyzantów NSZ byli również krewni ofiar. Decyzja zapadła szybko – gwardziści zostali rozbrojeni. Sąd polowy skazał siedmiu spośród nich na karę śmierci. Wyrok został wykonany na miejscu, w lesie pod Stefanowem.

W swej relacji złożonej w Żydowskim Instytucie Historycznym Ajzenman stwierdził, że była to grupa partyzantów GL narodowości żydowskiej, która zginęła z rąk NSZ latem 1943 r. w sposób podstępny i bestialski. Jak na prawdziwego komunistę przystało, nie omieszkał zabarwić swej opowieści w powszechnie przyjęty wówczas sposób opowiastkami o kolaboracji z Niemcami: W mordzie tym brali udział NSZ-owcy i Niemcy. Aż dziw bierze, że nie znalazł się jeszcze nowy Jan Tomasz Gross, który odpowiednio "opracuje" tę śliczną historyjkę…

Ajzenman zostawił na temat pacyfikacji Drzewicy kilka relacji, zmieniając swobodnie wersje wydarzeń, zależnie od okoliczności. W jednej z nich, zdeponowanej w Archiwum Wojskowego Instytutu Historycznego, napisał:

W lutym [sic! – powinno być w styczniu 1943 r.] przez bandę enezecką [NSZ] zostało zamordowanych trzech moich ludzi: K[u]ropatwa [Piotr Białek], Zając [Maciej Wrzosek] i Lis [Antoni Węgorzewski] za trzy dni później grupa moja opanowała miasto Drzewice, rozbroiła posterunek policji, opanowała fabrykę Gerlacha, rozstrzeliła 7 głównych dowódców enezeckich: Kobylański, główny inspektor enezecki w randze pułkownika, właściciel fabryki Gerlacha, aptekarza, nauczyciela i innych takich dowódców głównych, zostawiono pokwitowanie za współ pracę z okupantem. Wyrok został wykonany przez oddział Julka GL.

Oczywiście, prawie nic tu się nie zgadza – ofiary nie były dowódcami głównymi NSZ (August Kobylański w ogóle nie miał nic wspólnego z tą organizacją, tak jak część innych zamordowanych). Ważny jest jednak nowy wątek, wprowadzony przez Ajzenmana do tej historii; że chodziło jakoby o akcję odwetową, co miało być głównym uzasadnieniem popełnionej zbrodni. Jednak już pobieżne sprawdzenie podstawowych okoliczności rozbija tę wersję w puch. Maciej Wrzosek "Zając" zginął dopiero 9 czerwca 1943 roku (rozstrzelany przez żandarmerię niemiecką), czyli prawie pięć miesięcy po Drzewicy, a wymienieni przez Ajzenmana "Kuropatwa" i "Lis" padli na skutek porachunków wewnętrznych w ramach GL, co w tej organizacji było normą.

"Lew" mordował dalej

Ajzenman uzyskał w szeregach GL-AL stopień porucznika i uniknął sprawiedliwości z rąk podziemia niepodległościowego, choć nie był to koniec jego wyczynów. W późniejszym okresie dowodził jeszcze kilkoma grupami GL-AL, odpowiedzialnymi za co najmniej kilkadziesiąt zabójstw na żołnierzach podziemia i mieszkańcach Kielecczyzny. Szczególnie drastyczny jego meldunek z późniejszego okresu (8 września 1944 r.) dotyczy zamordowania oficera AK, który, nie spodziewając się, z kim ma do czynienia, sam do niego podszedł: Na pewnej wsi doszedł domnie Oficer i prosił aby wrócić żeby jego ludzie nie widzieli bo dużo żołnieży A.K. chce przejść do P.P.R. Bronił się do ostatniej chwili i co było możno to się wyciagł z niega a potem został rozwalony i zakopany [pisownia wszystkich dokumentów zgodna z oryginałem – L.Ż.]. Tu również dołożona jest tandetna ideologia, ale jest też znamienny fakt – ów nieznany z imienia i nazwiska oraz pseudonimu oficer AK był torturowany przez "rozwaleniem", w celu uzyskania przez AL-owców jakichś zeznań. Ile takich bezimiennych grobów kryją lasy Kielecczyzny po przejściu Ajzenmana i innych komunistycznych "partyzantów"?

"Lew" popełniał te zbrodnie, nie kamuflując ich, jego zbójecka sława zataczała zatem coraz szersze koło. Zwracali na to uwagę także jego przełożeni z PPR i AL. Józef Małecki "Sęk" pisał do niego w styczniu 1945 r.: Podaję Wam do wiadomości, że macie w terenie opinię krwiożercy i śledzę za tym, jak się urabia ludność przeciwko Wam i może dojść do zorganizowanej próby rozbicia Was. Niestety, tak się nie stało, a Ajzenman nawiązał tymczasem kontakty z wywiadem sowieckim, co mu zapewniło dodatkową ochronę. Być może już wcześniej był agentem, albowiem w jednym z życiorysów przyznawał: Kiedy wybuchła wojna w 1941 r., niemcy z ZSRR, pracowałem w łączności Radzieckiej i byłem Kier. Wywiadu i kontrwywiadu partyjnego (…). W każdym razie jesienią 1944 r. podjął współpracę z sowiecką grupą desantową NKWD "Nitra", jako jej kierownik polityczny i terenowy.

Mac Gyver z AL

W niepodległej Polsce zapewne stanąłby przed niezawisłym sądem, który za zbrodnie wojenne i zdradę wydałby surowy wyrok, współmierny do jego przestępstw. Tak się jednak nie stało – Polska Ludowa pilnie potrzebowała wypróbowanych kadr, gotowych na wszystko. Potrzebny był jednak odpowiedni życiorys, spreparowany pod kątem zasług wojennych. A to Ajzenman potrafił czynić, jak mało kto. Szybko "podliczył" swe wyczyny bojowe i starannie (choć mało precyzyjnie, bo bez istotnych szczegółów) opisał je w obszernej biografii wojennej:

Przez cały czas, grupa moja stoczyła 44 boje z niemcami, wykoleiłem 19 pociągów niemieckich, zniszczyliśmy dużo biór, poczt i telegrafów, uwolniliśmy 80ciu ludzi, których gestapowcy prowadzili na rozstrzelanie a tych 40tu gestapowców którzy prowadzili straciliśmy na miejsce Polaków. (…) A 4ry godz. przed przyjściem wojsk Radzieckich w Końskie, opanowałem z moją grupą miasto Końskie.

Cóż to dla niego było unikać potężnych obław niemieckich i zadawać okupantom straszliwe straty:

25 marca [1943 r.] oddział przeszedł ciężka obława w której brało 20 tysięcy esesowców. Strata własna 6 zabitych. (…) Niemców dokładnie niewiadomo ile zabitych, 3 samochodów rannych 4 zabitych ilości nie wiadomo. (…) W lasach Starachowickich [1944 r.] zostaliśmy okrążeni przez 8 tysięcy esesmanów własne straty 6 zabitych (…). 65 zabitych i 40 rannych esesmanów.

Jeszcze kilku takich "bohaterów", a II wojna światowa byłaby rozstrzygnięta stosunkowo małym nakładem sił i środków.

Sam siebie wynagradzał

Po wkroczeniu wojsk sowieckich trafił tam, gdzie było odpowiednie miejsce dla takich, jak on. Został bowiem oficerem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich, ale już wkrótce został komendantem ochrony WUBP w Poznaniu. Już w maju 1945 r. zaczęły się jego kłopoty – Ajzenman nie bardzo rozumiał, że to koniec wojny i wojennych porządków w jego osobistym wydaniu. Zostało wszczęte przeciw niemu śledztwo w sprawie usiłowania gwałtu na nieletniej, nadużywania władzy, bicia "podejrzanych" podczas rewizji (które miały zresztą charakter "prywatny") i okradania więźniów. W charakterystyce osobowej z 5 grudnia 1945 r. dla potrzeb śledztwa jego konspiracyjny przełożony Hilary Chełchowski napisał:

Towarzysza "Hytrego" poznałem jako "Julka" w 1942 roku, w Oddziale Partyzanckim GL – nie cieszył się dobrą opinią. Przebijała u niego duma wodzowska. Nie ma dokładnych danych, aby udowodnić, ale jest fakt, że ma na sumieniu szereg towarzyszy z Oddziału Partyzanckiego, między innymi łączniczkę "Zosię". (…) Nie był zdyscyplinowany, nie podporządkowywał się Partii i Dowództwu Armii [Ludowej], robił różne nadużycia, szczególnie od strony materialnej. Za to i za powyższe otrzymał wyrok [śmierci]. Wyrok ten nie został wykonany, liczono, że się poprawi, lecz do samego końca nie widać było u niego tej poprawy.

Równie niekorzystną opinię uzyskał u swych przełożonych w UB: Analfabeta, zarozumiały w swojej pracy i z tego powodu bardzo często nadużywa swej władzy w sprawach prywatnych. Z tytułu swoich zasług partyzanckich uważa, że sam siebie może wynagradzać. To ostatnie stwierdzenie ma kapitalne znaczenie dla charakterystyki jego osoby, albowiem motywy materialne to podstawa jego wszelkiej działalności przedwojennej, wojennej i powojennej.

Nie spał, bo kapował

Siedząc w celi na Mokotowie w Warszawie, "Lew" potrafił wykorzystać twórczo nawet tak przykre okoliczności. Aby nie tracić czasu, został konfidentem – kapusiem więziennym i donosił na współwięźniów wysokiemu funkcjonariuszowi UB Józefowi Różańskiemu, co przyznał w jednym z pism procesowych:

pracowałem w konspiracji od 1930 r. do obecnej chwili nie rozłączam się ze sprawą po naszej linii, mimo że siedzę w areszcie pracuję dzień i noc nad bandytami z NSZ, których to rozpracowóje jeden po drugim, byle by tylko mógł wyrównać zło, w jakie mię wepchneli podstępem przez co muszę cierpieć (…) a o mojej pracy proszę się porozumieć z ob. majorem Różańskim jak ja pracuję i nie dosypiam po nocach.

To niedosypianie po nocach i twórcza praca dla ludowej ojczyzny jednak mu się opłaciła. Wprawdzie w 1946 r. został skazany wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie na łączną karę 3 lat więzienia, ale jej wykonanie zawieszono na 5 lat. WSR uzasadnił tak niski wyrok następująco:

mając na uwadze szczególne zasługi skazanego (…) jak wykolejenie pociągów, 44 stoczonych bitew, zwolnienie 80 ludzi itd. – jego uwięzienie i cierpienie za komunizm w r. 1935 (…).

Uzasadnienie nie było prawdziwe, nie miał on przecież zasług bojowych, bo w ogóle nie przeprowadził żadnych większych akcji przeciwko Niemcom ani też nie siedział w więzieniu przed wojną za działalność komunistyczną. Ale cierpliwe pisanie życiorysów, jak widać – popłaca.

Już po wyroku skierował jednobrzmiące pisma do dyrektorów Departamentów MBP, płk. J. Czaplickiego i płk. J. Różańskiego, prosząc ich o natychmiastowe zwolnienie:

Nadmieniam, że cała moja obecna sprawa jest wynikiem knowań i podstępu czynników reakcyjnych, o czym chyba dobrze wiecie. (…) Dajcie mi możliwość powrotu do pracy wśród ludu, gdyż nie ustałem i nie ustanę w walce z hitleryzmem aż do zwycięstwa.

Hitleryzmu wprawdzie już nie było, ale szansę dostał, został bowiem wkrótce zwolniony. Zaś postanowieniem WSR o amnestii darowano mu karę w całości.

Na PRL-owskiej bocznicy

Po wyjściu z więzienia zmienił nazwisko na Julian Kaniewski. Nic dziwnego – jego wyczyny okryły go tak ponurą sławą, że było to w jego sytuacji jedyne wyjście. Zresztą – wówczas takie zmiany nazwisk na "bardziej polskie" były czymś oczywistym. Do resortu bezpieczeństwa jednak nie powrócił. Pracował kolejno w Polskim Radiu w Warszawie, w Centralnym Zarządzie Przemysłu Mięsnego (jako szef ochrony rynku m.st. Warszawy), jako naczelnik wydziału ochrony w Głównym Urzędzie Pomiaru Kraju, w Polskiej Akademii Nauk oraz w Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Lublinie jako komendant okręgowy Służby Ochrony Kolei na stanowisku starszego radcy.

W 1960 r. został wydalony z PZPR za wykorzystywanie stanowiska dla osiągania celów osobistych (łapówki), jednak już w 1962 r. był ponownie przyjęty do partii. Miał też wiele odznaczeń, z których najwyższy w hierarchii PRL był Krzyż Grunwaldu III klasy. Zmarł w Lublinie w 1965 roku. Wydawało się, że już nikt nie zadba o jego wojenną "sławę" i przepadnie ona bezpowrotnie. Tak się jednak nie stało.

Historie na nowo pisane

W 1968 r. Stefan Krakowski, wówczas historyk z ŻIH (później zaś dyrektor Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie), przypomniał jego postać i dowodzony przez niego oddział żydowskich partyzantów GL w niezwykle korzystnym świetle w "Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego": (…) oddział dokonał ataku na posterunek policji niemieckiej w Drzewicy. Partyzanci zabili 7 hitlerowców, w tym komendanta posterunku. Krakowski, jak można sądzić z wykorzystanych przez niego w tym artykule dokumentów i relacji, doskonale zdawał sobie sprawę, co w istocie zaszło w Drzewicy. Sfałszował jednak tę historię z całą premedytacją, choć nigdy nie było tam posterunku niemieckiej policji. Czyżby tym komendantem posterunku był dla niego zamordowany August Kobylański?

Próby uwiecznienia tych wydarzeń były podejmowane i wcześniej. Maria Turlejska, też znana koryfeuszka nauk historycznych w Polsce, napisała o tym tak w 1954 r.:

pod Stefanowem (gmina Studno, pow. opoczyński) reakcyjni oprawcy wymordowali 7 gwardzistów (…). Gdy wieści o bratobójczych mordach rozeszły się po kraju budząc wstręt i oburzenie na tych, którzy wydali rozkazy mordowania lewicowców Polaków, zakazując jednocześnie podnoszenia broni przeciw najeźdźcy, komendant AK, Bór-Komorowski, hrabia, spotykający się z szefem warszawskiego Gestapo, Hahnem, na towarzyskich wizytach (…) wydał 15 września 1943 r. rozkaz, oznaczający wezwanie do nowych zbrodni. (…) Tak wyglądał plugawy program działania polskiej reakcji przeciwko bohatersko walczącej partyzantce GL (…).

Turlejska (ulubienica "Gazety Wyborczej") wykazała się tu niebywałą ignorancją i nienawiścią "klasową" – jednak, kto tak nie pisał ni razu, nie zyskał uznania tej gazety od razu…

W latach 80. ciepły fragment poświęcił Ajzenmanowi-Kaniewskiemu Szymon Datner w "Kalendarzu Żydowskim". Pominął on wprawdzie całkowitym milczeniem sprawę morderstw w Drzewicy, przypisał jednak oddziałowi "Lwy" szereg akcji bojowych, nie mających w ogóle miejsca, jak wysadzanie pociągów. Jest tam też informacja o cierpieniach grupy GL "Lwy" od strony

nie tylko obław niemieckich, ale i od ataków ze strony jednostek Narodowych Sił Zbrojnych. I tak 22 lipca 1943 r. w lasach przysuskich została napadnięta jedna z sekcji oddziału im. L. Waryńskiego. Zginęło wymordowanych 7 gwardzistów.

Oczywiście słowa nie ma o tym, że zginęli mordercy z Drzewicy. Już wówczas bowiem polityczna poprawność nakazywała kształtować taką jednostronną wizję historii. A że nieprawdziwą? Tym gorzej dla prawdy.

Oddział "Lwy" trafił do różnych opracowań, książek, encyklopedii. Nigdzie nie ma mowy o jego prawdziwych dokonaniach. W Encyclopaedia Judaica (tom 13, Jerusalem – New York 1971, s. 141) zamieszczona jest mapa do hasła Partisans, która obejmuje, z oczywistych względów, tereny II RP i fragmenty terytorium Związku Sowieckiego, czyli te, gdzie nasilenie akcji partyzanckich było największe. Widnieje na niej oznaczenie terenu działania żydowskiego oddziału Lions ("Lwy"), pod dowództwem Ajzenmana. Co więcej, to właśnie oznaczenie trafiło także do legendy tej mapy, przez co bardziej utrwala się czytelnikowi.

Właśnie minęła 60. rocznica likwidacji części grupy "Lwy" przez oddział NSZ. W dniu 22 stycznia minęła zaś – całkowicie przemilczana przez wszelkie instytucje państwowe – 60. rocznica pacyfikacji Drzewicy. Nie ma tam pomnika ofiar, tylko w miejscowym kościele wisi od 1990 r. okolicznościowa tablica, na której widnieją nazwiska i wiek pomordowanych. O sprawcach zaś – ani słowa. I tak, powoli, jesteśmy coraz mniej u siebie. Są bowiem rocznice, które niezależnie od niejasności czy wręcz dowodów, że było inaczej, obchodzi się oficjalnie i hucznie i wbrew prawdzie historycznej. I są rocznice wydarzeń, o których wiadomo tak dużo i nie ma żadnych wątpliwości, jak było – których się nie obchodzi.

L. Żebrowski

#historia #drugawojnaswiatowa

"Polska była po stronie nazistów". Szokujące słowa w sondzie przeprowadzonej w Berlinie.

Data: 08.02.2020 12:51

Autor: FiligranowyGucio

polityka.news

Urodzony w Wielkiej Brytanii youtuber Stefan Tompson, który w swojej twórczości skupia się na polskiej historii postanowił przeprowadzić sondę w Berlinie. Sprawdzał wiedzę Niemców na temat II wojny światowej oraz udziału Polski w tym największym zbrojnym konflikcie XX wieku.

https://www.youtube.com/watch?v=r-wYdjCStgk&feature=emb_title

Tompson zapytał między innymi o to, czy "Polska była podczas wojny po stronie Niemców, czy przeciwko nim" oraz czy określenie "polskie obozy śmierci" jest sprawiedliwe. Niektóre odpowiedzi szokują.

#polityka #polska #niemcy #historia #drugawojnaswiatowa

Data: 05.02.2020 17:23

Autor: FiligranowyGucio

Barysz – miejscowość położona w dawnym powiecie buczackim województwa tarnopolskiego.

❗️To tutaj w nocy z 4 na 5 lutego 1945 r. około godz. 22.00 (inne źródła podają noc z 5 na 6 lutego), osiedle Mazury w Baryszu zaatakował kureń UPA – Petro Chamczuka "Bystrego" – wsparty miejscowymi Ukraińcami (łącznie 300 osób). Rezuni mordowali napotkaną ludność bez względu na płeć i wiek oraz grabili i palili zabudowania. Spłonęło 400 polskich gospodarstw. Zginęło 135 polskich mieszkańców wsi, 30 zostało rannych…

Maria Banda i jej 10-letni syn Stanisław zostali zarąbani siekierami na podwórzu ich gospodarstw. 12-letnia Helena Boczar została zakłuta nożami. 80-letnia Anastazja Brylkowska została zarąbana siekierą podczas snu w łóżku. 12-letni Michał Herbut został wrzucony do sadzawki, gdzie utonął. To tylko przykłady okrutnego barbażyństwa tej zimowej nocy, jednej z wielu…

Upowcom pomagała ukraińska ludność cywilna, która rabowała dobytek ofiar. Walki przeniosły się także do centrum wsi, gdzie upowcy napotkali zorganizowany opór. Część polskich mieszkańców schroniła się w murowanych budynkach szkoły i kościoła, gdzie utworzono stanowiska obronne. Rzeź ludności oraz walki trwały około 5 godzin, po czym napastnicy wycofali się. Osiedle Mazury zostało całkowicie spalone. W ciągu kilku dni ci mieszkańcy, którzy cudem ocaleli, dokonali pochówku pomordowanych w zbiorowej mogile i przenieśli się do Buczacza i okolic.


✔️Relacja Piotra Warchoła:

"Po jakimś czasie wyszła na podwórze mama i zauważyła, jak mordowano wujka. Później stwierdzono, że miał wycięty język, wydłubane oczy, obcięte genitalia, pociętą twarz. /…/ Tej samej nocy o godz. 22°°, banderowcy napadli na dom mego stryja, Macieja Warchoła. Po wyłamaniu drzwi, wyprowadzili go na podwórze, bijąc kolbami karabinów po głowie i plecach. Na podwórzu torturowali go, ucięli mu język, genitalia, wykłuli oczy, następnie nałożyli sznur na szyję, doczepili do sań i wlekli po śniegu. /…/ W nocy z 4 na 5 lutego 1945 r. doszło do napadu band UPA na osiedle Mazury zamieszkałe przez samych Polaków. W tym czasie batalion samoobrony został wezwany do Buczacza, gdzie miał bronić miasta przed napadem. Na posterunku pozostawało tylko trzech żołnierzy. Banda liczyła ponad 200 ludzi dobrze uzbrojonych w broń palną i maszynową. Napastnicy byli ubrani w białe nakrycia i podchodzili do domów prawie niezauważalnie. Podpalali budynki, strzelali do uciekających, a pozostałych w mieszkaniach lub na podwórkach rąbali siekierami. Dzieci nabijali na widły i wrzucali w ogień. Niemowlęta łapali za nóżki, rozbijali główki o ściany lub krawędzie ram drzwiowych i również wrzucali do ognia".


Pamięć o Baryszu kultywowana jest w Smardzowie na Dolnym Śląsku, gdzie trafiło wielu mieszkańców tej miejscowości. Co roku w przedostatnią sobotę sierpnia odbywają się tu uroczystości ku czci ofiar ukraińskiego ludobójstwa.

A.M._FB

#ludobojstwo #polska #ukraina #upa #historia #drugawojnaswiatowa #fb

Data: 05.02.2020 11:43

Autor: FiligranowyGucio

Daj palec wezmą całą rękę

Poniżej link do filmu, który powinien obejrzeć każdy Polak i posłuchać jak żyd kłamie w oczy Papieżowi i wymusza na nim usunięcie Krzyża z obozu w Auschwitz! Rabin grozi palcem papieżowi, okazując tym nienawiść do chrześcijańskich ofiar pomordowanych w Auschwitz. Obóz zbudowany do eksterminacji przede wszystkim Polaków. Obecnie już nie ma żadnych nawet symboli chrześcijańskich w Auschwitz tak jakby tam nie zabili żadnego Polaka, pomimo, że mordowano tam przede wszystkim chrześcijan a nie Żydów. Dla Żydów obozem był Birkenau.

Pod ścianą śmierci w Oświęcimiu (Auschwitz) mordowano przede wszystkim Polaków – dzisiaj Polacy nie mogą się pomodlić w miejscu kaźni Polaków, bo im żydzi zabraniają! Krzyż powinien wrócić na miejsce kaźni Polaków. A obóz pod kierownictwo władzy Polskiej, bo w obozach niemieckich mordowano różne narodowości nie tylko Żydów. Profesor Hebrajskiego Uniwersytetu Izrael Shahak, w swojej monumentalnej pracy z 1994 roku pt.”Żydowska historia, żydowska religia” (Pluton Press), również potwierdził nienawiść i rasizm zawarty w Talmudzie. Ci Żydzi, którzy dementują faktyczne zawartości Talmudu są kłamcami (John 8:44; Tytus 1:14). Rabin, Josef Scheinen, powiedział zaś, że „rasizm wywodzi się z Tory”. – Ziemia Izraela została przeznaczona dla ludu Izraela – powiedział, dowodząc, że w segregacji nie ma nic złego. – Świat jest wielki, a Izrael malutki. Bóg chciał, żeby Izrael należał do Żydów. Reszta ludzi nam tego zazdrości – dodał. Nigdy w swej historii Żydzi i Izrael nie byli aż tak zdemaskowani i poniżeni. W Durbanie zaczęły się spełniać słowa proroka Jeremiasza. Po Durbanie Żydzi nie mają moralnego prawa przedstawiać się, jako przeciwnicy rasizmu, a nawet krytykowania innych za rasizm czy pseudorasizm, (co u nich często się zdarza, szczególnie w odniesieniu do oskarżeń o “antysemityzm”).

http://www.bibula.com/?p=70627

https://www.youtube.com/watch?v=zdwxL39nTqY

Polska to MY Rdzenni Polacy nigdy goście !!!_FB

#papiez #polska #oswiecim #historia #drugawojnaswiatowa #fb #antysemityzm #zydzi #judaizm

Data: 28.01.2020 00:02

Autor: FiligranowyGucio

Historia, o której się nie mówi-FB

https://www.facebook.com/historiaoktorejsieniemowi/posts/846556949113406?tn=K-R

Mendel Kossoj (Wacław Komar)

Oto modelowa kreatura "internacjonalista" stalinowski, posiadający zestaw cech najbardziej pożądanych onegdaj przez Kreml.Tacy budowali ten system w Polsce i ich portrety wisiały na ścianach szkół w mojej młodości.

Kolejny zbrodniarz sowiecki, ilu pomordowanych przez niego i za jego sprawą ? żyjący za pieniądze Polskie, jak i jego podobnych. Jak ten kraj mógł się rozwijać , jak może i teraz skoro jemu POdobnych ciągle jest wielu w POlszewickiej guberni.Jeśli jeszcze wspominam o tym renegacie to chyba tylko po to, aby przestrzegać siebie i innych, że jeśli nie znikneli doszczętnie ze sceny to resortowe dzieci takich kanalii tkwią sobie dobrze umocowne w mediach kulturze i polityce.

Wacław Komar i wszystkie jego tajne misje. Zaczynał jako partyjny zabójca

W przypadku życiorysu Wacława Komara pojawia się wiele wątpliwości i wiele niewyjaśnionych spraw. Tak jak zwykle w życiorysie kogoś, kto całe życie wykonywał tajne misje. Nie wiadomo, do czego się przyznał, do czego się nie przyznał i kiedy kłamał. Można tylko próbować skonfrontować różne wersje i postawić pytania – bez odpowiedzi. Niestety, nie ma dostępu do najciekawszych zasobów – archiwum Kominternu i archiwów sowieckich służb specjalnych.

Nie jest nawet pewne, kim tak naprawdę był Wacław Komar. Prawdopodobnie nazywał się Mendel Kossoj. Choć według niektórych był Mikołajem Pinusem, synem Izydora, i urodził się w 1909 r. w Kobryniu na Kresach, a nie w Warszawie. Według tej wersji, Kossoj (lub Kosoj) było tylko jego pseudonimem używanym w sieci wywiadu wojskowego Armii Czerwonej.

Niewiele wiadomo o dzieciństwie Komara. W 1924 roku, jako piętnastolatek, podjął pracę w warsztatach mechanicznych w Warszawie. Wcześniej ukończył 3-letnią szkołę zawodową. W tym samym czasie wstąpił do żydowskiej organizacji Ha-Szomer Ha-Cair, która w latach dwudziestych zbliżyła się ideologicznie do marksizmu. Jej celem było przygotowanie młodych Żydów do przyszłego życia w Palestynie. Rok później, w 1925 r., być może pod wpływem członków tej żydowskiej organizacji, wstąpił do Związku Młodzieży Komunistycznej. Porzucił też dotychczasową pracę.

Trudno ustalić zależność między wstąpieniem Komara do Komunistycznej Partii Polski, a podjęciem się przez niego zabijania osób uznanych przez partię za prowokatorów. Wiadomo tylko, że jedno i drugie nastąpiło w 1926 r., kiedy miał siedemnaście lat.

W połowie 1926 r. Wacław Komar po raz pierwszy podjął się zabicia prowokatora, czyli człowieka uznanego za niebezpiecznego dla KPP. Wspólnie z dwoma kolegami dokonał tego 27 lipca 1926 r. To był początek.

Już 18 listopada 1926 r. zamordował następnego wroga partii. W grudniu zamordował kolejnego, tym razem w Zawierciu. W maju 1927 r. zamordował jeszcze jednego "prowokatora" w Żyrardowie. Gdy kończył 18 lat, miał już kilka zabójstw na sumieniu.

Nawet po latach był do tego fragmentu własnego życiorysu bardzo przywiązany – w latach sześćdziesiątych zabiegał o potwierdzenie przez świadków tych właśnie faktów. Wtedy też relacjonujący ujawnili, że to Alfred Lampe wyznaczył Komara do specjalnej grupy bojowej i prawdopodobnie to on zdecydował o wysłaniu go w 1927 roku do ZSRR.

W ZSRR rozpoczął się nowy rozdział w życiu młodego komunisty. Komar od razu został członkiem WKP(b) – do partii bolszewickiej wprowadził go Adolf Warski. Polska sekcja Kominternu wysłała Komara do specjalnej szkoły wojskowej. Sam po latach pisał o tym skromnie, jako o służbie w latach 1927-1929 w Armii Czerwonej. Można też znaleźć informację, że w tym czasie ukończył kurs przygotowawczy dla kadr dowódczych przy Sztabie Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.

W dokumentach przechowało się jeszcze jedno zawoalowane określenie tych dwóch lat – studia. Po ukończeniu kursu został zawodowym rewolucjonistą, kierowanym do różnych zadań funkcjonariuszem Komitetu Wykonawczego Kominternu w istniejącej na prawach sekcji Komunistycznej Międzynarodówce Młodzieży. Tam spotkał się z Romanem Zambrowskim.

W 1929 r. Komara skierowano do Mińska, do pracy w OGPU (późniejsze NKWD). Nie było to eksponowane stanowisko, ale i tak nie pracował tam długo, gdyż partia przygotowała dla niego nowe zadanie – został wezwany do Moskwy, do sztabu Armii Czerwonej. Nowa praca wynikała prawdopodobnie z jednego z zadań OGPU – pracy operacyjnej w Armii Czerwonej, którą prowadził Oddział Specjalny, późniejszy SMIERSZ. Sam Komar po latach podkreślał, że przeniesiono go w związku z prowadzoną w sztabie partyjną czystką. To była zatem pierwsza zagadkowa misja Komara.

W 1931 r. Komara wysłano poza granice ZSRR, do Niemiec. Według niektórych źródeł, otrzymał wtedy pseudonim "Kosoj". W tym czasie został członkiem Komunistycznej Partii Niemiec. Obejmując stanowisko kierownika wydziału antywojennego KC KZM Niemiec został bliskim współpracownikiem Georgi Dymitrowa, który wtedy reprezentował Komintern w Berlinie.

W końcu 1932 r. Komar został wezwany do ZSRR. Przebywał w Charkowie, a poza tym brał udział w odbywającym się w Moskwie plenarnym posiedzeniu Komitetu Wykonawczego Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży. W tym czasie reaktywował członkostwo w WKP(b).

Dopiero w listopadzie 1933 r. Komar został wysłany do Polski, do pracy w kierownictwie KZMP (Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej). Znowu był szefem wydziału antywojennego, tym razem w KZMP.

W 1934 r. Komintern przeniósł Komara do Sekretariatu Krajowego KC KPZU (Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy), która w tym czasie była sekcją KPP. Był łącznikiem między Sekretariatem Krajowym a Biurem Politycznym KPZU, podróżował do Austrii i do Pragi, gdzie przebywali funkcjonariusze partii. Tę misję prawdopodobnie zakończył w 1936 roku. W 1935 r. został odnotowany jego pobyt w Paryżu, gdzie posługiwał się polskim paszportem. W oficjalnym życiorysie nie ma ani słowa na ten temat.

W końcu 1936 r. Wacław Komar dostał od partii zgodę na wyjazd do Hiszpanii, gdzie w lipcu 1936 r. rozpoczęła się wojna domowa. I właśnie w tym punkcie życiorysu pojawiają się duże niejasności. Na Zachodzie ustalono, że najpierw był pracownikiem sowieckiego przedstawicielstwa dyplomatycznego w Barcelonie, a następnie – na początku 1937 r. – został przeniesiony do Walencji, skąd dopiero trafił do Brygad Międzynarodowych.

Sam Komar podawał w swoich życiorysach nieco inną wersję. Pisał, że członkiem Komunistycznej Partii Hiszpanii został w 1937 r. i najpierw sprawował funkcję dowódcy kompanii, a w lipcu 1937 r. został dowódcą batalionu im. Jarosława Dąbrowskiego i był nim do lutego 1938 r. W lutym 1938 r. awansował na dowódcę 129. Międzynarodowej Brygady, która została rozwiązana w październiku 1938 r. Wtedy też przypuszczalnie został dowódcą wszystkich wojsk międzynarodowych strefy niekatalońskiej, które w styczniu 1939 r. zostały przewiezione na statkach do Barcelony. Był obecny przy przekraczaniu przez te wojska granicy Francji i ich internowaniu, ale sam nie poszedł do obozu, ponieważ dostał rozkaz przedostania się do Paryża.

Konfrontując napisane przez Komara życiorysy z innymi materiałami nie sposób odpowiedzieć na pytanie, dlaczego odnotowano go już w 1938 r. jako pracownika sowieckiego attachatu wojskowego w Paryżu. Jakieś światło na tę sprawę może rzucać powojenna relacja Justyny Sierp, osoby prowadzącej całą kancelarię ówczesnego KC KPP. Sierp wspominała, że gdy Komintern kolejno wzywał do Moskwy i poddawał śledztwu całe przebywające w Paryżu kierownictwo KPP, do stolicy Francji został ściągnięty Wacław Komar i przebywał tam aż wyprawiony został w podróż do Moskwy ostatni z "zaproszonych".

Sierp nie podała dokładnego powodu obecności Komara w Paryżu, ale tego chyba można się domyślić. Zapewne miał "zdyscyplinować" nieposłusznych czy wahających się przed wyjazdem do Moskwy. Specjalnością Komara byli przecież w partii niepewni jej członkowie, czy też działacze podejrzewani o prowokację lub zdradę.

W 1939 r. Komar działał już w Paryżu, w organizującej się po likwidacji KPP Grupie Inicjatywnej, która miała stworzyć kadry nowej polskiej komunistycznej partii. Skontaktował się z szefem tej grupy, Bolesławem Mołojcem, ale nie doszło do współpracy. Przez Komunistyczną Partię Francji wysłał więc do Moskwy prośbę o przerzucenie do ZSRR i prawdopodobnie, czekając na decyzję, w latach 1939-1940, po raz drugi w życiu musiał pójść do pracy – został pracownikiem fabryki samolotów.

Moskwa nie wezwała Komara, jego pobyt we Francji przeciągnął się do czerwca 1940 r., a więc do agresji Niemiec. Wtedy zgłosił się do formowanych na obczyźnie oddziałów Wojska Polskiego i w jego szeregach wziął udział w wojnie obronnej. Po upadku Francji dostał się do niewoli. Wedle jednej z wersji jego życiorysu w obozie przebywał do kwietnia 1945 r. Brak jednak danych, o jakie obozy chodziło. Inne źródła sugerują, że w czasie II wojny światowej Komar wykonywał różne tajne misje na terenie okupowanej Francji, między innymi w Tuluzie. Niektórzy przypisywali mu też działalność w Meksyku.

Po zakończeniu wojny, w czerwcu 1945 r., został mianowany zastępcą szefa sformowanej przez PKWN Polskiej Misji Wojskowej we Francji. Dopiero pod koniec 1945 r. wrócił do Polski i od razu został szefem II Oddziału Sztabu Generalnego WP, czyli szefem wywiadu i kontrwywiadu. Pełnił tą funkcję do 1950 r.

Interesujące jest jednak to, że nie była to jedyna jego funkcja w tym czasie. Od 1947 r. był również naczelnikiem Wydziału II Samodzielnego (wywiadu) Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz dyrektorem Departamentu VII MBP. W swoich życiorysach pisał, że w latach 1947-1950 otrzymywał od kierownictwa partii specjalne zadania dodatkowe, a Bolesław Bierut, w tym samym czasie, zobowiązał go do zabezpieczania potrzeb komunistycznej partyzantki w Grecji, w której, po przegraniu przez komunistów wyborów, w 1947 r. wybuchła wojna domowa.

Greckie zbrojne siły komunistyczne przyjęły nazwę Demokratyczne Wojsko Grecji i ustanowiły własny, komunistyczny rząd. Prowadząc wojnę domową korzystały z pomocy Kominternu. Część tej pomocy, między innymi materiałów wojennych, przekazywana była za pośrednictwem Polski. Polscy komuniści prowadzili też szkolenie dowódców i zapewniali pomoc lekarską, między innymi ewakuację rannych do tajnego szpitala w Dziwnowie.

W 1950 r., już po wygaśnięciu walk w Grecji i klęsce komunistów, Komar został odwołany ze wszystkich stanowisk przez nowego marszałka Polski Konstantego Rokossowskiego. W 1951 r. Komar objął nowo utworzone stanowisko Głównego Kwatermistrza WP. Niektórzy traktują to jako awans, ale tak naprawdę oznaczało to odsunięcie od spraw ważnych. Być może wynikało ze spadku wpływów sowieckich mocodawców, pod których Komar był "podwieszony".

W 1952 r., na polecenie sowieckiego kierownictwa Głównego Zarządu Informacji WP, Komara aresztowali funkcjonariusze tej służby i w areszcie pozostał do 1954 r. Był to dalszy ciąg czystki w szeregach wywiadu wojskowego i zapowiedź aresztowań obejmujących partyjnych o "nacjonalistyczno-prawicowych odchyleniach". Komara aresztowano pod zarzutem szpiegostwa i zorganizowania zamachu na generała Świerczewskiego. W czasie śledztwa przyznawał się nawet do najbardziej absurdalnych zarzutów.

Kiedy pod koniec roku 1953 szef Departamentu X MBP Józef Światło uciekł z Polski, nagłośnił między innymi sprawę Komara, szczegółowo opisując absurdalny przebieg śledztwa. Mogło to mieć wpływ na podjęcie przez kierownictwo partii decyzji o jego zwolnieniu.

Po wyjściu z aresztu Komar nie wrócił do wojska, ani do MBP. O tym, że został odsunięty świadczy dalszy przebieg jego kariery. W 1955 r. otrzymał stanowisko dyrektora Fabryki "Specyfika" w Warszawie, skąd został przesunięty do Warszawskich Zakładów Fotochemicznych "Foton", którymi kierował do 1956 r.

W 1956 r. Komar został przywrócony do łask i mianowany dowódcą Wojsk Wewnętrznych, w których skład wchodziło również KBW. Będąc na tym stanowisku, próbował kontrolować narzuconego przez Moskwę marszałka Konstantego Rokossowskiego.

W październiku 1956 r., w czasie VIII Plenum KC PZPR, na rozkaz Komara została odcięta łączność Rokossowskiego z Moskwą. W czasie wrzenia społecznego Komar zaangażował się, wraz z Zambrowskim, w przygotowywanie robotników Żerania do wystąpienia. Po tym kryzysie pozostał na stanowisku i w 1957 r. połączył wcześniejszą funkcję z funkcją dowódcy KBW. W 1960 r. został dyrektorem generalnym w MSW.

W 1968 r. Wacław Komar został ponownie odsunięty, tym razem w wyniku partyjnej nagonki na osoby pochodzenia żydowskiego. Zmarł w 1972 r.

Jest ojcem Michała Komara, dziennikarza Gazety Wyborczej.

#historia #komunizm #drugawojnaswiatowa #pzpr #polska #wojsko #histriaoktoresieniemowi #fb

Data: 04.01.2020 13:56

Autor: FiligranowyGucio

Historia, o której się nie mówi_FB

77 lat temu w Atenach rozstrzelany został przez Niemców Jerzy #Iwanow-#Szajnowicz, reprezentant Polski w piłce wodnej. Oddelegowany przez władze Polski do służby w wywiadzie brytyjskim wykonywał pracę szpiegowską i sabotażową. Bohater greckiego ruchu oporu.

"Wzrost 170-172. Szczupły. Twarz pociągła z wystającymi kośćmi policzkowymi. Oczy niebiesko-szare. Nos prosty. Włosy ciemnoblond zaczesane do tyłu, lekko sfalowane. Uszy nieco odstające." – niemiecki list gończy za Jerzym Iwanow-Szajnowiczem rozesłany w całej okupowanej, przez niemieckich "demokratów", Grecji

4 stycznia 1943 r. Gestapo rozstrzelało polskiego Patriotę, greckiego Bohatera, alianckiego superagenta przy którym filmowa saga o Jamsie bondzie blednie.

Jerzy urodził się w Warszawie 14 grudnia 1911. Był synem rosyjskiego pułkownika i Leonardy Szajnowicz. Matka po rozwodzie z pierwszym mężem wyszła ponownie za mąż za Greka. Syn pozostał w Polsce, studiował w swojej ojczyźnie i w Belgii, reprezentował Polskę w kadrze narodowej w pływaniu i piłce wodnej. 1 września zastał go w Grecji, w Salonikach.

Po upadku Grecji przedostał się do Palestyny, gdzie dołączył do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Po przeszkoleniu przeszedł do brytyjskiego wywiadu. Przerzucony do Grecji, zorganizował siatkę dywersyjną, która zniszczyła ok 400 samolotów, kilkaset składów pociągów. Jerzy jako agent 033B wysadził niemieckie okręty podwodne U-133 i U-372. Miał "na sumieniu" także niemiecki niszczyciel Z.G. 3. a na wyspie Faros zniszczył całą flotyllę kutrów z amunicją. Aresztowany 3 krotnie, dwa razy uciekał, ostatecznie w efekcie zdrady wpadł w ręce Gestapo we wrześniu 1942 r. skazany na karę śmierci. Ostatnia próba ucieczki zakończyła się niepowodzeniem, postrzelony przez Niemców został rozstrzelany w Kesariani (dzisiaj Ateny), na terenie strzelnicy wojskowej.

Na jego grobie w Atenach wyryto inskrypcję "Zginął za Polskę".

PS. O Jerzym powstał film "Agent nr 1"

Cześć i Chwała Bohaterom!

#drugawojnaswiatowa #grecja #pilkawodna #bohater

Data: 18.12.2019 11:46

Autor: FiligranowyGucio

Historia, o której się nie mówi_FB

18 grudnia mija 80 rocznica jednej z pierwszych masowych zbrodni niemieckich na terenie okupowanej Polski i pierwszej zbrodni, w której Niemcy zastosowali zasadę zbiorowej odpowiedzialności. 18.12.1939r Bochni ( moje rodzinne miasto ) Niemcy dokonali egzekucji około 50 osób ( mężczyzn, w wieku 17-56 lat) na terenie lasku położonego na wzgórzu Uzbornia.

Zamordowane osoby były Polakami. Około 30 z nich było aresztantami Bocheńskiego Sądu Grodzkiego. Wśród nich byli ludzie skazani za ciężkie jak i błahe przestępstwa oraz oczekujący dopiero na rozprawy sądowe. Drugą grupę ( około20 osób ) stanowili mieszkańcy Bochni, którzy zostali zabrani z własnych domów przez Niemców na podstawie sporządzonej wcześniej listy. Niestety obecnie trudno jest określić na jakiej podstawie ta lista została sporządzona. Pozostają jedynie domysły. Ludzie Ci zostali rozstrzeliwani w 5 – 6 osobowych grupach przez pluton egzekucyjny, złożony z 12 niemieckich policjantów, najprawdopodobniej z niemieckiego 3.szwadronu lub 5.batalionu policji konnej, którym dowodził major Wilhelm Albrecht. Egzekucji "doglądał" również Brigadeführer Otto Gustav Wächter, gubernator dystryktu krakowskiego ( na zdjęciu nr 10 pierwszy z prawej ).

Do wykopania płytkich dołów oraz zakopania zwłok po egzekucji zmuszono około 20 miejscowych Żydów.

Tak przebieg egzekucji relacjonował jeden ze świadków, Leon Kozłowski, który uciekał z własnego domu w obawie przed represjami: "…Przechodząc przez lasek zauważyłem z odległości kilku kroków, że na skraju tego lasku kilkudziesięciu Żydów kopie pod nadzorem umundurowanych Niemców jakiś długi rów.

Niemcy Ci popędzali Żydów do szybkiej pracy, przy czym widziałem, że bili ich przy tym kijami. Kierując się dalej do miasta przeszedłem mostek na potoku Babica, po którego zejściu zaraz na początku napotkałem dużą grupę ludzi w ubraniach cywilnych.(…) W pewnej chwili Żydów usunięto na bok i z tej dużej grupy skazańców doprowadzono nad rów kilkunastu, na przeciw których stanął pluton egzekucyjny.(…) Widziałem również, że po każdym rozstrzelaniu poszczególnych grup jakiś oficer, zdaje się dowódca plutonu egzekucyjnego, dochodził do rozstrzelanych, po czym wyglądało tak, jakby dobijał niektórych z pistoletu. W czasie tej egzekucji słyszałem szlochy, krzyki skazańców, którzy klękali i zdaje się modlili. Byli kopani prze eskortujących Niemców. Po egzekucji pluton egzekucyjny odmaszerował, śpiewając jakieś pieśni po niemiecku, zaś Żydzi pod nadzorem Niemców wrzucili zwłoki skazańców do wykopanego rowu i przysypali je ziemią (…) Rozmawiałem później z tymi Żydami, którzy mi opowiadali, że po egzekucji musieli zakopywać zwłoki skazanych, przy czym niektórzy rozstrzelani jeszcze się ruszali "…

Egzekucję przeżył jeden człowiek, Zygmunt Wilgocki. Znajdował się on w jednej z pierwszych grup mężczyzn, którzy mieli być rozstrzelani. Oddajmy mu głos za pośrednictwem Pana Stanisława Kobieli: " Kiedy wyprowadzono mnie na rozstrzelanie z aresztu sądowego miałem na sobie porządny, niedawno uszyty płaszcz. Jeden z Niemców zauważył go, gdy ustawiano nas nad grobem wykopanym na Uzborni. Polecił mi zdjęć go i położyć na skraju polany. Przeszedłem przez odsłonięte miejsce i kiedy byłem w okolicy krzaków uznałem, że nadarza się okazja ucieczki. Widziałem, że Niemcy nie mają ze sobą psów, co zwiększa szanse udanej ucieczki. Skoczyłem pomiędzy krzaki. W tej samej chwili ktoś z tej samej grupy widząc, że ja uciekam, także rzucił się do ucieczki. Nie miał szans, bo biegł w stronę krzaków po odsłoniętej polanie i szybko dosięgły go strzały. Biegłem przed siebie, a Niemcy za mną. Wiedziałem, że w gradzie kul nie zdołam pokonać całego wzniesienia. Zobaczyłem wywrócone drzewo z oblodzonymi i pokrytymi śniegiem korzeniami. Skoczyłem do tej jamy. Niemcy nie zauważyli mnie i pobiegli w górę. Nie należałem do ludzi zbyt religijnych, ale wtedy zacząłem się żarliwie modlić, błagając Boga o pomoc. Słowa i myśli więzły mi w gardle. W pewnej chwili zobaczyłem niemieckiego żołnierza w mundurze. Zbliżył się do jamy w której siedziałem i wzrok mój zetknął się z moim wzrokiem. Byłem pewny, że mnie poprzez oblodzone korzenie i gałęzie zauważył. Stał chwilę i patrzył na mnie, po czy odwrócił się o odszedł." Dwóch pozostałych uciekinierów schwytano. Podczas egzekucji następnych grup, skazańcom Niemcy wiązali już ręce, by ograniczyć możliwość ucieczki.

Wilgocki został jednak ponownie aresztowany w 1942r i zmarł w Obozie w Oświęcimiu 29.08.1942r.

Przyczyną niemieckiego odwetu był przeprowadzony dwa dni wcześniej ( 16.12.1939r ) atak dwóch Polaków ( Zygmunta Krzyszkowskiego i Fryderyka Piątkowskiego ) na komisariat niemieckiej policji w Bochni. Podczas tej akcji atakujący zastrzelili dwóch austriackich policjantów. Obaj Polacy zginęli w walce a ich ciała powieszono na latarni na przeciwko komisariatu policji, który mieścił sie przy Rynku Głównym w Bochni. Motywy ataku na niemiecki komisariat policji nie są obecnie zbyt jasne. Pojawiają się hipotezy od napadu rabunkowego ( raczej mało prawdopodobna wersja ) poprzez chęć zdobycia broni ( chyba najbardziej prawdopodobna ) aż po udziału Krzyszkowskiego i Piątkowskiego w podziemnej organizacji zbrojnej "Orzeł Biały". To też jest mało prawdopodobna wersja, często powielana w rożnych źródłach, a będąca najpewniej produktem propagandy okresu PRL-u.

Niemiecka zbrodnia z Bochni została bardzo dobrze udokumentowana na zdjęciach przez nich samych. Niemcy wykonali 36 zdjęć, z których 24 posłużyły do wykonania kilku "pamiątkowych albumów" o tytule " Sühne für Bochnia – Pokuta dla Bochni". Dwa przekazano rodzinom zabitych Austriaków. Dwa kolejne trafiły do Hansa Franka i Otto Wachtera. Po wojnie albumy z tymi zdjęciami zostały przejęte przez Amerykanów.

Była jeszcze jedna kopia rolki filmowej, "nielegalna". Została wykonana w miejscowym zakładzie fotograficznym. Trafiła tam na zlecenie niemieckiego fotografa, który udał się tam aby wywołać film. Tą drogą, poprzez Związek Walki Zbrojnej została przekazana Zachodnim Aliantom.

Co do zdjęć. Pierwsze z nich jest bardzo "słynne", powszechnie wykorzystywane przy okazji "ilustracji" różnych niemieckich zbrodni wojennych z okresu drugiej wojny światowej. Warto pamiętać, co to zdjęcie przedstawia, ponieważ zdarzają się poważne nadużycia związane z jego opisem. Sam kilkakrotnie widziałem, czy to w internecie, czy w różnych programach telewizyjnych, że tym zdjęciem ilustrowano np: niemieckie zbrodnie wojenne na froncie wschodnim.

Więcej zdjęć w komentarzach.

#historia #drugawojnaswiatowa #polska #niemcy

Data: 02.12.2019 13:33

Autor: FiligranowyGucio

"Jak żydzi się sami pogrążyli w tym filmie, oczywiście większość żydów mówi, że to kłamstwa i nawet fotomontaż 😆 Kto nie widział zapraszam do obejrzenia bo na prawdę dobry film"

Film Kapo z 1999 roku opowiada o żydowskich kapo pracujących dla nazistowskich Niemców w obozach koncentracyjnych. Produkcja wzbudziła ogromne kontrowersje, mimo to otrzymała nagrodę dla najlepszego filmu dokumentalnego International Emmy Award. Jeden z producentów filmu Danny Paran przyznał, że był zszokowany, kiedy poznał dogłębnie tematykę kolaboracji. Reżyser Dan Setton nie ukrywał, że przez długi czas cierpiał na bezsenność po tym, jak zrealizował film. Reakcje na film były bardzo zróżnicowane: podczas pokazów został przyjęty z dużym zainteresowaniem przez młodszą część audytorium, natomiast starsza zareagowała oburzeniem. W Niemczech wyemitowano jedynie ocenzurowaną wersję filmu z obawy na reakcje, jakie może wywołać. We Francji sprzeciw wobec filmu był tak duży, że program La 25e Heure, w ramach którego film został wyemitowany, został zdjęty z anteny. Mimo to film został uhonorowany tytułem najlepszego filmu dokumentalnego w 2000 r. (International Emmy Award) to najwyższe odznaczenie dla izraelskiego filmu do tego roku.

Niektórzy żydzi w tym filmie wszystko co złe mówią o Kapo, a zapytani czy by nimi zostali, to z chęcią. Niektórzy nawet się tym szczycą jak ta jedna w filmie żydówka. Bo oczywiście po wojnie byli rozpoznani wielu, na ulicach przez innych, a co sądy Izraelskie zrobiły nic. Większość była zatrzymana przesłuchana i wypuszczona, a w sądach uznawali ich za niewinnych. Po to by wszystko pewnie zatuszować i ściągać bandyckie roszczenia jak próbują od nas, i że było inaczej ale prawda jest inna. I ten film ich pogrąża do końca na dodatek film jest Izraelski . Film jest dosyć stary i jeszcze nagrany na VHS i już 20 lat temu był blokowany w różnych telewizjach w różnych krajach by za dużo to nie wypłynęło. Kiedyś leciał ten film w TVP, teraz oczywiście go nie pokażą, a powinni go pokazywać dosłownie co miesiąc.

https://www.cda.pl/video/4203811e5?fbclid=IwAR3js-AAiPuyevp4Z7kaQSIPiCjkbK7FtMP0j7xIu2HZOKlkxNW-aHvRYuA

#filmydokumentalne #zydzi #drugawojnaswiatowa #holokaust #kappo

NIE dla roszczeń żydowskich - forum_fb

Data: 05.11.2019 11:23

Autor: FiligranowyGucio

facebook.com

✡ Uwaga‼️ Jeśli nadal będziecie słyszeli, kiedy jakiś żyd mówi wam, że ekshumacje w ich religii są zakazane i nie można ich przeprowadzić w #Jedwabnem, to wiedzcie, że łże, jak wściekły pies! @Reuters podaje, że religia nie przeszkadzała im ekshumować 1200 żydów na Białorusi. https://www.reuters.com/…/belarus-reburies-over-1200-jews-u…

✡ "Jedwabnem postawiło Polskę na straconej pozycji." – Prof. Norman Finkelstein: "Łobuzy z WJC (Światowy Kongres Żydów) zacierają rączki, a polskie władze zachowują się jak dzieci we mgle, którym wydaje się, że deklaracjami o walce z antysemityzmem coś ugrają. Nic nie ugrają! Zostaniemy ograbieni, zaorani i posypani solą. Jedynym ratunkiem jest natychmiastowa kontrofensywa. Trzeba zacząć od rzeczy podstawowej, czyli wytrącić żydowskim łobuzom z ręki propagandową broń, którą z premedytacją posługują się w akcji zmierzającej do ograbienia Polski. Tą bronią jest stworzona przez Jana T. Grossa hagada o pogromie w Jedwabnem. „Książka Grossa to typowy produkt „przedsiębiorstwa holokaust”. (…) Jest to najzwyklejsze wyłudzanie zakamuflowane pod sztandarem żydowskiego cierpienia” – napisał Prof. Norman Finkelstein w posłowiu do polskiego wydania „Przedsiębiorstwa holokaust” w 2001 roku. Czy Prof. Finkelstein nie miał racji? Miał rację! Od przerwania ekshumacji w 2001 r. przez śp. L. Kaczyńskiego wszystkie rządy RP, z obecnym rządem premiera Morawieckiego włącznie, de facto legitymizują skok na kasę organizowany przez łobuzów z „przedsiębiorstwa holokaust”. Bez wznowienia ekshumacji w Jedwabnem z udziałem obserwatorów z organizacji międzynarodowych Polska nie ma szans na zatrzymanie nagonki, której celem jest propagandowe usprawiedliwienie skoku na 300 miliardów dolarów. Czy władze RP mają tego świadomość?" https://wprawo.pl/…/katarzyna-ts-finkelstein-ostrzega-pol…/…

#roszczeniazydowskie #polityka #bialorus #polska #zydzi #historia #drugawojnaswiatowa

IPN wznawia śledztwo ws. mordu na Żydach. Naczelny Rabin Polski już protestuje przeciw ekshumacji

Data: 04.11.2019 15:32

Autor: Immortal_Emperor

dzienniknarodowy.pl

Pion śledczy białostockiego oddziału IPN podejmie na nowo śledztwo dotyczące mordu Żydów w Wiźnie w 1941 roku. To efekt odkrycia zbiorowej mogiły podczas prac terenowych Stowarzyszenia “Wizna 1939” w październiku br. Znaleziono szczątki ludzkie przedwojennych mieszkańców miasteczka narodowości żydowskiej oraz łuski od niemieckiej amunicji.

#ipn #historia #drugawojnaswiatowa

Data: 01.11.2019 18:29

Autor: arti

Oby Ameryka nigdy nie zapomniała co Niemcy zrobili Polakom na naszej własnej ziemi, za to, że jako pierwsi stanęliśmy w obronie wolności i praw człowieka.

Jestem wdzięczny narodowi amerykańskiemu za wyzwolenie Europy od komunizmu i nazizmu, ale chcę by na na drugim kontynencie pamiętano, że to my byliśmy na pierwszej linii obrony, będąc jednocześnie niekwestionowaną, największa ofiarą II Wojny Światowej i dwóch morderczych totalitaryzmów .

#auschwitz #antyslavizm #polakozerstwo #polocaustdenial #drugawojnaswiatowa #niemcy #usa

USA - Ustawa edukacyjna 943 jest w pewnym sensie gorsza od 447. Sprowadza dzieje II wś do . . .

Data: 31.10.2019 13:37

Autor: ziemianin

youtube.com

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #usa #ustawaedukacyjna943 #drugawojnaswiatowa #zydzi #polityka

Wojciech Jeśman o pisanej przez organizacje żydowskie ustawie wprowadzającej w USA federalne nauczanie o II wś., marginalizacji polskiej narracji i próbach, by to zmienić.

USA – Ustawa edukacyjna 943 jest w pewnym sensie gorsza od 447. Sprowadza dzieje II wś do Zagłady Żydów

Źródło: US Congress

Wojciech Jeśman opowiada o niepokojącej amerykańskiej ustawie 943, która może wpłynąć na interpretacje historii. Jest to edukacyjna ustawa, będąca jak mówi pod pewnymi względami „nawet gorsza niż akt 447”, gdyż może zacementować na pokolenia obraz Polaków”. Never Again Education Act, o której nasz gość mówił na antenie Radia Wnet już w sierpniu, wprowadza ujednolicenie programu nauczania na temat II wś. we wszystkich stanach. Jak dotąd programy szkolne ustalane były na poziomie stanowym lub niższym. Stwierdza, że „tego programu jeszcze nie ma, ale ma być napisany”.

Mamy cztery organizacje żydowskie, które mają ten program napisać.

Wśród organizacji, które będą zajmować się formułowaniem programu, jest Anti-Defamation League, które jak podkreśla działacz polonijny, „często wypowiada się w sposób antypolski, wręcz polakożerczy”.

Program ograniczy nauczanie o historii II wś do tematów zw. ludobójstwem i eliminacją Żydów europejskich.

Jeśman podkreśla niepokojące i wykrzywiające prawdę historyczną zawężenia opowieści o tym globalnym konflikcie do jedynie Zagłady Żydów. Stwierdza, że polskie ofiary II wś, jeśli są w tej narracji to daleko „za homoseksualistami, osobami nienormalnymi, chorymi psychicznie, Cyganami”.

Konferencja ma stworzyć zaczyn polskiej polityki historycznej w Stanach Zjednoczonych.

Gość „Poranka WNET” mówi o polonijnej konferencji „Poland first to fight”, której tematem jest „polski los w czasie II wś”. Do partnerów konferencji poza polską ambasadą należy również ambasada … indyjska. Jak mówi Jeśman, wynika to z kontaktów nawiązanych w czasie realizacji filmu nt. „indyjskiego maharadży, który w czasie wojny uratował wiele polskich sierot”.

Data: 24.10.2019 00:10

Autor: FiligranowyGucio

Mieszkańcy Nowej Rudą chcą pozbawić Olgę Tokarczuk honorowego obywatelstwa miasta Nowej Rudy, nadanego przez radnych Platformy Obywatelskiej. Olga Tokarczuk wsławiła się wypowiedzią, że Polacy byli kolonistami i zabili w czasie II Wojny Światowej Żydów.

https://www.youtube.com/watch?v=y_RPGKFaEWU&feature=youtu.be&fbclid=IwAR2KMdJILxvbmNGc83O4J_6Wsg77lE1p0i49HhRveI3s2PmE6-Lw4sE2q-U

#polska #zydzi #ukraina #drugawojnaswiatowa #nowaruda #yt

Data: 18.10.2019 17:24

Autor: FiligranowyGucio

Lemingopedia_FB

Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale u naszych zachodnich sąsiadów toczy się dyskusja na temat: czy upamiętnić polskie ofiary wojny pomnikiem w Berlinie. Zebrała się elita i w dyskusji ustaliła, że… są różne opinie. Pomnik? W centrum Berlina? I co na nim napiszemy? Że zamordowaliśmy 6 mln sąsiadów? Nein!

Sam pomysł jest wspierany oficjalnie przez przewodniczącego Bundestagu Wolfganga Schaublea oraz szefa MSZ Haiko Maasa. To kwestia polityki, żeby uśmiechać się do każdego. Sęk w tym, że niemiecka polityka jest najlepiej zorganizowaną i współgrającą w Europie. To oznacza, że to, czego nie mogą powiedzieć politycy – powiedzą – w tym wypadku – historycy. A historycy bardzo sceptycznie odnoszą się do projektu, podnosząc argument, że to trochę niesprawiedliwe. No wiecie… "My tu się kajamy za jakieś bieda 6 mln Polaków, a kto pamięta o niemieckich ofiarach wojny na wschodzie?!?!?!". Już nawet nie wspomnę, jak przy tym brzmi całkowicie debilny i aberracyjny argument numer dwa: że oni nie chcą OGRANICZAĆ SIĘ WYŁĄCZNIE DO SYMBOLI – czyli pomnika. Ależ kochani sąsiedzi! Ja naprawdę nie widzę problemu. Postawcie pomnik, zróbcie muzeum, wypłaćcie reparacje i żyjmy sobie w tej wspólnej Europie.

Wspomniałem o Muzeum? Teraz będzie dobre. Podczas tej debaty wysnuto wniosek, że Niemcy powinni upamiętnić wszystkie ofairy wojny na WSCHODZIE EUROPY, a nie że Polaków. Dlaczego? Wildt trochę się wygadał…

– Naszym celem nie może być pomnik – powiedział były dyrektor Muzeum Niemiecko-Rosyjskiego Berlin-Karlshorst Peter Jahn. – Potrzebujemy miejsca, które będzie informować o różnych aspektach wojny (na wschodzie) i różnych grupach ofiar – podkreślał.

Jahn zabiega o upamiętnienie w tej formie w stolicy Niemiec ofiar nazistowskiej polityki „przestrzeni życiowej" (Lebensraum). Nazistowska polityka, to wiadomo – ta co uciskała od początku lat 30. biednych Niemców, znajdujących się pod nazistowską okupacją.

Zdaniem prof. Martina Austa z Uniwersytetu w Bonn tylko stworzenie miejsca pamięci i dokumentacji pozwoli jednocześnie na oddanie czci ofiarom, jak i na historyczną edukację o tym, jak wyglądała niemiecka wojna na wyniszczenie na wschodzie Europy. Niemcy wciąż bardzo mało wiedzą na ten temat – wskazywał. – Z jednej strony chodzi o upamiętnienie ofiar i empatię, a z drugiej o spojrzenie na czyny naszych przodków – dodał Aust.

Profesor Michael Wildt z Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie ocenił, że poparcie przedstawicieli niemiecki władz dla projektu pomnika wynika nie tylko z woli uhonorowania polskich ofiar wojny, ale jest także "politycznym ustępstwem wobec ważnego kraju europejskiego, jakim jest Polska". – Z kolei Polska pod rządami PiS ma jasny program nacjonalizacji pamięci, PODKREŚLA SIĘ, ŻE TO POLACY SĄ OFIARAMI. Niestety nie żartuję. To był zarzut wobec nas, że naród, któremu wymordowano 6 mln obywateli śmie mieć się za ofiarę wojny.

Mamy do czynienia z polityczną instrumentalizacją debaty – przekonywał Wildt.

Teraz zapnijcie pasy.

Podczas debaty pojawiło się także pytanie zasadnicze. No jakbyśmy postawili ten pomnik, to co na nim napisać?

Tu niemiecki historyk Wildt też przyszedł z pomocą! – BYŁY NIE TYLKO POLSKIE OFIARY, ALE I POLSCY SPRAWCY, jak na przykład w Jedwabnym – powiedział. – Jeśli damy się wciągnąć w nacjonalizację narracji, jaką prowadzi PiS, nie będziemy w stanie ukazać i udokumentować historii. Istnieją złożone zależności, których nie da się opisać w pięciu linijkach na pomniku – mówił.

Już pal go sześć te Jedwabne i odwieczną dyskusję na temat – Polacy wymordowali? Niemcy? Czy to był odwet? Odkopać, zbadać, uczcić, pochować tak, jak to powinno być zrobione. Dobra panie Wild. Wiem, że jako naród, cholernie lubicie cyferki, do tego stopnia, że woleliście nazywać ludzi numerem niż nazwiskiem. Pobawmy się w te numerki. W Jedwabnem zginęło ok. 340 osób. Panie Wild, serio zestawił Pan to z 6 mln polskich obywateli i nawet brewka panu nie tykła? 6 mln, Niemcze!

Uczestnicy dyskusji podkreślali też, że ewentualne miejsce pamięci i dokumentacji musi powstać w dialogu z krajami, których ma dotyczyć, co jednak nie będzie proste – ze względu na różne spojrzenia tych narodów na historię II wojny światowej. – Iluzją byłoby wierzyć, że Polacy czy Ukraińcy usiądą przy jednym stole z Rosjanami – przyznał Aust.

Z apelem o wzniesienie w Berlinie pomnika polskich ofiar wojny i okupacji niemieckiej w latach 1939-1945 wystąpiła w 2017 roku grupa niemieckich polityków i historyków. Inicjatorem apelu był architekt Florian Mausbach. Wskazano już nawet miejsce, gdzie monument miałby stanąć. To Plac Askański nieopodal ruin dworca kolejowego Anhalter Bahnhof. Miejsce to odwiedzili 1 września br., w 80. rocznicę niemieckiej napaści na Polskę, marszałek Sejmu Elżbieta Witek i przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schaeuble, co uznano za sygnał, że projekt pomnika nabiera impetu.

I wiecie co Wam powiem? A gówno nabierze impetu. Powiem tak… to nie tylko bezczelność, ale i skrajna perfidia. Dlaczego? Bo to, co mówią historycy – jest właśnie realizacją polityki Niemiec. Zobaczycie, że nasze dzieci będą się tłumaczyć z polskiego terroru wobec niemieckich żołnierzy. Bo jak dziadek Hans palił i mordował Warszawę, to mu cegła na głowę spadła z rozwalonej kamienicy. Tej samej, co to ją później Polacy zabrali Żydom, a teraz nie chcą oddać. Tak będzie…

Niemcy tracą kolejną szansę, żeby między nami było normalnie.

#historia #polityka #niemcy #polska #drugawojnaswiatowa #pomnik

Data: 18.10.2019 09:36

Autor: FiligranowyGucio

"Wiadomo mi, że z końcem czerwca 1942 r. gestapo krakowskie, oddział dla spraw żydowskich, w osobach: sekretarza policji kryminalnej Willy Kunde, Heinricha Oldego, rozkazali radzie żydowskiej przygotowanie sznurów oraz talku. Powszechnie sądzono, że przygotowuje się egzekucja na członkach rady żydowskiej lub innych mieszkańcach ghetta. Równocześnie nakazano, by cała rada żydowska wraz z personelem kancelaryjnym nazajutrz, dnia, o ile sobie przypominam – 23 czerwca 1942 oraz wybrany przez gestapo oddział tzw. mundurowej żydowskiej policji porządkowej (Ordnungsdienst) z jej komendantem, Simche Spirą na czele, udali się do Płaszowa.

Wiadomo mi, że w grupie żydowskiej policji porządkowej znajdowali się następujący członkowie OD. Simche Spira, Silberman, którego nazwiska nie pamiętam, Feiler Mojżesz, Dawid Immerglück, Leon Schleifer, Salo Rottersmann, Herman Rosner, Ignacy Neiger, Herman Neiger, Szeiner Ignacy i Efroim Immerglück.

Na miejscu zgromadzeni otoczeni byli niemiecką policją i na przygotowanej szubienicy członkowie OD wyżej wymienieni, z rozkazu niejakiego Obersturmführera gestapo – Bächera, o czym dowiedziałem się w tym samym dniu z ust jednego z odemanów (członkowie policji żydowskiej) , powiesili siedmiu skazańców, przywiezionych przez gestapo autem. Między powieszonymi znajdował się jeden albo dwóch Żydów, a reszta Polaków. Z opowiadania asystujących przy egzekucji odemanów wiem, że siedmiu skazańców przywieziono w godzinach przedpołudniowych, około godz. 10-tej autem ciężarowym i ustawiono ich obok uprzednio przygotowanej szubienicy. Każdego ze skazańców wprowadzono na specjalnie do tego celu przygotowane schodki, następnie jeden z odemanów przytrzymywał skazańca, a drugi nakładał pętlę. Po założeniu pętli inny z odemanów na polecenie nadzorujących gestapowców podrywał stopnie spod nóg skazańca, tak że ten zawisał w powietrzu. Podczas wykonywania egzekucji na jednym – inni skazańcy czekali na swoją kolej. Cała egzekucja robiła straszliwe wrażenie z uwagi na to, że odemani nie mieli żadnej wprawy w kierunku wieszania ludzi, w związku z czym zdarzało się, że skazaniec, którego miano powiesić, już z samej szubienicy urywał się i tego wieszano po raz drugi. Radę Żydowską i cały personel gminy użyto do tej egzekucji w tym celu, aby wzburzyć opinię ludności polskiej przeciw Żydom, jako rzekomym sprawcom egzekucji, a z drugiej strony, by mieć „galerię”, przyglądającą się tej niesamowitej egzekucji. Jako powód wykonania tej egzekucji podano sabotaż kolejowy, wykonany w ten sposób, że nieznani sprawcy rozkręcili szyny kolejowe w okolicy Bieżanowa, na skutek czego wykoleił się pociąg. Nazwisk powieszonych nie znam, w każdym razie z opowiadania odemanów wiem, że byli to więźniowie, ponieważ zdradzali ślady wyczerpania i katowania ich w więzieniach przez Niemców. Według posiadanych przeze mnie informacji zwłoki skazanych miały wisieć na szubienicy kilka dni, ale następnie z nieznanych mi powodów zdjęto już je nazajutrz o godzinie 10-tej wieczór. Dokąd wywieziono zwłoki nie wiem, ale wiem, że zdejmowali je z szubienicy ci sami odemani, którzy wykonali egzekucję.

Z zeznań dr. Dawida Schlanga, syna Arona i Anny, wyznawcy religii mojżeszowej, z zawodu adwokata na temat egzekucji przy ul. Wodnej (oryginalna pisownia)

W 1942 r. Niemcy rozpoczęli w Krakowie publiczne egzekucje. Pierwszej z nich dokonali przy ul. Wodnej, 26 czerwca 1942 r. Powieszono wówczas siedem osób. 2 października 1943 r. Hans Frank podpisał rozporządzenie „O zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Od tego momentu co kilka tygodni odbywały się na ulicach Krakowa publiczne egzekucje zakładników z więzień krakowskich. Ostatnią masową zbrodnią niemiecką, wykonaną na oczach mieszkańców miasta, było rozstrzelanie 27 maja 1944 r. przy ul. Botanicznej 40 zakładników. Tragicznym finałem kilkuletniej okupacji Krakowa była pacyfikacja w Dąbiu, przeprowadzona 15 stycznia 1945 r. Zamordowano wówczas co najmniej 79 osób."

https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%BCdischer_Ordnungsdienst

#historia #zydzi #polska #krakow #okupacja #drugawojnaswiatowa

Data: 14.09.2019 05:46

Autor: FiligranowyGucio

Facet zaczyna od klamstwa: " w czasach komunizmu "Malowany ptak" był zakazany w Polsce" i to już złe, nigdy nie była zakazana, sam mam ja na półce od 30 lat. Kosinski reklamował ksiazke jako biograficzną a ludzi, dzieki którym przeżył opłuł i oczernił. Wszystkich czytajacych ten kłamliwy wywiad prosze o poszukanie wiedzy na ten temat, choćby w internecie. Film zostal wygwizdany podczas premierowej produkcji a ludzie wychodzili z sali. Antypolski paszkwil!

https://film.wp.pl/malowany-ptak-stellan-skarsgard-o-filmie-polsce-i-rzadzie-pis-6423697062664321a?amp=1&__twitter_impression=true&fbclid=IwAR1ta4SAdsUbAuCwlgDFp2IyI6Uc3PX6Hg9VwVjJxZOIVNoXU75wPq-UwUs

#klamstwa #wppl #drugawojnaswiatowa #film #recenzja

Data: 09.09.2019 17:45

Autor: FiligranowyGucio

Niemiecka jednostka SS Sturmbrigade Dirlewanger i ich dowódca Oskar Dirlewanger czyli tzw. "Dirlewangerowcy" – potwory na ulicach Warszawy w 1944 roku!

"Kaci Warszawy słynęli z barbarzyństwa. Często swoje ofiary, by nie tracić kul, palili żywcem. Ta niewielka jednostka SS zamordowała przeszło 60 tys. ludzi. Oto jej dzieje

To było gdzieś w pierwszej połowie upalnego sierpnia 1944 r. Ogarnięta powstaniem Warszawa rozbrzmiewała seriami karabinów maszynowych, eksplozjami bomb i salwami artylerii. 18-letni Matthias Schenk, saper szturmowy z Wehrmachtu, uczestniczył w natarciu w rejonie Starego Miasta. Jego oddział „torował drogę” żołnierzom z niesławnej Brygady Szturmowej SS-Oberführera Oskara Dirlewangera. Esesmani ci ubrani byli w mundury feldgrau bez dystynkcji. Jak zwykle szli do ataku z podlewaną alkoholem straceńczą brawurą. A za chwilę mieli udowodnić młodemu żołnierzowi, że fama dzikich okrutników, która ich poprzedzała, jest zupełnie zasłużona. Oddajmy głos Schenkowi, który tak po latach relacjonował atak na jeden z powstańczych lazaretów położonych na terenie klasztoru, niestety bliżej nieokreślonego:

„Zazwyczaj podchodzimy skokami do obiektu, obrzucamy go granatami, a po ich wybuchu przechodzimy do ataku. Kiedy miałem już rzucić swój granat, usłyszałem dochodzące ze środka wołanie: »Nie strzelajcie!«. Co tu robić?! Poleciłem gestem kolegom leżącym dwadzieścia metrów ode mnie, żeby mnie osłaniali ogniem. Kazałem Polakom otworzyć drzwi i wyjść z podniesionymi rękami”.

Po dłuższej dłużej chwili drzwi budynku otworzyły się. Jedna z pielęgniarek wystawiła na zewnątrz białą flagę. Wtedy cały oddział Schenka, z bagnetami na broni, wszedł do lazaretu. Personel – oficer AK, lekarz i piętnaście sióstr – poddał szpital. Znajdujący się na szpitalnych łóżkach ranni niemieccy żołnierze, którzy w toku walk dostali się do niewoli, prosili, by nie robić krzywdy Polakom. I wtedy do budynku wpadli dirlewangerowcy. Rozpętało się piekło. Najpierw zamordowali wszystkich rannych Polaków. Potem zabrali się do pielęgniarek. Zdarli z nich ubrania i brutalnie zgwałcili. Jednak apogeum tej orgii przemocy nastąpiło wieczorem tego samego dnia. Wróćmy do relacji Schenka:

„Na dziedzińcu [budynku lazaretu – red.], gdzie stała szubienica, kłębił się tłum. Żołnierze ze wszystkich jednostek – SS i Ukraińcy – zorganizowali koncert śpiewu i gry na flecie. […] Esesmani popychali nagie pielęgniarki, z rękoma na głowie, w kierunku szubienicy. Lekarzowi przycięli króciutką tunikę, założyli sznur na szyję i pociągnęli pod belkę, na której dyndało już z dziesięciu cywilów. Tłum śmiał się i wrzeszczał. Protesty niektórych żołnierzy ginęły w tłumie. Byliśmy bezsilni i ja swój sprzeciw zachowałem na użytek naszej kwatery głównej”."

https://polskatimes.pl/oskar-dirlewanger-i-ss-sturmbrigade-dirlewanger-dirlewangerowcy-potwory-na-ulicach-warszawy-1944-powstanie-warszawskie/ar/c15-12956342

#drugawojnaswiatowa #ukraina #warszawa #polska

Data: 29.08.2019 21:08

Autor: FiligranowyGucio

Jak to możliwe, że zbrodniarze wracali po wojnie do ról troskliwych rodziców i robili kariery?

Myśleli, że świat o nich zapomni, tymczasem my przypominamy o ich zbrodniach i losie ofiar.

Dotarliśmy do rodzin – sprawców i ofiar.

Oto owoc naszych wielomiesięcznych kwerend w archiwach w Polsce i Niemczech.

https://www.dw.com/pl/zbrodnia-bez-kary-trailer/av-50210280

Więcej już 31 sierpnia na: dw.com/zbrodniabezkary

#ZbrodniaBezKary #DW #Polska #historia #fakty #niemcy #drugawojnaswiatowa

Sąd wydał precedensowy wyrok ws. Ringier Axel Springer / Onet.pl kontra Krystian Brodacki !!!

Data: 03.08.2019 19:12

Autor: arti

rdi.org.pl

Sąd nakazał przeproszenie Krystiana Brodackiego na głównej stronie Onet.pl, w ramce wielkości ¼ ekranu oraz zasądził na rzecz powoda kwotę 100 000 zł tytułem zadośćuczynienia. Wyrok ma związek z publikacją Onet.pl z marca 2016 r., w której ilustracją do tekstu o kolaboracji z Niemcami było zdjęcie kobiet prowadzonych przez Niemców na egzekucję w Palmirach. Jedną z takich kobiet była matka Krystiana Brodackiego, Maria Brodacka. Wyrok jest prawomocny.

#niemcy #polska #drugawojnaswiatowa #onet

Wg prelegenta gdańskich obchodów „Schleswig-Holstein” był… statkiem pasażerskim

Data: 01.08.2019 19:33

Autor: Immortal_Emperor

tvp.info

Niemiecki pisarz Jobst Bittner uważa, że „Schleswig-Holstein” – symbol ataku na Polskę w 1939 roku – był „niemieckim statkiem pasażerskim”, na którym „ukryło się 220 niemieckich żołnierzy. Tak mówi w filmie, na którym zaprasza na gdańską Konferencję Przyjaźni Polsko-Niemieckiej. Bittner będzie jednym z prelegentów. Trzydniowe wydarzenie – które prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz objęła patronatem – jest częścią obchodów 80. rocznicy wybuchu wojny.

#lewackalogika #gdans #drugawojnaswiatowa #historia

Wybuch na posesji w Kębłowie. Jedna osoba została poszkodowana!

Data: 04.07.2019 23:54

Autor: Vandzior

wejherowo.naszemiasto.pl

"Jedna osoba poszkodowana, to bilans niekontrolowanego wybuchu do którego doszło w warsztacie w Kębłowie. Do czasu przyjazdu saperów miejsce zabezpieczają policjanci."

"Policjanci pracujący na miejscu wstępnie ustalili, że 30-letni mężczyzna wraz ze swoim znajomym za pomocą wykrywacza metali wydobyli z ziemi pociski z czasów wojny, a następnie przenieśli je na teren posesji, gdzie używając imadła zaczęli jeden z nich przepiłowywać."

#polska #militaria #drugawojnaswiatowa #ww2 #wybuch

- Przeżyłem niemiecką egzekucję - Ludwik Zalewski [+18]

Data: 24.05.2019 13:21

Autor: zawodowy_partyjniak

youtube.com

W lutym 1944 roku trzynastoletni Ludwik Zalewski został zatrzymany przez niemiecką żandarmerię w czasie zbierania węgla na torowisku. Wkrótce rozegrał się prawdziwy dramat … "(…) Rozstrzeliwują, jeden, drugi i teraz ja … strzelili koło mnie, coś mnie uderzyło, coś czułem w policzek (…) "

#polska #historia #drugawojnaswiatowa #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #iiwojnaswiatowa

Data: 01.05.2019 10:48

Autor: FiligranowyGucio

Historia, o której się nie mówi Fb

30 kwietnia 1940 w okolicach Anielina pod Opocznem oddział Hubala został otoczony przez 7 tys. żołnierzy niemieckich. W walce, podczas której Niemcy użyli czołgów, oddział partyzancki uległ rozproszeniu, a major Hubal poległ na polu walki. Jego ciało zostało najprawdopodobniej przewiezione przez Niemców do Tomaszowa Mazowieckiego i tam spalone. Oddział Hubala uległ samorozwiązaniu 25 czerwca 1940 roku. Mimo wielu prób do dziś nie odnaleziono miejsca spoczynku legendarnego Hubala.

#historia #drugawojnaswiatowa #polska

Data: 15.04.2019 17:56

Autor: FiligranowyGucio

Historia, o której się nie mówi

Wybuchające szczury były jedną z najdziwniejszych broni stworzonych w okresie II Wojny Światowej. Były one dziełem Brytyjskiej The SOE (Special Operations Executive), organizacji utworzonej w Lipcu 1940, gdy po upadku Francji, premier Wielkiej Brytanii obiecał podpalić Europę. Co Winston Churchill rozumiał przez to sformułowanie? Przede wszystkim sabotaż i wspieranie ruchu oporu.

Głównym zadaniem The SOE miała być współpraca z ruchem oporu w okupowanej Europie. Oprócz szpiegostwa i rekonesansu miała się ona również zajmować sabotażem. Jednym z wynalazków Sekcji XV tej organizacji były właśnie wybuchające szczury. Sekcją tą kierował Charles Fraser Smith, często nazywany pierwowzorem słynnej postaci Q z Jamesa Bonda. Kierował on wydziałem, którego zadaniem było konstruowanie tajnych narządzi, które mogłyby zostać użyte do specjalnych zadań. Wybuchające szczury były z całą pewnością najbardziej egzotycznym wynalazkiem!

#historia #anglia #drugawojnaswiatowa