Były oficer kontrwywiadu: Potraktowano mnie jak zbrodniarza

Data: 09.07.2020 13:56

Autor: ziemianin

tiny.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #NATO #CEKNATO #SKW #UOP #ABW #polska #sluzbyspecjalne #SluzbaKontrwywiaduWojskowego

Jak państwo PiS ściga zasłużonego oficera polskiego kontrwywiadu, który bronił przed Antonim Macierewiczem natowskiej instytucji.

Krzysztof Dusza – pułkownik polskiego kontrwywiadu w stanie spoczynku. Od 1990 r. służył kolejno w Urzędzie Ochrony Państwa, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i SKW, m.in. na stanowisku wiceszefa tej ostatniej służby. W 2015 r. stworzył i jako pierwszy dyrektor kierował CEK NATO, którego celem jest rozpoznawanie zagrożeń ze strony Rosji i przeciwdziałanie im.

Były oficer kontrwywiadu: Potraktowano mnie jak zbrodniarza

Nne wejście do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO to jedna z najgłośniejszych akcji ludzi Macierewicza. Niedługo po północy 18 grudnia 2015 r. najbliżsi współpracownicy ministra obrony – szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego Piotr Bączek oraz dyrektor gabinetu ministra Bartłomiej Misiewicz – w towarzystwie żandarmów włamali się do pomieszczeń CEK zajmowanych przez oddelegowanych do centrum oficerów kontrwywiadu wojskowego. Z użyciem wiertarek, wytrychów i łomów otwierali ich biurka i szafy pancerne. Do dziś nie wiadomo, czego tak naprawdę szukali. Sprawa stała się początkiem szykan, którym poddano oficerów z CEK z jego ówczesnym szefem płk. Krzysztofem Duszą na czele.

GRZEGORZ RZECZKOWSKI: – Co robił pan przez ostatnie cztery i pół roku?

KRZYSZTOF DUSZA: – Głównie odwiedzałem prokuratury i sądy. Gdyby nie rodzina, a w szczególności żona i garstka przyjaciół, byłyby to dla mnie lata całkowicie stracone. Pewnie trudniejsze do zniesienia byłoby dla mnie pytanie, które wciąż sobie stawiam: czy warto było postawić wszystko na jedną kartę w konfrontacji z Macierewiczem i jego ludźmi, którzy w listopadzie 2015 r. przejęli władzę w SKW. Wbrew temu, co mi się czasem zarzuca, nigdy moje działania nie miały charakteru politycznego. Przeciwstawiałem się łamaniu prawa.

W jednej ze spraw, nie jedynej zresztą, sąd właśnie przyznał panu rację.

W 2015 r. Piotr Bączek, wówczas szef SKW i jeden z najbliższych współpracowników Antoniego Macierewicza, odebrał mi tzw. poświadczenie bezpieczeństwa, bez którego niemożliwy jest dostęp do informacji z klauzulami tajności. A co za tym idzie, praca w służbach specjalnych. Naczelny Sąd Administracyjny uznał niedawno prawomocnie, że była to decyzja bezzasadna.

To był początek działań ludzi Macierewicza przeciwko panu.

Wszystko zaczęło się 27 listopada 2015 r., tydzień po tym, gdy szefem SKW został właśnie Bączek. Tego dnia odebrałem od niego pismo, w którym poinformował, że wszczął wobec mnie postępowanie kontrolne zmierzające do odebrania mi poświadczenia bezpieczeństwa. Byłem wówczas dyrektorem CEK NATO, decyzja Bączka oznaczała dla mnie zakończenie pracy na tym stanowisku.

Ale nie to było najgorsze. Jako podstawę wskazał na zapisy ustawy o ochronie informacji niejawnych, które wskazywały na to, że jestem podejrzewany o współpracę z obcym wywiadem, któremu rzekomo przekazywałem informacje. Co więcej, że w związku z tym jestem podatny na szantaż. Nigdy jednak nie przedstawiono żadnych dowodów, które by te zarzuty choćby uprawdopodobniały. Nigdy nawet do tych zarzutów nie powrócono. Mimo to poświadczenie mi odebrano. Na marginesie – decyzję szefa SKW zatwierdził koordynator ds. specsłużb Mariusz Kamiński, do którego się odwołałem.

Zamysł był jednoznaczny – usunięcie mnie ze stanowiska szefa CEK NATO, a następnie postawienie mi zarzutów dotyczących szpiegostwa.

Początkowo to się nie udawało.

Wsparł mnie minister obrony Słowacji, która była współzałożycielem CEK. Martin Glváč wysłał do ministra Macierewicza dwa listy, żądając wyjaśnień w sprawie działań wobec mnie i centrum. Przy czym drugi wysłał w grudniu 2015 r. po pamiętnym nocnym wejściu ludzi Macierewicza z Bartłomiejem Misiewiczem na czele do CEK. MON stwierdził wtedy, że wszystko odbyło się za zgodą strony słowackiej, czemu Glváč zaprzeczył.

Dziś wiemy, że wtargnięcie do CEK odbyło się bez dochowania procedur, m.in. bez udziału prokuratora. Mimo to oskarżono pana o nielegalne przetrzymywanie w centrum tajnych dokumentów z SKW. Sprawa trwa już piąty rok i skończyć się nie może.

Te działania ludzi Macierewicza, a konkretnie Bączka i Misiewicza, w CEK były oczywiście bezprawne. Odbyło się to z pominięciem prokuratury, która powinna wydać postanowienie o zabezpieczeniu dokumentów, gdyby rzeczywiście takowe się tam nielegalnie znajdowały. I bez osobistej obecności prokuratora.

W tej sprawie zapadło już jedno orzeczenie Sądu Okręgowego w Warszawie, który uznał, że nie było podstaw do kierowania jakichkolwiek zarzutów wobec nas. Prokuratura jednak się odwołała i sprawa będzie rozpatrywana ponownie, bo sąd apelacyjny dopatrzył się uchybień proceduralnych.

Jedno wytłumaczenie, jakie się nasuwa, to że czegoś szukano. Czego? Możemy się tylko domyślać. Przypomnę tylko, że SKW za poprzedniej władzy badała niewygodne dla Macierewicza sprawy, m.in. kopiowanie za jego czasów danych z ewidencji operacyjnej czy wpuszczenie do siedziby SKW „tłumaczki” Iriny Obuchowej. A drugie wyjaśnienie jest takie, że chciano w ten sposób zdyskredytować poprzednie kierownictwo SKW, by poddać w wątpliwość informacje kontrwywiadowcze przekazywane przez nas sojuszniczym służbom.

Wygrał pan także proces o degradację. W 2016 r. Piotr Bączek obniżył panu stopień do szeregowca.

Ta sprawa była pokłosiem mojego sprzeciwu wobec wtargnięcia do CEK, czemu dałem wyraz, m.in. przedstawiając wówczas swoje stanowisko mediom, w którym mówiłem, że było to działanie bez podstaw prawnych. Podobne zresztą stanowisko zajął wspomniany minister obrony Słowacji.

Piotr Bączek uznał jednak, że naruszyłem jego dobre imię oraz że wypowiadałem się bezprawnie. Mimo że byłem dyrektorem CEK i nie został na mnie nałożony żaden zakaz wypowiadania się do mediów. Co ciekawe, nigdy nie wytoczył mi w tej sprawie procesu o naruszenie dóbr osobistych.

To była historia równie niewiarygodna, co bez precedensu. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów polski oficer, i to w stopniu pułkownika, został zdegradowany aż do stopnia szeregowego.

Nie jest mi znany przypadek, by za taką „przewinę” kogokolwiek zdegradowano do szeregowego. Po 25 latach oddanej służby dla państwa potraktowano mnie jak zbrodniarza. To kolejna decyzja, którą podjęto z rażącym naruszeniem prawa. I to wielokrotnym. Przede wszystkim decyzja o degradacji zapadła bez wyroku sądu. Przypomnę, że gdy w 1984 r. degradowano płk. Ryszarda Kuklińskiego, to decyzję podejmował właśnie sąd.

Po drugie, decyzję w mojej sprawie podjął szef SKW, a pierwszy stopień oficerski nadaje prezydent, a kolejne – szef MON. A więc teoretycznie to prezydent i minister obrony powinni decydować o mojej degradacji do stopnia szeregowca.

Ale nie tylko z tego powodu była to decyzja bezprawna. W momencie, gdy mi ją doręczano, byłem już formalnie cywilem. Jak to się odbywało, to temat na inną opowieść. Wspomnę tylko, że SKW posunęło się do tego, że wysłało ją faksem do kancelarii ojca mojego adwokata. Bo faks adwokata się zaciął. NSA stwierdził, że taki sposób doręczania decyzji administracyjnych też jest bezprawny.

Za jednym bezprawiem kryje się kolejne. Mimo prawomocnego orzeczenia sądu administracyjnego uchylającego decyzję w sprawie degradacji wciąż otrzymuje pan emeryturę szeregowego.

SKW nie tylko nie wyrównała mi emerytury, ale też nie chce wypłacić pełnej odprawy oraz 13. pensji. Dlaczego? Bez trybu. Na rozstrzygnięcia w tych sprawach czekam teraz w sądzie pracy.

Zastanawiał się pan, dlaczego stał się wrogiem PiS, chyba numer jeden, przynajmniej pod względem liczby wytaczanych spraw i stawianych zarzutów? Ich lista jest znacznie dłuższa, obejmuje m.in. narażenie tajemnic wojskowych na ujawnienie, a nawet przywłaszczenie książek.

To kolejne kuriozalne zarzuty. W pierwszym przypadku chodzi o to, że zaprosiłem na pokład samolotu rozpoznawczego z rzekomo tajnym wyposażeniem przedstawiciela FSB z rosyjskiej ambasady, o czym zresztą rozpisywały się propisowskie media. Ale, jak udowodniłem, samolot i jego wyposażenie było wielokrotnie opisywane i pokazywane, m.in. w mediach MON.

Druga sprawa jest jeszcze bardziej kuriozalna, bo dotyczy książek, które były przeznaczone na przemiał, a ja je zabrałem do CEK jako dekorację. Po nocnym wtargnięciu do CEK kazano mi je zabrać, więc zdeponowałem je u mojego adwokata, a później zwróciłem do SKW. Z drugiej strony do dziś nie zwrócono mi niektórych prywatnych rzeczy, które były w moim gabinecie w CEK.

To wszystko pokazuje, że rzeczywiście jestem głównym „zbrodniarzem” – nie tylko dla ludzi Macierewicza, bo przecież obecni szefowie MON i SKW do nich nie należą.

Ale dlaczego? Trudno uwierzyć, że takie działania, żeby nie powiedzieć: prześladowania, mogą być zupełnie bezinteresowne.

To cena, jaką zapłaciłem za niepokorną postawę wobec ataku na CEK, i przestroga dla innych osób w wojsku i służbach, którym przyszłoby do głowy postawić się tej władzy. Ale też pokazanie, że można z człowiekiem zrobić wszystko. Tak postąpiono nie tylko ze mną, w ten sam skandaliczny sposób traktowani byli inni funkcjonariusze, przede wszystkim mjr Magdalena E., która również została zdegradowana, głównie dlatego, że się za mną wstawiła. Byłym szefom SKW Januszowi Noskowi i Piotrowi Pytlowi prokuratura wojskowa za rządów Macierewicza postawiła zarzuty szpiegostwa, do dziś, mimo upływu dwa i pół roku, nie przedstawiając dowodów.

Sposób, w jaki mnie potraktowano, to wyrachowane gnębienie z nadzieją, że się złamię. Bo może – jak słyszałem – rodzina mi się rozpadnie? Może popełnię samobójstwo? A nawet jak wygram, to stanie się to za kilka lat. Kto jeszcze będzie pamiętał, o co w tych sprawach chodziło?

Prezydent Andrzej Duda pamiętał? Kiedykolwiek jako zwierzchnik sił zbrojnych zajął stanowisko w sprawach pana lub innych oficerów SKW?

Nie, nigdy. Choć gdy w podobny sposób potraktowano jego bliskiego współpracownika, czyli gen. Jarosława Kraszewskiego z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, któremu również Bączek odebrał poświadczenie bezpieczeństwa, mówił o „ubeckich metodach”. A więc widział problem. W naszych przypadkach nie widział. Prezydencka ochrona – jak można się przekonać na tym przykładzie – przysługuje tylko swoim.

Niektórzy twierdzą, że u podstaw działań Macierewicza w wojsku stały jego niejasne związki z ludźmi bliskimi Rosji.

Odpowiem w ten sposób: dziwne jest postępowanie, które w efekcie przynosi korzyść rosyjskim służbom specjalnym.

To jak pan odpowie na pytanie, o którym wspomniał pan na początku: czy warto było stawiać wszystko na jedną kartę w konfrontacji z Macierewiczem? Zachowałby się pan tak samo?

Gdy widzę, że niektórzy przez te ostatnie cztery i pół roku postępowali konformistycznie i mają się dobrze, to nabieram wątpliwości. Ale mimo to postąpiłbym tak samo.

Mosbacher krytykuje porównanie TVN-u do WSI

Data: 06.07.2020 19:39

Autor: ziemianin

twitter.comhttps://polskatimes.pl/ambasador-usa-do-europoslanki-pis-beaty-mazurek-w-sprawie-tvn-powinna-sie-pani-wstydzic/ar/c1-15064756

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #ambasadausa #dyplomacja #GeorgetteMosbacher #media #Polska #prawoisprawiedliwosc #sluzbyspecjalne #stanyzjednoczone #tvn #usa #zagranicznemedia

Do ingerencji amerykańskiej ambasador Georgetty Mosbacher w wewnętrzne sprawy naszego kraju zdążyliśmy się już przyzwyczaić, a powoli przechodzimy już chyba do porządku dziennego z jej obroną stacji TVN. Tym razem Mosbacher zrugała Beatę Mazurek, europoseł Prawa i Sprawiedliwości, porównującą własność amerykańskiej korporacji do rozwiązanych kilkanaście lat temu Wojskowych Służb Informacyjnych.

Mosbacher krytykuje porównanie TVN-u do WSI

Jak można było się spodziewać, TVN aktywnie włącza się w kampanię wyborczą i oczywiście atakuje prezydenta Andrzeja Dudę. Obecnie zarzuca mu niechęć do podjęcia debaty z prezydentem Warszawy i jego kontrkandydatem Rafałem Trzaskowskim. Duda nie chce bowiem zgodzić się na dyskusję w TVN-ie, natomiast wolałby spotkać się z Trzaskowskim na antenie TVP.

Do tej kwestii odniosła się właśnie wspomniana Mazurek. Europoseł PiS napisała na Twitterze, że „Trzaskowski boi się debaty z Polakami. Woli ustawioną debatę w WSI 24 i niemieckim Onecie. To przykład pogardy dla wyborców z mniejszych miejscowości. Mieszkańcy Końskich i Polacy już niedługo wystawią mu rachunek„.

Nie trzeba było długo czekać, aby do akcji wkroczyła Mosbacher. Amerykańska ambasador odpowiedziała polityk PiS, że „dobrze Pani wie, że szerzy Pani coś, co jest absolutnym kłamstwem, sugerując że TVN to WSI. Powinna się Pani wstydzić. To jest poniżej godności osoby, która reprezentuje Polaków.”

Obecnie trwa przepychanka słowna, ponieważ Mazurek postanowiła odpowiedzieć przedstawicielce dyplomacji Stanów Zjednoczonych. W tym celu powołała się na raport Antoniego Macierewicza z likwidacji wspomnianych wojskowych służb. Miało z niego wynikać, że zakładający TVN koncern ITI powstał właśnie dzięki wsparciu wojskowych służb państwa komunistycznego.

To nie pierwszy przykład obrony TVN-u przez Mosbacher. Stacja należąca do amerykańskiego koncernu medialnego Discovery może od dawna liczyć na jej wsparcie przez krytyką ze strony szeroko pojętych środowisk prawicowych. Choćby w kwietniu Mosbacher udzieliła wywiadu TVN-owi, w którym zachwalała pluralizm medialny oraz zapowiadała walkę o wolność mediów w Polsce.

#SmiechuWarte - Niemcy z powodu „neonazizmu” likwidują jednostki specjalne

Data: 03.07.2020 00:04

Autor: ziemianin

dw.com

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #absurdypolitycznejpoprawnosci #neonazizm #Niemcy #politycznapoprawnosc #sluzbyspecjalne #wojsko #SmiechuWarte

Część jednostek specjalnych niemieckiego wojska zostało rozwiązanych przez tamtejszy resort obrony narodowej. W ten sposób politycy zamierzają walczyć z rzekomą plagą „neonazizmu”, mającą mieć miejsce właśnie wśród komandosów. U jednego z nich niedawno znaleziono nawet kilkadziesiąt tysięcy sztuk amunicji oraz kilkadziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych.

#SmiechuWarte – Niemcy z powodu „neonazizmu” likwidują jednostki specjalne

Minister obrony i szefowa niemieckiej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), Annegret Kramp-Karrenbauer, przekazała do parlamentu poufny raport dotyczący walki z „neonazizmem” w strukturach wojskowych naszego zachodniego sąsiada. Wśród kilkudziesięciu podejmowanych kroków znalazło się też zlikwidowanie części wojsk specjalnych, czyli przede wszystkim komandosów z KSK.

Na razie jednostka znajduje się na okresie próbnym. W jego trakcie żołnierze mają zrozumieć „powagę sytuacji”, a przede wszystkim dokonać oczyszczenia swoich struktur z ludzi uważanych za „prawicowych ekstremistów”. W przeciwnym razie Kramp-Karrenbauer może dokonać całkowitej reorganizacji niemieckich sił specjalnych.

Licząca blisko 1,5 tys. osób jednostka KSK jest elitarną grupą żołnierzy Bundeswehry, utworzoną w 1996 r. Praktycznie od początku istnienia jest ona celem nagonki ze strony politycznie poprawnych mediów, co i rusz tropiących „neonazizm” w jej szeregach. W ostatnich latach doniesień pojawiało się więcej, a dotyczyły one chociażby planowania mordu na lewicowych politykach przez dwóch żołnierzy KSK.

Niedawno w domu jednego z komandosów znaleziono kilkadziesiąt tysięcy sztuk amunicji, kilkadziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych, broń i tłumik. Zarzuca mu się przygotowywanie ataków.

Afera podkarpacka. Kto handluje sekstaśmami?

Data: 11.06.2020 09:38

Autor: ziemianin

rp.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #afera #policja #sluzbyspecjalne #vip #film #polska #przestepcy #przestepczosc #sekstasmy #seks #sex #prokuratura #wywiad

ABW nie znalazła nagrań z VIP-ami z agencji towarzyskiej braci R. – zdobył je reżyser filmu o aferze podkarpackiej.

Afera podkarpacka. Kto handluje sekstaśmami?

– Historię zdokumentowałem od strony policji, służb, świata przestępczego, właścicieli klubów i dziewczyn, które w nich pracowały. Jestem w posiadaniu ogromnej ilości niepublikowanych materiałów audio-wideo (…) również tych, na których ludzie uprawiają seks" – powiedział kilka dni temu „Rzeczpospolitej" Patryk Vega, reżyser filmu „Pętla", którego zwiastun od kilku dni można oglądać w internecie. Zapowiedź o posiadaniu przez reżysera sekstaśm, o których mówi się od ponad roku, zelektryzowała polityków.

Film Vegi, fabularny, choć „oparty na faktach", opowiada o kulisach tzw. afery podkarpackiej – wielokrotnie szeroko opisywanej przez „Rz", w której udział mieli brać znani ludzie ze świata polityki, biznesu i służb.

Daniel Ś. mózgiem?

Miejscem akcji filmu są agencje towarzyskie Aleksieja i Jewgenija R., czyli Aleksa i Żeni, działające na Podkarpaciu, gdzie nagrywano odwiedzających je klientów, by ich później szantażować. Jednak już ze zwiastuna wyłania się zaskakujący przekaz: to nie R. wymyślili biznes, ale wysokiej rangi oficer policji – Daniel Ś.

„Zrobimy burdel z górnej półki. Miejsce, do którego będą przychodzić politycy, biznesmeni, służby i celebryci" – mówi w filmie Daniel Ś. (są podane jego prawdziwe personalia, a w postać wcielił się Antoni Królikowski). Ś. miał nie tylko wymyślić, ale i nadzorować i chronić podkarpacki seksbiznes, zapewniając mu przez lata nietykalność. To zaskakująca teza: prawdziwy Daniel Ś. nie ma postawionych takich zarzutów, a jedynie korupcyjne.

Jak filmowa narracja ma się do ustaleń śledztwa?

Wszczęto je cztery lata temu. Małopolski Wydział Prokuratury Krajowej w Krakowie oskarżył braci R. o sutenerstwo i handel kobietami – zostali za to skazani nad wyraz łagodnie, na kary około roku pozbawienia wolności.

Śledztwo potwierdziło, że seksbiznes R. był od 17 lat pod ochroną policjantów ówczesnego rzeszowskiego CBŚ, w tym Daniela Ś., naczelnika wydziału gospodarczego.

Dopiero w lutym 2016 r. Daniel Ś. został zatrzymany przez ABW. Dotąd – jak ustalamy w Prokuraturze Krajowej – usłyszał siedem zarzutów dotyczących korupcji oraz przekroczenia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. W śledztwie występuje łącznie sześciu podejrzanych – to podkarpaccy ekspolicjanci, którzy mieli za darmo korzystać z usług prostytutek, drinków, posiłków w agencjach braci R., a w zamian przymykać oko na przestępczą działalność sutenerów.

Z ustaleń śledczych wynika, że Daniel Ś. ochraniał seksbiznes – teza Vegi mówi wprost: że nim kierował i go wymyślił, a bracia R. byli jego słupami.

Nagrywano VIP-ów

Najbardziej bulwersującą i do dziś niepotwierdzoną informacją jest kwestia 4 tys. taśm rzekomo nagranych w przybytkach ukraińskich sutenerów. Wypowiedź Vegi wskazuje, że je ma. Prokuratura twierdzi tymczasem, że w agencjach R. nie znaleziono żadnych urządzeń nagrywających, kamer ani plików z filmami (przeszukania robiła ABW i Straż Graniczna).

Jednak o tym, że sekstaśmy są zdeponowane na Ukrainie i mogą służyć do szantażu, w ub. roku powiedział były agent CBA Wojciech J. Sam miał zdobyć nagranie ze znaczącym politykiem w roli głównej i złożyć je w sejfie w CBA, skąd miało zginąć. Sprawę bada warszawska prokuratura.

Film Vegi pokazuje to, o czym się nieoficjalnie mówi: że wśród osób, które utrwalono w kompromitujących sytuacjach ma być m.in. wysokiej rangi duchowny (w trailerze słyszymy m.in. dziennikarkę, która pyta: „Czy policjant Daniel Ś. szantażował księdza sekstaśmą?"), jeden z wiceministrów obrony oraz szef jednej z komend wojewódzkich.

Służby i obcy wywiad

Jak pisała „Rz" w listopadzie 2011 r. ukraińscy sutenerzy zawiadomili ABW o tym, że są celem werbunku Służb Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Twierdzili, że ukraińskie służby chciały od nich „CD-romy i pendrive'y". Śledztwo umorzono, nie znajdując na to dowodów.

Vega twierdzi jednak, że „widzowie poznają wiele nieporuszanych dotąd aspektów, jak choćby ten ukazujący udział rosyjskich służb". W filmie wskazuje że „w kontakt ze służbami specjalnymi obcego kraju" miał wejść Daniel Ś. Czy na tak ciężkie zarzuty ma dowody? Odpowiada tajemniczo, że nikt przed nim „nie dotarł do ludzi, którzy bezpośrednio za nią (aferą podkarpacką – red.) stoją".

Kompromitująca porażka CIA. Dlaczego nie byli w stanie zwerbować w Moskwie ani jednego agenta?

Data: 17.02.2020 20:52

Autor: HaHard

wielkahistoria.pl

Amerykański wywiad, gdy chodziło sytuację w sercu Związku Radzieckiego, był zupełnie głuchy i ślepy. Dlaczego tak długo CIA nie była zdolna zwerbować żadnego agenta?

W pierwszych latach zimnej wojny, toczonej przez Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, CIA utrzymywała w tajemnicy wyjątkowo niewygodny dla siebie fakt. Agencja nie zdołała zdobyć w Moskwie choćby jednego przyczółka.

CIA nie rekrutowała agentów w stolicy wrogiego państwa z powodu ryzyka – „ogromnego niebezpieczeństwa”, jak wyjaśnił pewien oficer prowadzący – z jakim się to wiązało. Proces werbunku na każdym etapie, od identyfikacji potencjalnego szpiega, aż po próbę nawiązania z nim kontaktu, toczył się na oczach wszędobylskich funkcjonariuszy bezpieki.

#hahard #historia #sluzbyspecjalne #zimnawojna #usa #rosja

Adolf Tołkaczow. Najskuteczniejszy szpieg CIA w Moskwie

Data: 16.02.2020 19:12

Autor: HaHard

wielkahistoria.pl

Do CIA zgłosił się sam, twierdząc, że jest „w głębi serca dysydentem”, co nie znaczyło jednak, że zamierzał ryzykować za darmo. Agencja szybko przekonała się, że warto zapłacić mu każde pieniądze. Dane, których dostarczał, pozwoliły amerykańskim wojskowym oszczędzić miliardy dolarów. Kim był agent CKSPHERE?

#hahard #historia #sluzbyspecjalne #rosja #usa