Data: 18.06.2019 17:50

Autor: MrHardy

Dom Jacka i Janet Smurlów w Pittston, Pensilvania, był miejscem przerażającego fenomenu, który miał miejsce w latach 1985 – 1987. Przypadek był obszernie komentowany w środkach masowego przekazu. Mimo, że dom został poddany trzem egzorcyzmom, oraz badaniom demonologów Eda i Lorraine Warren, demon nie chciał odejść. Historia ta został opisana w książce pt. "Hunted", na jej kanwie nakręcono również film o tym samym tytule.

Wspomniany dom to duplex, zbudowany w 1896 roku przy spokojnej drodze. Po tym, jak huragan Agnieszka zdewastował w 1972 roku obszerne tereny północno – wschodniej Pensylwanii, rodzina Smurlów zmuszona została do porzucenia swojego domu w Wilkes – Barre. Rodzice Jacka, John i Mary Smurlowie kupili dom w Pittson, na zachodzie, w 1973 roku, za 18 tys. dolarów. Zajęli oni połowę domu, zaś Jack, Janet i ich dwie pierwsze córki, Down i Heatera, zamieszkali w drugiej połowie budynku. Smurlowie poświęcili mnóstwo czasu i pieniędzy na remont domu, wykonując dużą część prac we własnym zakresie.

Smurlowie to rodzina zwarta i kochająca. Jack i Janet dorastali w tamtych rejonach, poznali się w 1967, a rok później wzięli ślub. Jack służył w Marynarce Wojennej, a następnie został technikiem neuropsychiatrycznym. Cala rodzina wychowana została w wierze katolickiej, i cechowała ją głęboka wiara.

Pierwsze 18 miesięcy od przeprowadzki minęły im szczęśliwie.

Potem zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W styczniu 1974 roku, na dywanie pojawiła się tajemnicza plama; telewizor Jacka stanął w płomieniach, rury kanalizacyjne pękały, mimo nieustannych napraw. Niedawno odnowiona wanna została poważnie zarysowana, jakby pazurami dzikiego zwierzęcia; podobnie rzecz miała się ze świeżo polakierowaną drewnianą boazerią w łazience. W 1975 roku, córka Smurlów, Down, wielokrotnie widziała ludzi unoszących się w powietrzu, w jej sypialni.

W 1977 roku Smurlowie doszli do wniosku, że ich dom jest w jakiś sposób nawiedzony.

Kurki w kranach odkręcały się i zakręcały samoistnie; radio włączało nawet wówczas, gdy nie było podłączone do prądu, krzesła poruszały się i kiwały, jakby rzeczywiście ktoś na nich siedział.

Z czasem zaczęli czuć kwaśny odór i inne dziwne zapachy w domu; Jack wielokrotnie dotyku głaszczącej go, niewidzialnej ręki. W międzyczasie przyszły na świat bliźniaki, Sharonn i Carin, i rodzina Smurlów powiększała się, sfrustrowana i zmęczona rosnącą liczbą tajemniczych fenomenów.

W 1985 roku przekształciły się one w przerażające doświadczenia. Dom często zamarzał. John i Mary słyszeli kogoś mówiącego obscenicznie w innym języku – głos ten dobiegał z innych pomieszczeń domowych. W lutym 1985 roku Janet, która robiła pranie w suterenie, nagle usłyszała kogoś, kto wołał do niej po imieniu, mimo, że była tam sama. Dwa dni później mróz nadal panował w domu; tym razem Janet dostrzegła w kuchni cień ludzki, bez dokładnego oblicza, który przeniknął ścianę i ukazał się Mary w innej części domu.

Od tamtego czasu manifestacje paranormalne stały się częstsze oraz intensywniejsze. Duży , podwieszony pod sufitem klimatyzator spadł tuz obok Shannon, niemal ją zabijając; tej nocy jej starsza siostra, Heather utwierdziła się w wierze katolickiej. Gdy zjawiska przybierały na sile, Jack i Janet często lewitowali. Pewnego razu, po tym jak uprawiali seks, Janet został brutalnie zrzucona z łóżka, podczas gdy jej mąż leżał sparaliżowany, dusząc się okropnym smrodem.

Simon, należący do Smurlów owczarek niemiecki, bywał wielokrotnie podrywany z podłogi i rzucany. Ze ścian dochodziły przeraźliwe odgłosy stukania i drapania. Którejś nocy, Shannon został podczas snu zrzucona z łóżka, a potem ze schodów.

Wrogie siły nie oszczędziły również sąsiadów. Wielokrotnie słyszeli krzyki i dziwne hałasy dobiegające z domu Smurlów, nawet gdy nie było w nim właścicieli. Większość sąsiadów sympatyzowała z nękaną rodziną, gdy ta przysięgła sobie, ze się nie podda.

W styczniu 1986 roku, Janet usłyszała o Edzie i Lorraine Warren, badaczach zjawisk paranormalnych i egzorcystach z Monroe, w Connecticut. Mimo, że była sceptycznie do nich nastawiona, to – nie mając pomocy znikąd – wezwała Warrenów. Ci przybyli w towarzystwie Rosemary Frueh, pielęgniarki i jasnowidza. Badania rozpoczęli od delikatnego wypytania Smurlów o ich wyznanie religijne, szczęście w życiu rodzinnym, czy praktykowali satanizm, okultyzm, czy wywoływali duchy, posługując się tablicą ouija – po czym doszli do wniosku, że rzeczywiście w ich domu mają miejsce zjawiska nadprzyrodzone. Następnie badacze zaczęli chodzić po domu, aż ustalili, że punkt skrzyżowania się dwóch części domu znajduje się w sypialni, w miejscu, gdzie stała szafa. Stwierdzili oni, że w domu znajdują się 4 złe duchy: trzy pomniejsze i 1 prawdziwy demon.

Ze względu na to, że była to normalna, kochająca się rodzina, która nie uprawiała żadnej formy okultyzmu, i która nie przeżyła żadnej tragedii, Warrenowie doszli do wniosku, że demon musiał "spać" przez wiele lat, być może całe dekady, po czym został zbudzony przez energię emocjonalną, wygenerowaną przez dziewczynki, które weszły w okres dojrzewania. Demonolodzy dwukrotnie prowokowali demona do ujawnienia się, odtwarzając z kaset muzykę religijną i modląc się. Demon zareagował gwałtownie, trzęsąc lustrem, trzaskając półkami kredensu i literując zdanie: "Wynoś się z tego domu, ty ohydny bękarcie!" Dopiero święcona woda i modlitwa zatrzymały furię zlego ducha.

Sytuacja stała się bardzo poważna, kiedy Jack został zgwałcony przez łuskowatego sukkuba, który miał postać staruchy o ciele młodej kobiety. Jej oczy były czerwone, a dziąsła zielone. Dusiła go, w następstwie czego zaczął bardzo cierpieć na nieznaną chorobę, której objawy przypominały grypę. Inkub napastował seksualnie Janet, wydając z siebie świńskie kwiki (znak poważnej infestacji demonicznej), które rozbrzmiewały ze ścian.

Smurlsowie twierdzą, że wielokrotnie prosili o wsparcie i reakcję ze strony Kościoła. Rzymskokatolicka diecezja w Scranton oświadczyła, że mogłaby zapewnić konsultację ekspertów, ale oficjalne zaangażowanie ze swojej strony uznala za mało prawdopodobne. W pewnej chwili Janet myślała,że uzyska pomoc od niejakiego ojca O'Leary, ale okazało się, że taki ksiądz w ogóle nie istnieje. Warrenowie sprowadzili ojca McKenna (obecnie biskupa), tradycjonalistę, który nie akceptował zmian w rytuałach, ustanowionych przez Sobór Watykański II. Odprawiał on msze po łacinie i przeprowadził dla Warrenów ponad 50 egzorcyzmów. McKenna odprawił w domu Smurlów antyczny rytuał, który jednak tylko rozwścieczył demona.

Carin rozchorowała się poważnie: cierpiała na tajemniczą gorączkę i była bliska śmierci. Down została niemal zgwałcona przez demoniczną siłę. Na rękach Janet i Mary pojawiły się ślady cięć i pogryzień. Wszyscy znajdowali się w fatalnym stanie psychicznym. Ed Warren wytłumaczył im, że weszli w drugą fazę wpływów demona: opresję, która następuje po infestacji. Trzecią fazą jest opętanie i śmierć.

Biskup MacKenna odprawił drugi egzorcyzm, ale bez skutku. Demon towarzyszył Smurlsom na polu kempingowy i nękał Jacka w pracy. Zrozumieli również, że przeprowadzka do innego domu nie miałaby sensu, gdyż demon udałby się tam za nimi.

Po kolejnej odmowie pomocy ze strony Kościoła, Smurlowie zdecydowali się na występ w telewizji. Anonimowo, ukryci za parawanem, udzielili wywiadu Richardowi Beyowi prowadzącemu show "People are talking" w lokalnej kalifornijskiej telewizji. Demon z zemsty uniósł Janet w powietrze i rzucił nią o ścianę. Następnie ukazał się Jackowi w postaci przerażającego stworzenia przypominającego świnię na dwóch nogach. Ludzka ręka przeniknęła przez materac i ścisnęła Janet za kark. Jack został ponownie zgwałcony.

W sierpniu 1986 roku, Smurlowie uznali, że potrzeba zapoznania z ich historią szerszej opinii publicznej jest większa od leku przed ośmieszeniem. Udzielili wówczas wywiadu, który został opublikowany w czasopiśmie Wilkes-Barre Sunday Independent. Niemal natychmiast ich dom stał się atrakcją turystyczną dla dziennikarzy, ciekawskich i sceptyków, którzy chcieli zbadać całą sprawę. Niektórzy z tych ostatnich – wśród nich znaleźli się również niektórzy sąsiedzi Smurlów – twierdzili, że Smurlowie wymyślili całą historię, aby wzbogacić się na ewentualnych prawach do książki czy filmu.

Smurlowie skontaktowali się z medium, Mary Alice Rinkman, która potwierdziła wyniki badań Warrenów, że w domu znajdują się cztery złe duchy. Według niej jednym z nich była stara kobieta o imieniu Abigail, drugim był ponury, wąsaty mężczyzna o imieniu Patrick, który zabił żonę i jej kochanka, za co został powieszony przez tłum. Trzeciego ducha nie udało jej się zidentyfikować, natomiast czwartym był potężny demon.

Zainteresowanie prasy skłoniło diecezję Scranton do działania. Zaproponowała ona przejęcie śledztwa. Warronowie zaplanowali zbiorowe egzorcyzmy z udziałem wielu księży. Do nawiedzonego domu przybyły grupy modlitewne, aby udzielić wsparcie ofiarom złych duchów. Biskup MacKenna odprawił egzorcyzmy po raz trzeci: wydawało się, że tym razem odniosły one oczekiwany skutek – męczące fenomeny ustąpiły na około trzy miesiące.

W 1988 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, Jack ponownie zobaczył czarną postać, która przywoływała go, by poddał się trzeciej fazie działania demona – opętaniu. Jack chwycił różaniec i zaczął się modlić, w nadziei, że był to tylko pojedynczy, epizodyczny przypadek. Niestety, wkrótce powróciły hałasy, okropny fetor zgnilizny i pełne agresji ataki.

Sfrustrowani, zmęczeni i pozbawieni nadziei Smurlowie przenieśli się do innego miasta, tuż przed publikacją książki pt. "Haunted", opisującej ich historię.

Kościół po raz czwarty przeprowadził egzorcyzmy, które ostatecznie przyniosły spokój udręczonej rodzinie.

W 1991 roku, na podstawie książki, zrealizowano film o tym samym tytule.

Źródło: http://www.paranormalne.pl/topic/17685-autentyczne-nawiedzenie-demoniczne/

#paranormalne

Data: 07.06.2019 18:07

Autor: MrHardy

Dom w Amityville to legendarne miejsce, którego historia stała się kanwą dla książki „The Amityville Horror” Jaya Ansona, serii reportaży oraz przerażających thrillerów. Od kilkudziesięciu lat przyciąga w swe progi zapalonych badaczy zjawisk paranormalnych i poszukiwaczy sensacji. Jednak jego prawdziwa historia to połączenie okrutnej zbrodni, egzorcyzmów i „drobnego” oszustwa, w tle z nieciekawą przeszłością. Oto prawdziwa historia jednego z najbardziej nawiedzonych domów na świecie.

Posiadłość przy 112 Ocean Ave­nue

Amityville to małe, liczące obecnie ponad 9 tysięcy mieszkańców miasteczko w hrabstwie Suffolk w stanie Nowy Jork. Pod adresem 112 Ocean Avenue (obecnie 108) znajduje się wybudowana w 1927 roku posiadłość utrzymana w kolonialnym, holenderskim stylu.

Powierzchnia nieruchomości to aż 456 m2. Znajduje się tam m.in. pięć sypialni, trzy duże łazienki i jedna mniejsza, dwa garaże, hangar na łodzie oraz przytulna weranda i kominek.

Dom otacza piękny, zielony teren z bezpośrednim dostępem do prywatnej przystani z pomostem. – Brzmi pięknie, wygląda niemal idealnie, a jednak skrywa w sobie mroczne tajemnice i owiany jest nieprzyjemnymi historiami.

Tragedia rodziny DeFeo

W 1964 roku do domu w Amityville wraz z dwiema córkami i dwoma synami wprowadzili się Louise i Ronald DeFeo. Ich trzeci syn urodził się już po przeprowadzce.

Państwo DeFeo nie stanowili sielankowej rodziny. Ronald był bardzo porywczym i nerwowym człowiekiem, który swoją agresję po pijaku wyładowywał na żonie i dzieciach.

Z kolei Louise poddając się atakom męża, znieczulała ból i topiła swe smutki w alkoholu.

Impulsywność i agresywność zachowań ojca najbardziej odbiła się na jego najstarszym synu Ronaldzie DeFeo Juniorowi, którego częściej nazywano „Butch”.

To właśnie on jako dorosły człowiek zaczął się mu przeciwstawiać, choć sam świętoszkiem nie był – popadał w konflikty z prawem, nadużywał alkoholu, brał narkotyki i handlował nimi.

Często się z nim kłócił, w domu dochodziło do rękoczynów. Pewnego dnia podczas awantury rodziców przystawił nawet ojcu strzelbę do skroni, lecz gdy nacisnął spust, okazało się, że broń była nienaładowana.

Miara złości i rozgoryczenia Butcha przebrała się 14 listopada 1974 roku. To wtedy w okolicach godziny 23-letni Ronald Junior wkroczył do sypialni swoich rodziców i zastrzelił najpierw ojca,

a potem próbującą się bronić matkę.

Następnie udał się do pokoi swojego rodzeństwa i zabił dwóch braci: 9-letniego Johna Matthewsa i 12-letniego Marca oraz dwie siostry: 13-letnią Allison i 18-letnią Dawn.

Po wszystkim morderca jak gdyby nigdy nic udał się pod prysznic i opuścił dom. Spotkał się z dziadkiem, swoją dziewczyną i kolegami. Przez cały dzień funkcjonował normalnie, wspominając przy okazji wszystkim, że nie może dodzwonić się do domu.

Opis

Poprosił nawet swojego dobrego kumpla Joey’a Yeswit’a o to, aby sprawdził, co się tam dzieje. Na miejscu Joey odkrył tragedię. Przerażony zawiadomił policję o morderstwie sześciu osób…

Ronald „Butch” długo nie przyznawał się do winy. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie widział, chociaż śledztwo wykazano, że ofiary zastrzelono z broni bez tłumika.

Zabójca początkowo zeznawał, że jego rodzina padła ofiarą działalności mafii, potem próbowano udowodnić jego niepoczytalność i chorobę psychiczną, sugerując, że całej zbrodni dokonał przez „głosy w głowie”.

Ostatecznie winę zrzucił na narkotyki, został uznany za psychopatę i skazany na dożywociew najbardziej strzeżonym nowojorskim więzieniu – Green Haven.

Lutzowie i walka z demonami

W miasteczku Amytiville długo było głośno na temat tej tragedii. Dom stał opuszczony przez ponad trzynaście miesięcy aż do momentu, kiedy to za niecałe 80 tysięcy dolarów kupili go George

i Kathy Lutz.

Przed pierwszą wizytą w domu dowiedzieli się o morderstwach od agentki nieruchomości. Pomimo tych wiadomości dom spodobał im się na tyle, że postanowili go kupić, zmienić adres domu na 108 Ocean Avenue i zamieszkać w nim razem ze swoją trójką dzieci.

Ich szczęście z zakupu i radość z nowego mieszkania praktycznie nie miała miejsca. Rodzina Lutz wyprowadziła się z domu zaledwie po 28 dniach od przeprowadzki.

Jak później poinformowali media, od samego początku w domu w Amytiville działy się różne, przerażające rzeczy. Początkowo same otwierały się okna i drzwi, słychać było dziwne odgłosy

i hałasy, szepty, tupot stóp.

Opis

Potem na ścianach pojawiły się ciemne zacieki z zielonego śluzu i plamy przypominające krew, z których wydobywał się wszechogarniający smród, wabiący roje much.

Dodatkowo córka Georga i Kathy twierdziła, że odwiedzają ją osoby z zaświatów, w tym duch jednej z zabitych wcześniej dziewczynek.

Z czasem było jeszcze gorzej – domownicy spotykali na swojej drodze zakapturzone, demonicznie śmiejące się diabelskie postaci, a pani Lutz miała rzekomo zostać powalona na podłogę przez szatana.

Kiedy jednak George Lutz zaczął doświadczać obsesyjnych myśli na temat zabicia swojej rodziny, popadł w melancholię i zaczął wyglądem upodabniać się do „Butcha”, rodzina postanowiła wezwać egzorcystę.

Jednak wizyta miejscowego księdza okazała się zbyteczna, ponieważ podczas próby odprawienia egzorcyzmów zaatakował go diabeł i kazał mu natychmiast opuścić dom w Amityville.

Zdesperowana rodzina Lutz postanowiła opuścić dom, a jej historia szybko stała się popularna na cały świat.

Nawiedzony dom w Amytiville?

Medialny rozgłos o dziwnych, przerażających rzeczach dziejących się w nawiedzonym domu w Amityville przyniósł Lutzom niebywały sukces. Do miasteczka przybywali dziennikarze, uczeni

i badacze zjawisk paranormalnych z całego świata.

Dwa lata po ich wyprowadzce wydano książkę autorstwa Jay’a Ansona pt. „The Amityville Horror”, w której opisano wspomnienia rodziny z ich niespełna miesięcznego pobytu w Amityville.

Następnie w 1979 roku ich historia stała się inspiracją dla Stuarta Rosenberga, który nakręcił słynny film pt. „The Amityville Horror”.

W czasie medialnego rozgłosu na miejsce przybywali różni eksperci od zjawisk paranormalnych, m.in. Ed i Lorraine Warrenowie, którzy pragnęli zbadać oraz rozwikłać tajemniczą zagadkę i zjawiska dziejące się w domu.

Jednak nikomu ze znanych specjalistów nie udało się zaobserwować nic niepokojącego, pomimo że dokonali oni wielu dokładnych analiz i przestudiowali klatka po klatce filmy zużyte do zrobienia na miejscu zdjęć.

Wiele osób zaczęło zarzucać rodzinie Lutz kłamstwo i chęć wzbogacenia się na wymyślonej historii. Tym bardziej że w 1977 roku do domu w Amityville wprowadziło się małżeństwo – James

i Barbara Cromarty, którzy nie zauważyli w nim nic niepokojącego.

Podobnie było z innymi, późniejszymi właścicielami domu – oni także nie doświadczali niczego złego. Odmiennego zdania była jednak ekipa filmowa z 1979 roku, której członkowie twierdzili, że kręcąc film, mieli do czynienia na planie z przedziwnymi wypadkami.

Historyczne zapisy hrabstwa Suffolk podają, iż dom zbudowano na dawnym miejscu pochówku plemienia Shinnecock. Podobno ziemie, na których stoi posiadłość zamieszkiwał kiedyś także znany wyznawca szatana, John Ketchum.

Do dziś nie wiadomo, czy dom w Amityville jest nawiedzony, czy też jest to tylko fikcja. Pod koniec 2016 roku Caroline D’Antonio sprzedała budynek za 850 tysięcy dolarów. Jego nowi właściciele pragnęli pozostać anonimowi…

Źródło: https://www.tajemnice-swiata.pl/dom-amityville/

#AMITYVILLE #paranormalne #demony

Data: 06.06.2019 17:59

Autor: MrHardy

Był początek lat 80. Para polskich studentów wybrała się w odwiedziny do znajomego hodowcy koni z Bieszczad – typowego zakapiora mieszkającego w chacie pod lasem. Dzień po przyjeździe okazało się, że trafili do miejsca, gdzie zagnieździły się nie do końca przyjazne moce, które wzięły we władanie psychikę gospodarza.

"Pamiętam to tak, jakby zdarzyło się wczoraj" – mówi pani Grażyna Niedzielska. Jest to tak niesamowita historia, że dwaj pozostali bohaterowie nie chcą o niej mówić, bojąc się konfrontacji z "nieznanym" i ludzkich reakcji. Jedynie pani Grażyna – dziś mieszkająca w Oslo – z ciekawością i niepokojem wraca do wspomnień o odwiedzinach u znajomego hodowcy koni z Bieszczad – Józka zakapiora. Krótka wizyta przerodziła się w serię równie przerażających, co surrealistycznych doznań. Choć pani Grażyna uciekła stamtąd w panice, po latach odnalazła właściciela "przeklętego domu", starając się odpowiedzieć na pytanie, co właściwie się wtedy stało.

Zaczęło się od wyprawy w Bieszczady

Pani Niedzielska nie chce, by na potrzeby publikacji zmieniać jej personalia. Nie wstydzi się tego, co przeżyła. Nieco inaczej jest z pozostałymi bohaterami. Marek – kolega, który jej wtedy towarzyszył, wówczas gitarzysta, dzisiaj lekarz w USA, choć pamięta, że "coś się stało", nie chce do tego wracać i woli towarzystwo palm i drogich aut. Drugi z mężczyzn, w zasadzie główny bohater historii, podniósł się z życiowego dołka i ma się lepiej. Z uwagi na to, że dość łatwo go zlokalizować, będziemy nazywali go po prostu "Józkiem".

"Dawno temu poznałam człowieka…" – rozpoczyna swą opowieść pani Grażyna. "Była to dość luźna znajomość i po paru miesiącach straciłam z nim kontakt. Minęło parę lat i pewnego dnia dostałam od niego list. Pisał trochę o sobie, jak mu się ułożyło, że kupił stary dom w Bieszczadach, że hoduje konie i stał się bieszczadzkim samotnikiem. Zapraszał mnie do siebie".

Gdy pochwaliła się listem przed znajomymi, każdy chciał jechać. W końcu wybrał się z nią Marek – bliski kolega. Dotarcie do celu okazało się trudniejsze niż zakładali, choć dla pani Grażyny nie była to pierwsza górska wyprawa. Dom Józka stał na odludziu, na polance, i dopiero leśniczy podwiózł ich gazikiem w pobliże budynku, który…

"Był niesamowity. Niby zwykła drewniana chałupa, ale Józek wciąż coś dobudowywał – jakieś »ganeczki«. Na tle czarnego lasu wyglądała upiornie, ale o dziwo panował tam porządek – drewno równo poukładane, podwórko czyste i zadbane. Wewnątrz, jak się potem okazało, warunki spartańskie, ale bardzo czysto" – mówiła kobieta, dodając, że uwagę zwracały jeszcze dwa okna zasłonięte grubymi kocami – pamiątka po weselu legendarnego bieszczadzkiego rzeźbiarza i poety, które było tak huczne, że aż wyleciały szyby.

Pierwsze zetknięcie z Józkiem zakończyło się zgrzytem. Okazało się, że… nie poznał pani Grażyny. Ba, zarzekał się, że nie wysyłał do niej żadnego listu! Sytuacja była krępująca, ale po jakimś czasie uznał on, że skoro goście już są, to mogą zostać. O nieporozumieniu szybko zapomniano i cała trójka spędziła pół nocy przy ognisku. Nic nie zapowiadało tego, co miało wydarzyć się nazajutrz.

Józek zaczął się dziwnie zachowywać

Około 40-letni Józek kowboj – bo tak wyglądał w długich włosach i skórzanej kamizelce, nie zmienił się wiele przez lata. Dom i jego wyposażenie stanowiły odzwierciedlenie jego ducha i stylu życia. Była to jednoizbowa chatka. Z sieni wchodziło się do mieszkania, gdzie – jak wspomina pani Grażyna – stał piec, stół, dwa krzesła i w rogu pod ścianą, łóżko. Dookoła na hakach wisiały Józkowe ubrania. Nie było prądu ani nawet zegara, bo – jak dodaje kobieta – po co komu zegar na odludziu. Był jeszcze strych zawalony sianem (nie dało się tam wejść). Te szczegóły mają dla dalszego ciągu historii duże znaczenie.

Nazajutrz rano Józek poprosił kolegę pani Grażyny, by pojechał z nim zgrabić siano. Ona w tym czasie obchodziła skromne gospodarstwo składające się z kilku kur, kaczek i psów. Gdy mężczyźni wrócili, Józek zaproponował kobiecie, by pojechała z nim do koni pasących się na łące. Jazda, choć bez siodła i pod górę, przebiegała w miłej atmosferze aż do pewnego momentu.

"Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, ale on w jednej chwili przestał się śmiać. Zatrzymał konia i zaczął nasłuchiwać. Myślałam, że może usłyszał jakieś zwierzę. Pytałam, ale nie odpowiadał. W końcu obrócił się do mnie i powiedział, że musimy wrócić inną drogą. I wtedy zaczęłam się bać, choć nie miałam pojęcia, dlaczego. Był środek dnia, słońce, piękny las, konie… i mój strach".

W Józka coś wstąpiło i już go nie opuściło. Zmienił trasę i poprowadził konie wąskim przesmykiem nad urwiskiem, nic przez ten czas nie mówiąc. Gdy byli niedaleko domu, nakazał pani Grażynie wracać, a sam gdzieś pogalopował. Wrócił, gdy zmierzchało, ciągle jakiś nieswój. Gościom kazał iść spać, chociaż było dopiero koło dwudziestej, mówiąc, że "trzeba wstać rano". Ulegli mu i położyli się w śpiworach naprzeciwko jego łóżka. Horror zaczynał wchodzić w decydującą fazę.

"Kiedy Józek zgasił lampę, zrobiło się bardzo ciemno. Mimo że świecił księżyc, przez te czarne koce nie przenikało wiele światła. Powoli oczy przyzwyczajały się jednak do ciemności i dało się rozpoznać kształty" – pisze pani Grażyna, dodając, że przez cały czas słyszeli skrobanie. Kobieta zapytała, czy to mysz. "Nie ruszaj się i nic nie mów. To on tak skrobie" – wyszeptał Marek.

"Wydawało mi się to absurdalne. Po co miałby skrobać w drewnianą ramę łóżka? Po chwili zrozumiałam, że tak właśnie jest, a Józkowe skrobanie przybierało na sile. Patrzyłam w stronę jego łóżka, widząc tylko czarny kształt. I wtedy rozległ się krzyk. Nie krzyk, to było wycie zwierzęcia" – wspomina kobieta.

Okazało się, że Józek zerwał się z posłania i rzucił się w kierunku gości. Pani Grażyna ciągle widzi to jak w zwolnionym tempie. Wyglądało jakby miał ich staranować, ale nagle, gdy zderzył się z Markiem, osunął się na podłogę. Chwilę potem ocknął się, tłumacząc, że miał koszmar, w którym "spadał ze słupa wysokiego napięcia". Był trzeźwy i przepraszał, ale dosłownie "przelewał się" przez ręce. W końcu położył się.

"Mój Boże – byle do rana – pomyślałam". Z biegiem minut zaczęły dziać się coraz bardziej przerażające rzeczy. Marek i pani Grażyna wrócili do śpiworów, ale oczywiście nie zmrużyli oka. Serca waliły im jak oszalałe. Po ok. 30 minutach znowu się zaczęło. Józek przez długie minuty na przemian włączał i wyłączał radyjko – jedyny "nowoczesny" sprzęt, jaki miał w domu. Para czekała na kolejny atak furii, ale stało się coś zupełnie innego, choć nie mniej przerażającego.

"Usłyszeliśmy mocne kroki na górze, na strychu. Najpierw ktoś szedł, następnie zaczynał biec i na końcu jakby uderzał w ścianę i się przewracał. Kiedy sobie uzmysłowiłam, że na górze nie ma miejsca i że jest tam pełno siana, aż po drzwi, włosy zjeżyły mi się na głowie. Nigdy w życiu tak się nie bałam a »on« czy »ono« tam na strychu wciąż od nowa szło, biegło i przewracało się".

Co ciekawe, odgłos dochodzący ze strychu był jednostajny – powtarzał się wielokrotnie jak odtwarzany z magnetofonu i trudno było uznać, że stoją za tym kuny czy inne zwierzątka. Kobieta nie wytrzymała. Kazała Markowi zapalić lampę. Ta oświetliła Józka, który leżał nieruchomo i patrzył na nich szklistymi oczyma. Nie reagował zupełnie, nawet kiedy wyszli z izby.

Marek z Grażyną noc postanowili przeczekać na wozie stojącym na podwórzu. Czarna ściana lasu oświetlana przez księżyc tylko potęgowała ich przerażenie. Mężczyzna postanowił, że rozejrzy się wokół domu i na chwilę odszedł. Wkrótce potem przywiązane pod oknem psy przydybały go i dały o tym znak szczekaniem. Wyswobodził się, a kiedy wrócił powiedział, że w środku znowu dzieje się coś dziwnego.

"Wyrwał się psom i podbiegł do mnie. Okazało się, że w oknach zobaczył jasne, ostre światło. Już pomijając to, że zamiast szyb były koce prawie nieprzepuszczające światła, to przecież nie było tam prądu, a żadna lampa naftowa nie mogła dać takiego blasku" – wspominała kobieta.

Chłopak mówił, że chciał rozsunąć kotary z koców, ale psy mu nie pozwoliły. Wkrótce sytuacja pogorszyła się, gdyż zaczęło padać i para Józkowych gości postanowiła wrócić do chaty. Pani Grażyna przekonała się wtedy, że z wnętrza domu rzeczywiście bije światło. Wydobywało się ze szpar pomiędzy deskami w drzwiach.

"Policzyliśmy do trzech i otworzyliśmy drzwi. W środku…. żadnego światła. Chyba to ja potem zatrzasnęłam drzwi i znowu się pojawiło! Ostre, jakby z 10 jarzeniówek".

Strach u obu przekroczył magiczną barierę. W myślach pani Grażyna żegnała się z bliskimi. Wszystko wokół wydawało się nierealne i przypominało film. Mimo to para weszła wkrótce do środka. Józek leżał jak wcześniej – w letargu i bezruchu. Nic nie mówił, jednak bojąc się kolejnego ataku, młodzi ludzie schowali wszystkie ostre narzędzia, postanawiając jakoś przeczekać do rana.

"Po chwili za naszymi plecami rozległo się głośne tykanie zegara. Takiego wielkiego. I tak tykał ten piekielny zegar, bez wybijania godzin, do świtu. Kiedy niebo zaczęło szarzeć, zerwaliśmy się, wybiegliśmy na podwórko. Tam dostrzegłam coś, czego nie widziałam wcześniej".

W klatkach, które wisiały na ścianach chaty Józka pojawiły się… kocięta. Skąd się tam wzięły? Może przyprowadziła je matka, jednak widok ten był tak groteskowy, że przez głowę pani Grażyny przebiegały dziwne myśli ("Może Józek się nimi żywi?" – zastanawiała się). Była jednak stuprocentowo pewna, że kociaków tam wcześniej nie było.

Para, nie oglądając się, pobiegła potem ku najbliższej miejscowości. Będąc w domu, próbowali opowiedzieć znajomym o tym, co zaszło, ale spotkali się z niedowierzaniem. Z czasem skończyli o tym mówić i przestali się też widywać. Los rzucił potem panią Grażynę do Oslo, a Marka za ocean.

Kobiecie sprawa nie dawała jednak spokoju. Józka mogła łatwo znaleźć. Jak mówi, wystarczyło zatelefonować na komisariat do Lutowisk. 15 lat po dziwnych doświadczeniach, podczas pobytu w kraju, pani Niedzielska pojechała w Bieszczady i odnalazła "kowboja". Nie mieszkał już w starej chacie – ta spłonęła dawno temu. Od policjantów dowiedziała się też, że Józek po pożarze leczył się z alkoholizmu i przez pewien czas był bezdomny, a wśród miejscowych zyskał opinię dziwaka i "totalnego outsidera".

"Mieszkał w popegeerowskich barakach. Tam trzymał konie. Pojechałam do niego z przyjaciółką. Ucieszył się na mój widok. Był miły i zadowolony. Sporo rozmawialiśmy. Wreszcie zdecydowałam się zapytać go o ten dom. Zamknął się jak ślimak w skorupie. Jedyne, co z niego wyciągnęłam to że dom spłonął, a on znalazł pod podłogą jakieś stare cerkiewne świeczniki. Nasza rozmowa się na tym zakończyła. Nie chciał nic więcej powiedzieć. Odwiedziłam go ponownie po roku. Znowu mówił, że nic nie pamięta".

Co naprawdę się tam wydarzyło i co było źródłem nadprzyrodzonych wydarzeń? W tradycji ludowej osoby długo przebywające na łonie natury (bacowie, pasterze) uznawani byli za czarowników. Żyjąc w dziczy, wchodzili w bliski kontakt z siłami natury. Czy przejęły one władzę nad biednym Józkiem? A może to sprawka czarnej bieszczadzkiej magii albo czegoś, o czym nawet zakapiorom się nie śniło?

Co zobaczył Józek w lesie? Dlaczego twierdził, że nie wysłał listu? Pytań ciągle jest tak wiele. "Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale proszę chociaż spróbować zaakceptować, że tak właśnie było" – prosi pani Grażyna.

#paranormalne #bieszczady #historie

Data: 11.05.2019 17:56

Autor: MrHardy

Zamek w Ogrodzieńcu

Na liście nawiedzonych miejsc nie mogło zabraknąć średniowiecznego zamczyska. Budowlę usytuowaną wśród skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej nawiedza postać Czarnego Psa. Podobno zwierz pojawia się nocami i ciągnie za sobą długi łańcuch. Starsi mieszkańcy opowiadają, że nocą żaden koń nie ośmielił się przejść przez zamkową bramę, choć nigdy nie brakowało tam soczystej trawy. Czarny Pies widywany jest na zamku w niezmienionej postaci od co najmniej kilkudziesięciu lat. Według legendy jest to wcielenie wojewody i jednego z dawnych właścicieli zamku Stanisława Warszyckiego, który kazał zmienić narożną grotę na salę tortur, zwaną „Męczarnią Warszyckiego”.Niektórzy wierzą, że mężczyzna nie umarł śmiercią naturalną, ale diabły porwały go do piekła i zamieniły w czarnego psa.

Opis

Opis

#nawiedzone #paranormalne

Data: 09.05.2019 14:59

Autor: MrHardy

Blok na Herbsta 4 w Warszawie

Myśląc o nawiedzonych miejscach wyobrażamy sobie raczej stare domu i kamienice niż blok z wielkiej płyty- a jednak od lat krążą dziwne pogłoski o budynku na warszawskim Ursynowie. Najpierw samobójstwo popełniła kobieta, która wyskoczyła z balkonu. Niedługo później zginął młody mieszkaniec bloku, potrącony przez samochód. Kolejny mieszkaniec powiesił się w piwnicy, a jeszcze inny zabił swoją żonę siekierą. Lokatorzy wierzą, że wszystkiemu winne są złe moce, które czają się w budynku. Prosili nawet o pomoc specjalistów – w blok był sprawdzany przez radiestetów i wróżbitów. Jednak mimo prób wypędzenia nadprzyrodzonych sił, podobno nadal zdarzają się tu niepokojące sytuacje.

Opis

#nawiedzone #paranormalne

Data: 08.05.2019 15:07

Autor: MrHardy

Stara Cerkiew w Chrościnie

Cerkiew św. Jerzego w Chróścinie znajduje się na granicy województw, łódzkiego i opolskiego. Budynek nawiedza zjawa małego chłopca, ubranego w strój sprzed kilku stuleci. Był on synem właścicieli pobliskiego zamku, często bawił się w okolicy cerkwi i pewnego dnia utopił się na bagnach. Zarówno on, jak i jego rodzice spoczęli na cmentarzu, znajdującym się za cerkwią. W latach 90-tych ekshumowano ciała rodziców dziecka i od tego momentu w godzinach wieczornych można spotkać na cmentarzu ducha chłopca, który poszukuje mamy i taty.

Opis

#nawiedzone #paranormalne

Data: 07.05.2019 15:07

Autor: MrHardy

Diablak – Babia Góra

Diablak, Diabelski Zamek, Królowa Beskidów, Matka Niepogód, Orawska Święta Góra – na tyle sposobów nazywa się najwyższy szczyt Beskidów Zachodnich (1725 m n.p.m.). Na Diablaku stał kiedyś czarci zamek, z którego dziś pozostało jedynie ogromne rumowisko kamieni.Według legend tutaj odbywały się też sabaty czarownic. Wiele osób twierdzi, że złe mocne nadal są tu obecne – na Diablaku dochodzi do wielu tragicznych wypadków, które czasem trudno jest wytłumaczyć.

Opis

#nawiedzone #paranormalne

Data: 06.05.2019 23:54

Autor: MrHardy

Las w Witkowicach

Położony na obrzeżach Krakowa las nazywany jest "polskim Blair Witch". W 2001 roku grupa studentów wybrała się tutaj aby świętować nadchodzący rok akademicki. Żaden z nich nie wrócił do domu, a ich los do dzisiaj pozostaje tajemnicą. Las powstał na spalonej w XVIII osadzie. Podobno kiedyś na polecenie możnowładców do osady przybyli innowiercy, którzy zbudowali w środku lasu świątynię z kamienia, gdzie czcili złowrogie i okrutne bóstwo.

Opis

#paranormalne #nawiedzone

Zamek Glamis i jego mroczne tajemnice

Data: 09.04.2019 14:43

Autor: MrHardy

paranormalne.pl

Glamis Castle lezący w dolinie Strathmore w Tayside, w północno-wschodniej Szkocji, znany jest jako jeden z najbardziej nawiedzonych zamków w Wielkiej Brytanii. Z całą pewnością związane z nim jest więcej niesamowitych historii , niż z jakimkolwiek innym zamkiem na Wyspach Brytyjskich, może za wyjątkiem Hermitage Castle w Scottish Borders.

Glamis Castle jest historyczną siedzibą rodziny Bowes-Lyon, ziemie te zostały im nadane jako dar przez Roberta Bruce'a w 1372 roku, i rodzina ta wciąż pozostaje jego właścicielem. Sama budowla została wzniesiona w 982 roku, a następnie wielokrotnie przebudowywana.

Przez wieki mocno ufortyfikowany zamek obronny z charakterystycznymi iglicowymi wieżami, miał bardzo ponurą reputację wśród okolicznych mieszkańców i krył wiele strasznych sekretów.

Sekrety i tajemnice

Pierwszym z niewyjaśnionych sekretów zamku jest nieusuwalna plama krwi, znajdująca się w jednej z komnat. Należy ona do króla Malcolma II, ściętego mieczem przez rodzinę Claymore w 1034 roku. Kilkadziesiąt lat później na stosie została spalona Lady Glamis, która została oskarżona o uprawianie czarów w murach zamku, a także praktyki wampiryczne. Jej duch, zwany duchem „Lady Gray”, wciąż jest widywany kiedy przechadza się korytarzami.

W 1486 roku arystokratyczna rodzina Ogilvies przybyła do zamku błagając o pomoc i ochronę przed swymi nieprzyjaciółmi, rodziną Lindsay. Wbrew obietnicom, rodzina Ogilvies została wtrącona do lochu, gdzie przebywała przez ponad miesiąc bez jedzenia i picia. Kiedy ponownie otworzono loch, znaleziono w nim tylko jedną, na wpół oszalałą osobę, która żywiła się ciałami swoich krewnych.

Kolejną zagadką frapującą ludzi od ponad 600 lat jest liczba okien.

Jeżeli porówna się liczbę okien wewnątrz i na zewnątrz budynku, zawsze okazuje się że jest ich o dwa za mało. Wnioskować więc można, że wewnątrz zamku znajduje się zamurowany tajny pokój/ komnata. Co zawiera – do dzisiaj nie ustalono. Nikt również nie wie gdzie owa komnata się znajduje, niektórzy twierdzą, że na najwyższym pietrze, wewnątrz jeden z wież.

Potwór z Glamis

W ciągu stuleci, służba zamkowa wielokrotnie twierdziła że słyszała dziwne odgłosy dobiegające ze ścian budynków, a jeden z hrabiów Strathmore zaklinał się że słyszał króla Jakuba V nawołującego istotę zamkniętą w owej tajemniczej komnacie. Osoby służące w tym czasie w zamku spekulowały iż tym tajemniczym „czymś” było zdeformowane dziecko, produkt krzyżującej się w własnym gronie na przestrzeni wieków arystokracji. Teorię tą zdaje się potwierdzać dziwny zielonkawy obraz wiszący wewnątrz zamku, przedstawiający dziecko z dziwnie zdeformowanym tułowiem. Tożsamości malarza nigdy nie ustalono.

Według innych legend, co pokolenie w rodzinie rodziło się wampirze dziecko. Dziecko takie było zamurowywane w sekretnym pokoju.

Najgłośniejszym przypadkiem jest historia Thomasa Bowes – Lyona.

Domniemanym „potworem” z Glamis był Thomas Bowes-Lyon, prawowity Lord Glamis, pierwsze dziecko Georga Bowes-Lyon i Charlotte Grimstead, późniejsza Wdowa Lady Glamis. Byli oni pra-pra-dziadkami Elizabeth Bowes-Lyon, królowej od 1936 roku. Thomas został zarejestrowany w probostwie Robert Douglas w Szkocji jako „ urodził się i zmarł 21 października 1821”.

Legenda o tym, iż Thomas przeżył zaczęła się wkrótce rozchodzić po okolicznych wioskach. Jej źródłem miała być położna odbierająca poród (niestety, jej imię nie zostało zapamiętane). Zdeformowane dziecko było rzekomo zdrowe gdy położna opuszczała zamek, wiec można podejrzewać że jego śmierć została ogłoszona dzień lub dwa później. Poparciem dla plotek iż Thomas przeżył, miał być fakt, że nie doczekał się on nagrobka.(Thomas został ochrzczony jako chrześcijanin). Według samego Thomasa, był on pielęgnowany przez cale dzieciństwo w najgłębszej tajemnicy, a później trzymany w jednym z kilku sekretnych zamkowych komnat. Prawdziwa historia Thomasa ujrzała światło dzienne w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy to zostały opublikowane prywatne zapiski rodziny Bowes – Lyon.

Jego komnata, która według opowiadań mierzyła 10 na 15 stóp, posiadała wejście od strony zamkowej kaplicy. Nie jest znany pod sposób w jaki można było się dostać do jego wnętrza, najprawdopodobniej poprzez zdejmowany panel lub coś podobnego, jako że nie ma widocznego wejścia od kaplicy. W 1969 roku biograf Królowej Matki, Michael Thornton odwiedził Glamis i od szesnastego hrabiego dowiedział się, że wejście zostało zamurowane po śmierci Thomasa.

Szczegóły wyglądu Tomasza – „Jego pierś jak ogromna beczka, włochata jak wycieraczka, głowa wychodząca wprost z ramion, ręce i nogi jak u lalki – pochodzą książki z Jamesa Wentwortha „Day The Queen Mother's Family Story”. Informacje przedstawione przez Wentworth-Day'a są pierwszymi pochodzącymi bezpośrednio od członka rodziny królewskiej, mimo ich zdecydowanej niechęci do ujawniania nazwisk. Podejrzewa się, że w wielu przypadkach informatorką była sama Królowa Matka. W książce „Duchy angielskie od A do Z” Petera Underwoodona, Thomas opisany jest jako „ogromne wiotkie jajo”. Na jednym z monarchistycznych obrazów z Glamis widać w tle opancerzoną postać z nieproporcjonalnymi rękoma i nogami. Postacią tą jest prawdopodobnie opisany powyżej „Potwor”.

Thomas karmiony był codziennie przez żelazną kratę w drzwiach celi przez jednego i tego samego zaufanego sługę. Uważa się, że Thomas nigdy nie opuścił komórki, według plotek jednak, sporadycznie w czasie bezksiężycowych nocy wyprowadzany był niczym pies na pobliskie blanki. W zamku do dzisiaj znajduje się sekcja zwana „Mad Earl's Walk” . Wentworth-Day opisuje historię według której robotnik pracujący przy renowacji Glamis na początku roku 1900, znalazł tajne przejście które postanowił zbadać, oraz był „przerażony”tym, co tam znalazł . Hrabia i jego adwokat przybyli szybko z Londynu, aby następnie przesłuchać mężczyznę. Wynikiem tego była jego emigracja (do Australii) z astronomiczną (jak na owe czasy) sumą kilkuset tysięcy funtów w kieszeni i zobowiązaniem do zachowania milczenia.

#paranormalne #zjawiskaparanormalne #szkocja #duchy