Putin chce przekonać świat, że Polska była, jest i będzie antysemicka. Wszystko po to, aby . . .

Data: 18.01.2020 13:35

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #rosja #putin #klamca #niewygodneinfo

Najpierw doszło do rosyjskiej "konferencji naukowej", na której rozpowszechniano narracje o Polsce, jako sojuszniku hitlerowskich Niemiec. Następnie w świat poszedł sondaż przeprowadzony przez firmę zarządzaną przez byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu, z którego wynikało, że Polska to obecnie najbardziej antysemicki kraj na świecie. W przyszłym tygodniu dojdzie zaś do izraelskich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Spodziewane jest tam antypolskie przemówienie Putina, któremu nikt nie będzie miał ochoty zaprzeczyć. Po co Rosja tworzy alternatywną rzeczywistość?

Putin chce przekonać świat, że Polska była, jest i będzie antysemicka. Wszystko po to, aby nikt nas nie żałował

Choć patrząc na współczesną Rosję może się nam to wydać nieco abstrakcyjne, to obecni zarządcy Kremla mają prawdopodobnie jasno nakreślone plany, warianty oraz strategiczne zamierzenia na kolejnych wiele lat do przodu. Co do zasady Polska nie odgrywa w nich jakiejś szczególnej roli. Ot mamy kupować od Rosjan surowce. Aż tyle i tylko tyle. Zbieg różnych okoliczności może jednak spowodować, że taką szczególną rolę zaczniemy odgrywać, choć wcale tego nie będziemy chcieli.

Do czego możemy się – jako naród i państwo – przydać Kremlowi? Otóż możemy się przydać do… prowadzenia wojny! Jeśli przestaniemy kupować od Rosjan gaz, ropę i węgiel kamienny, to nasze relacje gospodarcze istotnie się pogorszą. Rosyjskie firmy kontrolowane przez państwo lub oligarchów przestaną na nas zarabiać. A wówczas może być najlepszy czas na wdrożenie przez Kreml "planu B".

Nic tak nie jednoczy, jak wspólny wróg. Problem polega jednak na tym, że tego wroga najpierw trzeba mieć. Polska i Rosja – nie licząc pola polityki historycznej – obecnie nie mają jakiś istotnych krzyżujących się interesów, na kanwie których można by zbudować narrację o wrogu jednoczącym naród, z którym trzeba walczyć i którego trzeba pokonać. Potrzebę takiej narracji można jednak wykreować podstępem.

Na Łotwie (członek NATO i UE) żyje bardzo duża grupa Rosjan, którzy przez władze w Rydze zostali uznani jako bezpaństwowcy. Dlaczego o tym wspominam? Otóż ta wspomniana grupa bezpaństwowców (a dokładnie – sposób ich traktowania przez lokalne władze) może być zarzewiem konfliktu między Rosją a Łotwą. Co jeśli w pewnym momencie Kreml uzna, że prawa tych Rosjan są łamane i trzeba interweniować? Co jeśli Putin (lub jakikolwiek jego następca) zdecyduje się na "wariant krymski", czyli lądowanie "zielonych ludzików" na terytoriach Łotwy, gdzie większość mieszkańców stanowią Rosjanie traktowani przez władze w Rydze jak bezpaństwowcy?

Gdyby taki scenariusz się ziścił, to Łotwa wystąpi o wsparcie UE i NATO. Jest wielce prawdopodobne, że z Brukseli otrzyma jedynie słowa otuchy, a odpowiedź NATO (zakładając, że na terytorium Łotwy nie będzie już stacjonował kanadyjski batalion bojowy) sprowadzi się de facto do ewentualnej reakcji państw sąsiednich, tj. Estonii, Litwy oraz… Polski. Wyruszenie z odsieczą przez Warszawę i wysłanie do Łotwy kilku tysięcy polski żołnierzy, których celem będzie walka z "zielonymi ludzikami" Putina może uruchomić cały ciąg wydarzeń, na końcu którego będzie otwarty konflikt zbrojny między Polską a Rosją. Polska (i Polacy) staną się wówczas dla Rosjan "wspólnym wrogiem", z którym trzeba walczyć i którego trzeba pokonać. Bieżące problemy Rosji związane z gospodarką odejdą na dalszy plan. Teraz na pierwszym miejscu będzie walka ze wspólnym wrogiem, walka z Polakami, którzy w oficjalnej propagandzie będą traktowani jako śmiertelne zagrożenie dla integralności i nienaruszalności granic Federacji Rosyjskiej.

Aby wciągnąć Polskę w konflikt (poprzez np. prowokację łotewską), Kreml musi mieć pewność, że reakcja opinii międzynarodowej będzie co najwyżej ograniczona. Żeby tak się stało najpierw trzeba przekupić kluczowych graczy w regionie, a nasz kraj odpowiednio "zohydzić". Między innymi dlatego Putin tak bardzo dba o relacje z Berlinem, a Francję i Włochy próbuje przekonać, że tylko współdziałanie z Rosją może pomóc w rozwiązaniu kwestii, z którymi UE poradzić sobie nie może, czyli zaprowadzeniem porządku na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej, co miałoby zatrzymać falę uchodźców. W przypadku Polski zaś Kreml uruchomił machinę propagandową, której celem jest wykreowanie i utrwalenie wizerunku Polski, jako kraju antysemickiego. Dlatego w ubiegłym roku zorganizowano w Moskwie "konferencję naukową", na której rozpowszechniano narracje o Polsce, jako sojuszniku hitlerowskich Niemiec. Dlatego nie tak dawno w świat poszedł sondaż przeprowadzony przez firmę zarządzaną przez byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu, z którego wynikało, że Polska to obecnie najbardziej antysemicki kraj na świecie. Dlatego też w przyszłym tygodniu na izraelskich obchodach wyzwolenia Auschwitz Putin powie to co powie…

Ewentualny atak na Polskę, zakończony jakąś formą porozumienia, czy podziału strefy wpływów, to również szansa dla gospodarek Europy Zachodniej. Wszak ktoś (firmy ze "starej UE") nasz kraj będzie musiał odbudowywać. Zniszczona infrastruktura, lotniska, drogi, dworce. Uszkodzone sieci energetyczne i elektrownie. Miliardowe kontrakty zostaną odpalone, ale najpierw musi dojść do zbrojnego i wyniszczającego konfliktu. Political fiction? Oczywiście, że tak. Historia naszego świata pokazuje jednak, że nie takie "niemożliwe" rzeczy miały już szansę się ziścić.

Putin oskarża Polaków o współpracę z Hitlerem? Przypomnijmy mu zatem jak było naprawdę i . . .

Data: 27.12.2019 12:56

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #rosja #niemcy #paktribbentropmolotow #putin #zsrr #niewygodneinfo

Niemcy do prowadzenia wojny potrzebowali surowców (ropy, żelaza, kauczuku), których jednak sami nie posiadali. Pomocną dłoń wyciągnęli wówczas Rosjanie. W 1939 roku, na kilka dni przed podpisaniem Paktu Ribbentrop-Mołotow, zawarta została radziecko-niemiecka umowa handlowa. Przewidywała ona, że Rosjanie dostarczą Niemcom surowców potrzebnych do prowadzenia wojny, w zamian za co Niemcy przekażą Rosjanom technologie i urządzenia techniczne. Efekt? Między II 1940 a VI 1941 r. do Niemiec z ZSRR trafiło co najmniej 900 tys. ton ropy i 500 tys. ton rudy żelaza!

Putin oskarża Polaków o współpracę z Hitlerem? Przypomnijmy mu zatem jak było naprawdę i kto z kim współpracował

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że 19 sierpnia 1939 roku – a więc na kilka dni przed podpisaniem słynnego Paktu Ribbentrop-Mołotow – w Berlinie zawarto strategiczną dla hitlerowskich Niemiec umowę handlową z ZSRR. Przewidywała ona ścisłą współpracę gospodarczą obu państw, której efektem miały być dostawy do Niemiec surowców niezbędnych do prowadzenia wojny. W zamian ZSRR miał otrzymać niemieckie technologie, urządzenia techniczne oraz dostęp do finansowania w niemieckich bankach.

11 lutego 1940 roku doszło do podpisania kolejnej radziecko-niemieckiej umowy handlowej, która była de facto przedłużeniem umowy z 19 sierpnia 1939 roku. Podobnie jak wcześniejsza umowa również ta z roku 1940 przewidywała wymianę radzieckich surowców na niemiecką technologię. Zakładała ona dostarczenie Niemcom przez stronę radziecką w ciągu 12 miesięcy surowców i żywności na sumę 800 milionów marek niemieckich (kwota ta odpowiada dzisiaj kilkunastu miliardom euro).

W efekcie podpisanych umów Niemcy, aż do załamania paktu w czerwcu 1941 roku, otrzymały od ZSRR olbrzymie ilości surowców, bez których prowadzenie wojny w Europie nie byłoby możliwe. Rosjanie wysłali do III Rzeszy m.in.: 900 tys. ton ropy i produktów ropopochodnych, 500 tys. ton rud żelaza, 200 tys. ton bawełny, 18 tys. ton kauczuku oraz 1,6 mln ton ziarna.

Dzięki współpracy z ZSRR możliwe było ominięcie przez Niemców brytyjskiej blokady gospodarczej. Rosjanie stali się w okresie 1940 – 1941 głównym partnerem gospodarczym III Rzeszy oraz najważniejszym eksporterem surowców dla niemieckiego przemysłu wojennego. Od czerwca 1940 import z ZSRR przekraczał 50 proc. całkowitej sumy importu do Niemiec (a do momentu zerwania tej współpracy przez Hitlera w czerwcu 1941 roku wzrósł nawet do 70 proc.).

Powyższa historia pokazuje, że rosyjsko-niemiecka współpraca gospodarcza nie zaczęła się przy okazji budowy gazociągu Nord Stream. Prawda jest taka, że gdyby nie wsparcie gospodarcze Rosjan, jakiego udzielali Niemcom w latach 1939 – 1941, Hitler nie byłby w stanie osiągać tylu sukcesów militarnych i politycznych w początkowym okresie II wojny światowej. Losy tego konfliktu potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby Stalin nie został sojusznikiem Hitlera i nie zdecydowałby się na zawarcie umów handlowych z 1939 i 1940 roku.

Sprzedany przez PO dawny SPEC miał w ub.r. 76,9 mln zł zysku. Obecni właściciele . . .

Data: 13.12.2019 22:21

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #polityka #gospodarka #energetyka #niewygodneinfo #warszawa

Dokonaną przez ludzi z PO prywatyzację SPEC w Warszawie mogło zatrzymać referendum. W tej sprawie zebrano nawet 151 tys. podpisów Warszawiaków. Aby mogło się ono odbyć wystarczyło 130 tys. podpisów. Dlaczego zatem władze Warszawy go nie zorganizowały? Otóż specjalna komisja stwierdziła, że 40 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum było… nieważnych. Ostatecznie SPEC trafił w ręce Francuzów. W ub.r. spółka ta (działająca już pod nazwą Veolia Energia Warszawa) miała 76,9 mln zł zysku na czysto. Obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. tej kwoty.

Sprzedany przez PO dawny SPEC miał w ub.r. 76,9 mln zł zysku. Obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. tej kwoty

SPEC, a dokładnie Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, jeszcze do 2011 roku było spółką miejską, kontrolowaną w pełni przez władze Miasta Stołecznego Warszawy. Spółka ta zarządzała jednym z największych na świecie systemów ciepłowniczych o długości 1700 kilometrów, ogrzewała 19 tys. obiektów i zaspokajała 80 proc. potrzeb cieplnych Warszawy. W istocie była monopolistą. Dodajmy, że monopolistą przynoszącym spore zyski.

W 2009 roku SPEC osiągnął blisko 1,3 mld zł przychodów ze sprzedaży, a zysk na czysto tej spółki wyniósł 36 mln zł. Rok 2010 był jeszcze lepszy – zysk netto osiągnął bowiem poziom 62 mln zł.

Mimo, iż SPEC przynosił Warszawie bardzo duże dochody, w 2009 roku władze miasta podjęły pierwszą próbę prywatyzacji tego przedsiębiorstwa. Pomysł przepadł jednak w głosowaniu Rady Miasta z 15 stycznia – 28 radnych z PiS i lewicy było przeciwnych, w kontrze do 26 radnych z PO, którzy głosowali za prywatyzacją SPEC.

To, co się nie udało w 2009, dokonało się w 2011 roku. Wówczas to władze Warszawy podpisały z francuskim koncernem energetycznym Dalkia umowę prywatyzacyjną, na mocy której 85 proc. akcji SPEC miała zostać sprzedana. Kwotę transakcji ustalono na 1,44 mld zł. Umowa między miastem a inwestorem była warunkowa. Wymagała zgody Rady Warszawy oraz Komisji Europejskiej. Z tym jednak nie było problemu – zdominowana przez polityków PO Rada Miasta Warszawy tym razem taką zgodę udzieliła, a Komisja Europejska bez problemu dała "zielone światło" na realizację tej transakcji.

Po przejęciu przez Francuzów SPEC, któremu zmieniono nazwę na Veolia Energia Warszawa, nadal przynosił zyski. W 2016 roku było to 48,7 mln zł, w 2017 – 68,1 mln zł, a w 2018 roku zysk osiągnął 76,9 mln zł. Co ciekawe – obecni właściciele wypłacili sobie 99,9 proc. kwoty zysku za 2018 rok w formie dywidendy. Zrobili to, bo mieli do tego pełne prawo, jako akcjonariusze, którymi stali się dzięki prywatyzacji przeprowadzonej przez władze Warszawy w 2011 roku.

Niemiecki sąd najwyższy w całości jest wybierany przez polityków. Czy on również jest . . .

Data: 11.12.2019 22:02

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #sady #niemcy #niewygodneinfo #sedziowie

Przypomnijmy – niemiecki Sąd Najwyższy (Federalny Trybunał Sprawiedliwości) jest wybierany w 1/2 przez członków Bundestagu (16 sędziów) i w 1/2 przez polityków piastujących landowe urzędy ministrów sprawiedliwości (16 sędziów). Część ekspertów i komentatorów uważa, że możliwość wyboru sędziów przez polityków jest sprzeczna z prawem UE, a wyroki wydawane przez tak obsadzony sąd powinny być uchylane lub pomijane. Jeśli tak, to dlaczego do przywrócenia praworządności wzywana jest tylko Polska, a nikt nie robi tego w stosunku do Niemiec?

Niemiecki sąd najwyższy w całości jest wybierany przez polityków. Czy on również jest sprzeczny z prawem UE?

U naszych zachodnich sąsiadów organem wybierającym sędziów pięciu głównych sądów federalnych (w tym także Federalny Trybunał Sprawiedliwości, czyli odpowiednika polskiego Sądu Najwyższego) jest komisja ds. wyboru sędziów (Richterwahlausschuss). Gremium to składa się z 32 członków. Przewodniczy mu minister wytypowany z niemieckiego rządu, który może przedstawiać własnych kandydatów na sędziów, ale nie ma prawa głosu. W skład komisji (z prawem głosu) wchodzi 16 ministrów landowych (a więc 100 procentowych polityków) i 16 wybranych przez Bundestag (a więc organ polityczny) ekspertów biegłych w dziedzinie prawa, którzy – tu ważna uwaga – mogą być politykami (mogą np. zasiadać w Budenstagu).

Niemiecki system wyboru sędziów jest zatem całkowicie uzależniony od tego kto w danym momencie rządzi krajem, kto ma przewagę w Bundestagu (czyli niemieckim sejmie) oraz kto rządzi na szczeblu terytorialnym. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w Polsce, to – patrząc przez pryzmat ubiegłotygodniowego orzeczenia Sądu Najwyższego – stwierdzono by, że wspomniana komisja ds. wyboru sędziów nie spełnia wymogów niezależności (bo wpływ na jej skład mają politycy), a wyroki powoływanych przez nią składów sędziowskich powinny być uchylane lub całkowicie pomijane.

W kontekście powyższego warto odnotować, że w 2017 roku Anne Sanders – niemiecka ekspert prawna pracująca dla Rady Europy – przyznała publicznie, że przyjęty przez PiS sposób powoływania sędziów polskiego Sądu Najwyższego jest taki sam, jak w Niemczech. Dlaczego zatem w Polsce można z tego powodu robić aferę, wszczynać postępowanie przed Komisją Europejską i wzywać do przywrócenia praworządności, a w Niemczech nie? Sanders wytłumaczyła to wówczas mniej więcej następująco: Bo w Niemczech sposób ten obowiązuje dłużej i dlatego "wypracował sobie taki mechanizm kontroli i równowagi".

Nie wiem jak państwa, ale mnie argument o "obowiązywaniu dłużej" i wypracowaniu "takiego mechanizmu kontroli i równowagi" specjalnie mnie nie przekonuje (swoją drogą słowa o "wypracowaniu sobie takiego mechanizmu" brzmią jak słowa Kidawy-Błońskiej, która w kontekście skoku na OFE mówiła o "jakiś kwotach, które wynikają z różnych takich działań"). Czy zatem Komisja Europejska nie powinna w takich okolicznościach wszcząć postępowania w/s naruszenia praworządności wobec Niemiec? Skoro tamtejsi politycy, dokładnie tak samo jak polscy politycy, mają decydujący wpływ na to, kto orzeka w sądach, a w przypadku polskiego systemu wyboru sędziów uznano, iż jest on sprzeczny z prawem UE, to chyba naturalną konsekwencją powinno być wszczęcie postępowania w/s naruszenia praworządności przez Niemcy. Czyż nie mam racji?

Źródła informacji:

Jak wybierani są niemieccy sędziowie. "Dość zadziwiające"

Niemiecka prawniczka: "Polska, demontowane państwo prawa"

Niemiecki system wyboru sędziów

Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Data: 05.12.2019 20:40

Autor: ziemianin

biznes.pap.pl

#ccodziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #biznes #polityka #polska #niemcy #pge #elektrownia #energia #niewygodneinfo

Kontrolowana przez rząd największa firma energetyczna w kraju (PGE), właśnie oświadczyła, iż do 2030 roku planuje uruchomić pierwsze farmy offshore, rozwinąć program fotowoltaiki i zbudować elektrownię gazową w Dolnej Odrze (woj. zachodniopomorskie). Wszystko ma kosztować 13 mld euro (czyli jakieś 56 mld zł). Informacja o planach inwestycyjnych PGE zbiega się z wypadającą niebawem 10. rocznicą powołania do życia spółki PGE EJ1, która miała wybudować pierwszą polską elektrownie atomową, a do dziś nie wybrała nawet jej lokalizacji. Zmiana władzy z PO na PiS nic nie dała.

Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Kilka dni temu na łamach tego bloga opisywałem plany naszych zachodnich sąsiadów, które przewidują, iż Niemcy staną się europejskim hubem gazowym i głównym dystrybutorem rosyjskiego Gazpromu. Warunkiem koniecznym powodzenia tego planu jest niedopuszczenie do sytuacji, w której potencjalni nabywcy rosyjskiego gazu z kierunku zachodniego (czyli np. Polska) budują własne systemowe źródła mocy, gdzie energia będzie pochodziła z węgla lub atomu.

Jakub Wiech, ekspert z dziedziny energetyki, nie ma wątpliwości: – "Niemcy walczą z czystą energetyką jądrową w Europie, by w jej miejsce weszły jednostki opalane gazem – a tym paliwem handlować ma Berlin dzięki Nord Streamom. Nie ma to nic wspólnego z ochroną klimatu, ale dużo z niemieckim interesem".

Nie chce mówić, że na wieść o ogłoszeniu przez PGE planów budowy dużej elektrowni gazowej tuż przy granicy z Niemcami, u naszych sąsiadów (zarówno tych po zachodniej, jak i wschodniej stronie) strzeliły korki od szampana, ale nie mam wątpliwości, że nikt tam przeciwko takiej inwestycji protestować nie będzie. Chodzi bowiem o potencjalnie bardzo dużego odbiorcę gazu ziemnego, który – tu znowu kluczowe słowo – potencjalnie może być dostarczany z Rosji do Niemiec (poprzez Nord Stream), a dalej odsprzedawany do PGE. Na takiej transakcji zarobiliby zarówno Rosjanie, jak i Niemcy. To przede wszystkim w ich interesie leży, aby na terytorium Polski powstawały tego typu inwestycje. To w ich interesie jest również to, aby pierwsza polska elektrownia atomowa nie powstała nigdy, a nowe bloki węglowe, takie jak Ostrołęka C, były rząd porzucane (co podobno się właśnie dzieje – więcej info tutaj swoją drogą jeśli to prawda i rząd PiS rzeczywiście chce porzucić realizację elektrowni "Ostrołęka C" – którą miała budować amerykańska firma i teraz trzeba będzie płacić Amerykanom wielomilionowe odszkodowania za zerwanie kontraktu – to mamy do czynienia z gigantyczną aferą, do opisania na blogu w odrębnym artykule).

Ktoś powie, że do nowej elektrowni gazowej PGE w Dolnej Odrze będzie dostarczany norweski gaz z Baltic-Pipe. No i pewnie tak będzie, tylko najpierw wspomniany Baltic-Pipe musi powstać. A póki co istnieje on tylko na papierze i taki stan może jeszcze trochę potrwać. Tymczasem Nord Stream 1 już działa, a budowa Nord Stream 2 zakończy się najdalej w drugiej połowie przyszłego roku.

Powtórzę zatem raz jeszcze – decyzja o budowie dużej elektrowni gazowej przy granicy z Niemcami będzie pozytywnie odbierana w Berlinie (i pośrednio w Moskwie). Wątpię, aby ktokolwiek po niemieckiej stronie chciał zablokować tę inwestycję, tak jak zablokowano polską inwestycję w atom, kiedy to w 2011 roku nasi zachodni sąsiedzi oraz działające tam organizacje ekologiczne wysłały do Komisji Europejskiej w tej sprawie specjalny list protestacyjny, a rząd Tuska otrzymał aż 20 tys. indywidualnych niemieckich zastrzeżeń dotyczących polskiego programu jądrowego.

Offshore, fotowoltaika i elektrownia gazowa będą kosztowały PGE ok. 13 mld euro

Niemcy są przeciw energii atomowej w Polsce, bo chcą nam sprzedawać rosyjski gaz z Nord Streamu

Data: 02.12.2019 22:31

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #energetyka #energetykajadrowa #niemcy #rosja #polska #polityka #niewygodneinfo

Dlaczego nasi zachodni sąsiedzi tak intensywnie walczą o powodzenie Nord Streamów? Odpowiedź jest prosta: chodzi o gigantyczne pieniądze. Dzięki tym gazociągom Niemcy staną się europejskim hubem gazowym i głównym dystrybutorem rosyjskiego Gazpromu. Zyski z tego tytułu będą olbrzymie. Dlatego też niemieccy politycy starają się dławić w zarodku wszelkie inicjatywy, które są na kursie zderzeniowym z ich gazowymi interesami. Rozwój energetyki atomowej w Polsce i w UE jest na takim kursie. Stąd m.in. 20 tys. oficjalnych niemieckich protestów w/s polskiej elektrowni atomowej.

Niemcy są przeciw energii atomowej w Polsce, bo chcą nam sprzedawać rosyjski gaz z Nord Streamu

Niemieccy europosłowie zaproponowali, aby treść unijnej deklaracji ws. kryzysu klimatycznego, która ma być zaprezentowana na zbliżającym się szczycie COP25 w Madrycie, zawierała zapowiedź wygaszenia wszystkich elektrowni atomowych na terenie Unii Europejskiej. Dlaczego niemieccy politycy chcą wyłączenia wszystkich elektrowni jądrowych UE, skoro nie emitują one żadnych gazów cieplarnianych podczas produkcji energii i są kompletnie neutralne z punktu widzenia zmian klimatycznych?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił w książce "Energiewende. Nowe niemieckie imperium" Jakub Wiech, ekspert z dziedziny energetyki: – "Niemcy walczą z czystą energetyką jądrową w Europie, by w jej miejsce weszły jednostki opalane gazem – a tym paliwem handlować ma Berlin dzięki Nord Streamom. Nie ma to nic wspólnego z ochroną klimatu, ale dużo z niemieckim interesem".

Jednym z założeń niemieckiej polityki energetycznej jest utworzenie z tego kraju "europejskiego huba gazowego", który miałby dystrybuować rosyjski gaz dostarczany przez gazociągi Nord Stream 1 & 2 na całą Unię Europejską. Aby wszystko "spięło się" jednak z ekonomicznego punktu widzenie, trzeba najpierw wygenerować odpowiedni popyt na gaz ziemny dostarczany do Niemiec po dnie Bałtyku przez Gazprom. Wpływ na taki popyt bez wątpienia miałoby przeforsowanie pomysłu likwidacji elektrowni atomowych funkcjonujących na terytorium UE. Wszak w przypadku realizacji tak sformułowanego postulatu elektrownie jądrowe będą musiały być zastąpione innymi siłowniami o znaczeniu systemowym. Węgiel jest na cenzurowanym, a OZE nigdy nie zapewnią stałych dostaw mocy. W takich okolicznościach elektrownie na gaz sprowadzany z Rosji i dystrybuowany przez niemieckie firmy byłyby "idealnym" rozwiązaniem.

Patrząc przez pryzmat powyższego nie powinno nas dziwić, że w zawartej w 2018 roku umowie koalicyjnej między głównymi partiami rządzącymi Niemcami stwierdzono, iż energetyka atomowa jest zagrożeniem dla możliwości eksportowych niemieckich firm na rynkach międzynarodowych.

Warto również przypomnieć, że już w 2011 roku nasi zachodni sąsiedzi oraz działające tam organizacje ekologiczne wysłały do Komisji Europejskiej specjalny list protestacyjny w sprawie planowanej w Polsce pierwszej elektrowni atomowej. Do rządu w Warszawie trafiło również – uwaga – aż 20 tys. indywidualnych zastrzeżeń dotyczących polskiego programu jądrowego (!). Niemcy po prostu dbali o swoje interesy. Wiedzieli, że jeśli w Polsce powstanie siłownia jądrowa, to produkowana w naszym kraju energia będzie – po pierwsze – tańsza od energii produkowanej przez niemieckie wiatraki, a po drugie – nie będzie zwiększonego zapotrzebowania na dostawy gazu dla nowych elektrowni opalanych tym surowcem, bowiem takich elektrowni po prostu u nas nie będzie. Obecnie mamy rok 2019 i elektrowni atomowej w Polsce jak nie było, tak nie ma. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest deficyt mocy wytwórczych skutkujący koniecznością kupowania sporej ilości energii z Niemiec oraz rozważania na temat budowy nowych elektrowni na gaz, które mogłyby być zaopatrywane w rosyjski surowiec z kierunku niemieckiego.

Źródła

Jakub Wiech Twitter

Niemcy biją w atom. "UE miałaby wygasić swoje elektrownie jądrowe"

Niemcy protestują przeciw atomowi w Polsce

Niemiecka umowa koalicyjna uderza w polską siłownię jądrową

Sojusz Izraela i Rosji groźny dla Polski? Celem mogą być pieniądze oraz rozszerzenie strefy wpływów

Data: 25.11.2019 14:04

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #polska #rosja #izrael #zydzi #niewygodneinfo

Mało kto wie, że w ciągu ostatnich 3 lat przywódcy Rosji i Izraela spotykali się ze sobą lub rozmawiali telefonicznie co najmniej kilkadziesiąt razy. Polityków obu państw (a dokładniej – ich administracje rządowe) łączy wiele wspólnych interesów. Czy osłabianie roli Polski poprzez szerzenie kłamliwych narracji, które uderzają w naszą reputację może być jednym z nich? Wszak akcja dyfamacyjna ułatwia izolację Polski na arenie międzynarodowej, a w takich okolicznościach kwestie roszczeń czy rozszerzenie strefy wpływów wydają się być możliwe do realizacji…

Sojusz Izraela i Rosji groźny dla Polski? Celem mogą być pieniądze oraz rozszerzenie strefy wpływów

Źródła informacji:

„Polska najbardziej antysemickim krajem”. Kontrowersyjna interpretacja ankiety TVP.info

Stanislas Balcerac Twitter

Kilka dni temu dużo zamieszania w polskim internecie wywołał sondaż przeprowadzony na zlecenie żydowskiej organizacji Liga Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League, ADL), z którego wynikało, iż Polska jest obecnie najbardziej antysemickim krajem. Aż 48 procent Polaków ma prezentować "antysemickie przekonania". Teraz wypływają informacje, zgodnie z którymi wspomniany sondaż miała na zlecenie ADL przeprowadzić firma zarządzana przez Zeva Fursta – byłego rzecznika rosyjskiego Lukoilu w USA. W zarządzie tej firmy ankietowej siedzieć ma zaś Rosjanka.

Przypadek? Być może. Chociaż w ostatnim czasie podobnych przypadków, świadczących o taktycznym sojuszu Rosji i Izraela jest znacznie więcej. Władimir Putin i Binjamin Netanjahu w ciągu 3 lat spotkali się (lub zdzwonili) kilkadziesiąt razy. Oba kraje mają wiele wspólnych interesów. W Izraelu żyje potężna (pod względem liczebnym) grupa Rosjan, którzy wyemigrowali do tego państwa w ciągu ostatnich 30 lat. O przychylność tej grupy zabiega zarówno przywódca Izraela (ze względów polityki wewnętrznej – Żydzi pochodzenia rosyjskiego to duży elektorat wyborczy) oraz przywódca Rosji (ze względów wizerunkowo-reputacyjnych).

Niejako "przy okazji" ustaleń dotyczących rosyjskiej mniejszości w Izraelu można dogadać się co do innych spraw. Oba państwa mają własne kwestie związane z Polską, których realizacja na dzisiaj jest niemożliwa (roszczenia za żydowskie mienie pozostawione w Polsce po II wojnie światowej oraz przejęcie Polski do rosyjskiej strefy wpływów). Podkreślam – realizacja tych kwestii jest niemożliwa na dzisiaj. Nie można jednak wykluczyć, że za kilka lat sytuacja się zmieni. Jak do tego doprowadzić?

Rozprzestrzenianie kłamliwych narracji o Polakach, którzy "niechęć do Żydów czerpią z mlekiem matki" i Polsce, jako światowym centrum antysemityzmu z pewnością ułatwi izolację Polski na arenie międzynarodowej. A tylko w takich okolicznościach realizacja wspomnianych interesów stanie się możliwa. Oskarżenie o masowy antysemityzm odbierane jest na świecie jednoznacznie negatywnie. Stąd uważam, że w najbliższym czasie będzie wypływać coraz więcej "kwiatków" pokroju sondaży ADL tworzonych przez środowiska żydowsko-rosyjskie nieprzychylne Polsce i Polakom.

Kontrakt z Gazpromem wygaśnie w 2022 r. Ekipa Pawlaka chciała, aby wygasł dopiero w 2037 r.

Data: 21.11.2019 15:12

Autor: ziemianin

money.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #polska #umowygazowe #gospodarka #gospodarkapolska #gaz #rosja

Już za 3 lata wygaśnie słynny kontrakt jamalski na dostawy gazu z Rosji. Wygaśnie, bowiem kupowanie błękitnego paliwa z kierunku wschodniego przestało być opłacalne. Warto zauważyć, że pierwotnie umowa ta miała obowiązywać jeszcze przez 15 kolejnych lat, aż do 2037 roku. Taką możliwość akceptował zespół negocjatorów z Waldemarem Pawlakiem na czele. Ciekawe, że już kilka miesięcy później – kiedy w obronie polskich interesów wystąpiła Unia Europejska – Pawlak nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w zaleceniach negocjacyjnych pojawił się rok 2037.

Kontrakt z Gazpromem wygaśnie w 2022 r. Ekipa Pawlaka chciała, aby wygasł dopiero w 2037 r.

Kiedy na początku 2009 roku zespół negocjatorów pod wodzą ówczesnego ministra gospodarki Waldemara Pawlaka przystępował do negocjacji w/s przedłużenia kontraktu na dostawy rosyjskiego gazu do Polski, obowiązująca instrukcja negocjacyjna zalecała podpisanie nowej umowy do 2014 roku. Dlaczego tylko do 2014? Uznano bowiem, iż wiązanie się długoletnim kontraktem z Rosjanami mogło być poczytane jako działanie sprzeczne z polską racją stanu. Szczególnie, że w ciągu raptem kilku kolejnych lat miała się pojawić perspektywa dywersyfikacji dostaw gazu (głównie poprzez terminal LNG w Świnoujściu),

Niestety w ciągu kilku kolejnych miesięcy do instrukcji negocjacyjnych przemycono zalecenie, aby kontrakt jamalski przedłużyć aż do 2037 roku, co miało być rzekomo "zgodne z interesem Polski". W rzeczywistości przedłużenie kontraktu aż do 2037 roku było w interesie strony rosyjskiej. Szczególnie jeśli spojrzymy przez pryzmat idei dywersyfikacji dostaw gazu do Polski oraz możliwości sprowadzania do naszego kraju błękitnego paliwa tańszego od tego sprzedawanego nam do tej pory przez Gazprom.

Minister Pawlak starał się robić dobrą minę do złej gry. Na posiedzeniu Zespołu ds. Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego 4 listopada 2009 r. stwierdził, że "nadmiar gazu będzie mniejszym problemem niż jego deficyt". Warto również odnotować, że przemycenie do instrukcji negocjacyjnych zalecenia o konieczności przedłużenia kontraktu jamalskiego aż do 2037 roku, zbiegło się z uznaniem przez rząd Tuska wspomnianych instrukcji za tajemnicę służbową opatrzoną klauzulą "zastrzeżone". Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami dostęp do dokumentów z taką klauzulą był zastrzeżony jedynie przez przez dwa lata. W między czasie posłowie PO-PSL zmienili jednak prawo (nowelizacja ustawy o ochronie informacji niejawnych z 2011 roku). Wprowadzono wówczas regułę, zgodnie z którą dostęp do tego typu dokumentów "decyzją kierownika jednostki organizacyjnej" mógł być zastrzeżony na czas nieokreślony. Rząd Tuska skrzętnie to wykorzystał i utajnił treść instrukcji negocjacyjnych przed opinią publiczną na czas nieokreślony.

Komisja Europejska (KE) widząc, że lada chwila członek UE podpisze skrajnie niekorzystny i sprzeczny z prawem UE kontrakt na dostawy gazu, postanowiła zainterweniować. Włączenie się przedstawicieli KE w proces negocjacji w lutym 2010 roku pozwoliło wstrzymać podpisanie umów w kształcie wynegocjowanym przez Pawlaka i przyjętym przez Tuska, wyeliminować postanowienia sprzeczne z prawem unijnym oraz zniwelować ryzyka dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. W efekcie kontrakt jamalski został przedłużony nie o 25 lat (do 2037 r.) lecz tylko o 10 lat (do 2022 r.).

Co ciekawe – Waldemar Pawlak na posiedzeniu Rady Ministrów w 13 lipca 2010 r. (czyli już po interwencji przedstawicieli Komisji Europejskiej) nie był w stanie wyjaśnić, jakie były przyczyny określania terminu obowiązywania kontraktu na dostawę rosyjskiego gazu aż do 2037 roku…

Dlaczego PiS podnosi akcyzę i składki? Dlatego, że ZUS-owi zabraknie aż 211 mld zł!

Data: 18.11.2019 18:23

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #zus #niewygodneinfo #akcyza #gospodarka #rzad #budzet #pieniadze

Kiedy cała Polska żyła tym, że Macierewicz ma zostać marszałkiem a Pawłowicz z Piotrowiczem mają trafić do TK, ZUS opublikował raport na temat wypłat rent i emerytur w latach 2020 – 2024. Okazuje się, że na ten cel zabraknie mu aż 211 mld zł. I to w wariancie optymistycznym! PiS chce, aby brakujący deficyt pokryli podatnicy. Przynajmniej częściowo. Dlatego politycy tej partii forsują pomysły wzrostu akcyzy i zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS. Alternatywą mogło by być ograniczenie wydatków socjalno-wyborczych, ale na to brakuje – póki co – odwagi.

Dlaczego PiS podnosi akcyzę i składki? Dlatego, że ZUS-owi zabraknie aż 211 mld zł!

Istotą funkcjonującego w naszym kraju systemu emerytalnego, którego gwarantem jest ZUS, jest tzw. solidarność społeczna, a dokładnie solidarność międzypokoleniowa. W największym uproszczeniu polega ona na tym, że ludzie w wieku produkcyjnym (ci którzy pracują) utrzymują poprzez składki do ZUS swoich rodziców i dziadków, którzy pracować już nie mogą lub nie muszą. Innymi słowy – bieżące świadczenia emerytalne finansują młodsze pokolenia.

System ten działa idealnie, gdy mamy do czynienia z tzw. zastępowalnością pokoleniową, czyli sytuacją, w której każdy ma co najmniej dwójkę dzieci, a jedna osoba pobierająca świadczenia emerytalno-rentowe jest "utrzymywana" przez minimum 6 osób, które pracują i odkładają składki do ZUS.

Niestety w Polsce kilkanaście lat temu doszło do załamania się struktury demograficznej. Populacja ludzi młodych zaczęła się kurczyć, przy jednoczesnym wzroście liczby emerytów. Trend ten z roku na rok się nasila. Zdaniem prognoz ZUS liczba osób w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18-64 lata i kobiety w wieku 18-59 lat) w 2024 roku osiągnie poziom o przeszło 1,0 mln mniejszy niż w 2019 roku. Tymczasem populacja osób w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) będzie ciągle rosła, by 2024 roku osiągnąć poziom o ponad 0,8 mln osób większy niż w 2019 roku.

Coraz mniej osób pracujących będzie finansowało (poprzez składki) coraz więcej emerytów, których utrzymanie będzie kosztowało coraz więcej pieniędzy. Efektem będzie poszerzający się deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli jednostki odpowiedzialnej za dostarczanie pieniędzy do ZUS), który nawet przy optymistycznych założeniach w latach 2020 – 2024 wyniesie blisko 211 mld zł.

Aby zlikwidować tak wielki deficyt każdy aktywny zawodowo Polak w wieku produkcyjnym (tj. 15,8 mln osób) powinien dobrowolnie oddać do ZUS około 13,3 tys. zł ponad to, co w latach 2020 – 2024 i tak zapłaci w składkach na ubezpieczenia społeczne. Wiadomym jest, że nikt sam od siebie takiej kwoty do ZUS nie wpłaci, dlatego też PiS chce wprowadzić częściowy przymus. Likwidacja limitu 30-krotności w składach na ZUS przyczyni się do tego, że ok. 370 tys. osób będzie musiało zapłacić w skali roku dodatkowe 8 – 9 mld zł więcej. Podwyższenie akcyzy również przyniesie budżetowi dodatkowe pieniądze. W efekcie skala planowanego deficytu powinna się zmniejszyć, nadal jednak będzie ona liczna w dziesiątkach miliardów złotych w ciągu roku. W takich okolicznościach zasadnym jest pytanie o to, czy w najbliższym czasie możemy się spodziewać wzrostu kolejnych podatków? A może PiS odważy się na ograniczenie wydatków socjalno-wyborczych?

To banki i fundusze hedgingowe mogą zarobić najwięcej na transformacji energetycznej. Zdziwieni?

Data: 16.11.2019 23:47

Autor: ziemianin

pb.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #energetyka #biznes #niewygodneinfo

Ochrona środowiska? Klimat? A może jednak potężne pieniądze do zarobienia? Co tak naprawdę jest głównym motorem determinującym tempo zmian we współczesnej energetyce? Gdy spojrzymy na temat szerzej, to okaże się, że efektem eko-transformacji jest nie tylko zmniejszona emisja CO2 do atmosfery. To również miliardy euro / dolarów "kosztów pozyskania finansowania", które producenci energii muszą płacić, jeśli chcą inwestować w nowe technologie. Na końcu tego łańcucha stoją potężne banki i niedostępne dla zwykłych śmiertelników fundusze hedgingowe.

To banki i fundusze hedgingowe mogą zarobić najwięcej na transformacji energetycznej. Zdziwieni?

W przygotowanym w ubiegłym tygodniu przez Ministerstwo Energii projekcie "Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku" czytamy, że transformacja w polskiego sektora elektroenergetycznym w ciągu najbliższych 20 lat będzie kosztowała 140 mld euro (ok. 600 mld zł uwzględniając dzisiejsze kursy przeliczeniowe). Efektem tak kosztownych inwestycji ma być zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 45 proc. względem emisji, jakie miały miejsce w 1990 roku.

W kontekście powyższego kluczowe jest pytanie o to, kto ma tę transformację finansować? Czy będą to konsumenci? Polskie gospodarstwa domowe? – Co do tego niestety nie mam wątpliwości. Zapowiadane od kilkunastu miesięcy "uwolnienie" cen energii dla Polaków będzie tego najlepszym dowodem.

Jednak nawet regularne podwyżki rachunków za energię nie pokryją gigantycznego zapotrzebowania spółek energetycznych na pieniądze. Koszt transformacji rzędu 140 mld euro do 2040 roku nie da się sfinansować tylko podwyżkami cen prądu dla odbiorców końcowych. Potrzebne są jeszcze inne, zewnętrzne źródła.

Zarządzający największymi bankami inwestycyjnymi oraz niedostępnymi dla zwykłych śmiertelników funduszami hedgingowymi już zacierają ręce. Światowa narracja o potrzebie ograniczania emisji CO2 będzie napędzała popyt na pieniądz potrzebny do realizacji tego pomysłu. A pieniądz ten jest w posiadaniu wspomnianych banków i funduszy. Z racji tej, że stoją one na końcu "finansowego łańcucha pokarmowego", będą również czerpały największe benefity. Patrząc z tej perspektywy może im zależeć na przyspieszeniu procesów eko-transformacji, czego wypadkową może być np. ciche wspieranie aktywistów lub polityków, których głównym zadaniem jest walka o klimat. Im więcej takich osób będzie działało w przestrzeni publicznej, tym – prawdopodobnie – zyski z tytułu finansowania transformacji energetycznej będą większe.

Źródła informacji:

ME: koszt transformacji sektora elektroenergetycznego do 2040 r. to 140 mld euro PB.pl

Hedge funds and Wall St banks cash in on carbon market’s revival FT.com

Marszałek z PO chce dziękować senatorom z USA. Tym samym, którzy wzywali nas do zapłaty roszczeń

Data: 16.11.2019 23:41

Autor: ziemianin

twitter.com

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #usa #polityka #niewygodneinfo

Pierwszy pomysł Tomasza Grodzkiego, nowego marszałka Senatu, uważam za kompletnie chybiony, by nie powiedzieć – szkodliwy. Grodzki planuje bowiem pojechać do USA i osobiście podziękować amerykańskim senatorom za wyrażenie kilka lat temu "zaniepokojenia sytuacją wokół Trybunału Konstytucyjnego" w liście do Beaty Szydło. Problem w tym, że Grodzki planuje dziękować tym samym senatorom, którzy nie tak dawno wzywali Polskę do wypłaty Żydom rekompensat za mienie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów.

Marszałek z PO chce dziękować senatorom z USA. Tym samym, którzy wzywali nas do zapłaty roszczeń

Kilkanaście dni temu nowy ambasador Izraela w Polsce przypomniał się w temacie tzw. roszczeń żydowskich. W wywiadzie dla Radia Zet stwierdził, że "w końcu musi się znaleźć jakieś porozumienie" w tej kwestii. Jakie dokładnie? Niestety nie dookreślił.

Temat roszczeń żydowskich, tak intensywnie wałkowany przez cały 2018 i pierwszą połowę 2019 roku, niebawem może znowu powrócić na agendę głównych serwisów informacyjnych, a poczyniona przez izraelskiego ambasadora wzmianka o tym problemie może być zaledwie wstępem do nowej, skoordynowanej akcji dyfamacyjnej. W tym kontekście pomysł Tomasza Grodzkiego, nowego marszałka Senatu z ramienia Platformy Obywatelskiej, aby polecieć do USA i osobiście podziękować amerykańskim senatorom za to, że kilka lat temu wyrazili oni w liście do Beaty Szydło "zaniepokojenia sytuacją wokół Trybunału Konstytucyjnego", jest najzwyczajniej w świecie głupi. Dlaczego?

Otóż senatorowie USA, którym tak ochoczo chce dziękować Grodzki, w 2018 roku poparli stanowisko World Jewish Restitution Organization (WJRO) i wezwali polski rząd do wypłacenie żydowskim ofiarom II wojny światowej oraz ich rodzinom finansowych rekompensat za mienie przejęte przez nazistów, a następnie znacjonalizowane przez komunistów. Z kolei w sierpniu tego roku aż 88 spośród 100 senatorów USA podpisało się pod listem kierowanym do sekretarza stanu USA Mike'a Pompeo, w którym zażądali, aby władze USA wywarły nacisk na Polskę w sprawie "zwrotu mienia ofiar Holocaustu".

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że pojawienie się Grodzkiego, jako przedstawiciela polskich władz w amerykańskim senacie wywoła prawdziwą falę zapytań i monitów nie w sprawie stanu polskiej demokracji, lecz w kwestii przyjęcia przez Polskę ustawodawstwa, którego celem – mówiąc skrótowo – miałoby być zadośćuczynienie Żydom za krzywdy wyrządzone przez Niemców i Rosjan.

Marcin Makowski, dziennikarz i publicysta wp.pl / "Do Rzeczy", pisze, że "ostatnią rzeczą, jaką powinien robić nowy marszałek, jest lecieć do USA i im (senatorom) za cokolwiek dziękować". W kontekście wcześniejszych wystąpień amerykańskich senatorów w pełni się z tą opinią zgadzam. Pytanie czy odpowiednia refleksja na ten temat pojawi się również w głowie marszałka Grodzkiego? Czy też zdecyduje się on na udział w politycznej szopce, w której będzie chciał dziękować za zainteresowanie sprawą Trybunału, kosztem wystawienia siebie oraz kraju, który reprezentuje, na bezpardonowe ataki w/s żydowskich roszczeń?

Źródła informacji:

Marszałek Tomasz Grodzki wybiera się do USA. Chce podziękować senatorom

Marcin Makowski

W Polsce już 666 tys. obcokrajowców płaci składki ZUS. Bez nich budżet kraju byłby w . . .

Data: 08.11.2019 12:32

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niewygodneinfo #zus

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Polska od trzech lat zajmuje 1. miejsce w całej UE pod względem liczby przyjmowanych w ciągu roku imigrantów spoza terytorium Wspólnoty. W efekcie na koniec III kwartału tego roku aż 666 tys. obcokrajowców odprowadzało do ZUS-u składki na świadczenia społeczne. Gdyby nie tak liczna rzesza pracujących legalnie obcokrajowców deficyt systemu emerytalnego w naszym kraju byłby o wiele większy, co istotnie wpłynęło by na sytuację budżetową. Śmiem twierdzić, że to Ukraińcy pośrednio sfinansowali wypłatę 13. emerytury w maju.

W Polsce już 666 tys. obcokrajowców płaci składki ZUS. Bez nich budżet kraju byłby w opłakanym stanie

Choć wydaje się to być nieprawdopodobne, to w 2018 roku sama tylko Polska przyjęła więcej legalnych imigrantów spoza UE niż Portugalia, Belgia, Węgry, Irlandia, Austria, Szwajcaria, Grecja, Dania, Słowenia, Chorwacja, Norwegia, Finlandia, Słowacja, Cypr, Malta, Rumunia, Litwa, Bułgaria, Łotwa, Luksemburg, Estonia i Islandia RAZEM WZIĘTE! W ubiegłym roku polskie urzędy wydały 635,3 tys. nowych pozwoleń na pobyt dla obywateli państw spoza UE.

Zgodnie z oficjalnymi danymi Eurostatu w ubiegłym roku nasz kraj wydał 635335 nowych pozwoleń na pobyt dla obcokrajowców spoza terytorium UE. To najwięcej w całej Wspólnocie. Zajmujące drugie miejsce w tej klasyfikacji Niemcy wydały w 2018 roku 543571 pozwoleń na legalny pobyt dla obcokrajowców spoza UE. Trzecia na liście Wielka Brytania wydała 450775 pozwoleń.

Co istotne – rok 2018 był trzecim z rzędu, kiedy Polska zajmowała 1. miejsce w unijnych statystykach na temat liczby przyjmowanych legalnie imigrantów spoza UE. Oczywiście bardzo wielu obcokrajowców przyjeżdża do Polski czasowo, raptem na kilka miesięcy, tylko w celach zarobkowych lub edukacyjnych. Jest jednak duża grupa (szczególnie Ukraińców), którzy decydują się tu zostać na dłużej. W takich okolicznościach "wpisują się" oni m.in. do polskiego systemu emerytalnego. W efekcie na koniec III kwartału tego roku już 666 tys. obcokrajowców opłacało w naszym kraju składki na ZUS (z czego pół miliona stanowili Ukraińcy). Warto podkreślić, że w ciągu roku (III kwartał 2018 vs III kwartał 2019) liczba płacących w Polsce składki ZUS obcokrajowców zwiększyła się o 96 tys. (w tym Ukraińców przybyło 74 tys.).

Wspomniane 666 tys. dodatkowych osób, które odkładają składki do ZUS, generuje w ciągu roku naszemu narodowemu ubezpieczycielowi społecznemu wielomiliardowe wpływy, które w sporej części pozwalają zasypać deficyt finansowy ZUS-u. Gdyby nie oni, gdyby nie ich dodatkowe składki, to ZUS miałby większe problemy ze znalezieniem pieniędzy na finansowanie wypłacanych na bieżąco rent i emerytur. Finalnie zgłosiłby się do budżetu kraju po dodatkowe pieniądze. Rząd tych pieniędzy oczywiście nie ma, dlatego musiałby je pożyczyć. W efekcie znacznie pogorszyłaby się sytuacja budżetowa naszego kraju (większy deficyt), jak również sytuacja zadłużeniowa (szybszy przyrost długu).

Patrząc przez ten pryzmat bardzo dobrze się stało, że w Polsce aż tylu obcokrajowców zdecydowało się podjąć legalną pracę. Cieszy szczególnie duża liczba bliskich nam kulturowo Ukraińców. Oby w najbliższych latach taki trend się zachował, co pozwoli przynajmniej częściowo zniwelować niekorzystne czynniki demograficzne.

Źródła informacji:

First permits by reason, length of validity and citizenship (migr_resfirst) ec.europa.eu

Robert Sosnowiecki Twitter.com

Rząd PIS likwidując OFE zabierze Polakom 19,3 mld zł. Specjalna opłata uratuje budżet . . .

Data: 07.11.2019 16:35

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #ofe #ike #funduszemerytalny #pis #zlodziejstwo #niewygodneinfo

Powiem wam, że im dłużej patrzę na ten projekt, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Rostowski przy Morawieckim to był jednak amator . . .

Nie da się ukryć, że rządowa propozycja przekształcenia otwartych funduszy emerytalnych (OFE) w indywidualne konta emerytalne (IKE) ma jeden, bardzo poważny feler. Chodzi oczywiście o tzw. opłatę przekształceniową. Co ciekawe – sprywatyzowane środki z IKE będzie można wypłacić dopiero po osiągnięciu wieku emerytalnego. Rząd twierdzi, że ich wcześniejsza wypłata byłaby nielegalna, bo "to są środki ze składki emerytalnej i muszą być przeznaczone na cele emerytalne". No ale wcześniejsze "zajumanie" ich części, jako opłaty przekształceniowej, ma być niby legalne?

Rząd PIS likwidując OFE zabierze Polakom 19,3 mld zł. Specjalna opłata uratuje budżet obciążony obietnicami

Przypomnijmy – najnowsza inicjatywa rządu przewiduje, że ok. 162 mld zł, które są w tej chwili ewidencjonowane w OFE, miałoby zostać "sprywatyzowanych" i trafić na indywidualne konta emerytalne (IKE) lub do ZUS (decyzję o tym miałby podejmować ubezpieczony).

Problem pojawia się przy decyzji o przejściu z OFE do IKE. Otóż zgodnie z propozycją rządu przy przeniesieniu środków z OFE do prywatnego IKE zostanie pobrana opłata przekształceniowa w wysokości 15 proc. wartości środków. Ministerstwo Finansów szacuje, że wpływy z tytułu opłaty przekształceniowej mają wynieść ok. 19,3 mld zł. To całkiem potężna kwota, za którą można by sfinansować niemal rok funkcjonowania programu 500+ w obecnym kształcie.

Ministerstwo Finansów zapewnia, że środki z tytułu opłaty przekształceniowej zostaną zaklasyfikowane jako dochód podsektora ubezpieczeń społecznych. To oznacza, że finalnie trafią one do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), z którego finansowane są bieżące świadczenia emerytalno-rentowe.

Niby wszystko odbędzie się zgodnie ze sztuką księgową. Wszak środki z opłat przekształceniowych nie zostaną bezpośrednio wykorzystane na poczet bieżących wydatków budżetowych, lecz trafią na konta FUS. Niby. W rzeczywistości jednak zasilenie rachunków FUS kwotą ok. 19,3 mld zł (o której mówi szacunek Ministerstwa Finansów) spowoduje, że w budżecie zostanie uwolniona spora suma pieniędzy (wynikająca z ograniczenia dotacji budżetowych do FUS o równowartości wspomnianej kwoty z tytułu opłat przekształceniowych), którą będzie mógł przeznaczyć na inne wydatki (warto w tym miejscu mieć świadomość, że wypłata bieżących emerytur w dużej części jest możliwa dzięki budżetowym dotacjom; same tylko składki ZUS nie wystarczą, aby sfinansować wszystkie emerytury i renty wypłacane obecnie Polakom).

Innymi słowy – "skok na OFE" w wykonaniu PiS pozwoli tej partii na sfinansowanie części obietnic wyborczych (to, co budżet zaoszczędzi na dotacjach do FUS, będzie mogło być przeznaczone na realizację obietnic). Efekt będzie taki, że sami sobie opłacimy roczne funkcjonowanie programu 500+ na 1. dziecko wydając nasze emerytalne oszczędności zgromadzone w OFE, które podczas przerzucania ich do IKE zostaną w części "zajumane" pod pozorem opłaty przekształceniowej.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy – zwykli ludzie środki z IKE będą mogli wykorzystać (wypłacić) dopiero po przejściu na emeryturę. Przedstawiciele rządu twierdzą, że ich wcześniejsza wypłata byłaby nielegalna, bo "to są środki ze składki emerytalnej i muszą być przeznaczone na cele emerytalne". No ale, gdy to rząd chce wypłacić pieniądze zgromadzone w OFE/IKE i wydać je na de facto bieżące potrzeby (wynikające z kalendarza wyborczego), to nie ma problemu. Może to zrobić pod pozorem opłat przekształceniowych, które zasilą FUS i proporcjonalnie uwolnią w budżecie kraju środki, które miały stanowić dotację dla FUS.

Wszyscy tylko o Macierewiczu i Tusku, tymczasem ZUS alarmuje: Na emerytury zabraknie aż 211 mld zł!

Data: 06.11.2019 21:47

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niewygodneinfo #emerytura #zus

Prawie cały informacyjny mainstream skupił się wczoraj na decyzji prezydenta Dudy (o wyznaczeniu Macierewicza na marszałka seniora) i decyzji Tuska (o niekandydowaniu w wyborach prezydenckich). Przekaz dopełniała sprawa kandydatur Pawłowicz i Piotrowicza na nowych członków TK. Wszystkie te wywołujące polityczne emocje tematy niemal idealnie zagłuszyły informację, która w naszym kraju powinna być absolutnym "numerem 1". Otóż ZUS oficjalnie potwierdził, że na wypłaty emerytur w larach 2020 – 2024 zabraknie mu aż 211 mld zł. I to w najbardziej optymistycznym scenariuszu!

Wszyscy tylko o Macierewiczu i Tusku, tymczasem ZUS alarmuje: Na emerytury zabraknie aż 211 mld zł!

Na stronie internetowej ZUS.pl pojawił się dokument pt. "Prognoza wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2020-2024". Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) to taki "skarbiec" ZUS-u. Bez FUS nie możliwe byłoby wypłacanie rent i emerytur.

Zgodnie z informacjami, które znalazły się we wspomnianym dokumencie, w latach 2020 – 2024 na wypłatę emerytur, rent, zasiłków chorobowych i świadczeń wypadkowych w wariancie najbardziej optymistycznym (niskie bezrobocie, wysoki wzrost PKB) zabraknie nam 210,773 mld zł. W wariancie pesymistycznym (wysokie bezrobocie, niski wzrost PKB) deficyt będzie jeszcze większy i wyniesie aż 355,640 mld zł.

Dlaczego bieżące składki nie będą w stanie pokryć wydatków na wspomniane powyżej świadczenia? Otóż wszystkiemu winna jest demografia. Populacja Polaków w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18-64 lata i kobiety w wieku 18-59 lat) cały czas maleje i w 2024 roku osiągnie – zdaniem ZUS – poziom o przeszło 1,0 mln osób mniejszy niż w 2019 roku. Tymczasem populacja osób w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) cały czas rośnie i w 2024 roku osiągnie według prognoz poziom o ponad 0,8 mln osób większy niż w 2019 roku.

Innymi słowy – coraz mniej osób pracujących będzie finansowało (poprzez składki) coraz więcej emerytów, których utrzymanie będzie kosztowało coraz więcej pieniędzy. Efektem będzie poszerzający się deficyt FUS, który nawet przy optymistycznych założeniach wyniesie blisko 211 mld zł.

W takich okolicznościach niezwykle ważne jest ściąganie do Polski nowych imigrantów, najlepiej bliskich kulturowo i od razu z całymi rodzinami, którzy mogliby u nas pracować, nakręcać rozwój gospodarczy i zastępować ludzi odchodzących na emerytury. Temat ten powinien być jednym z topowych, omawianych szeroko przez wszystkie media w Polsce. Od lewej do prawej strony. Niestety, informacyjny mainstream woli się zajmować kwestiami zupełnie bez znaczenia dla życia Polaków, takimi jak Macierewicz w roli sejmowego marszałka seniora…

Źródła informacji:

Prognoza wpływów i wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na lata 2020-2024 ZUS.pl

Niemcy otwierają nową elektrownie węglową, ale to Polsce robi się z tego powodu problemy

Data: 04.11.2019 23:55

Autor: ziemianin

energetyka24.com

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niemcy #wegiel #elektrownie #niewygodneinfo

Rząd w Berlinie w ubiegłym tygodniu wydał zgodę na to, aby nowa elektrownia na węgiel kamienny (Datteln 4) o mocy 1,1 GW rozpoczęła w przyszłym roku komercyjną produkcję energii elektrycznej. Co ciekawe – ten sam rząd mówi jednocześnie o potrzebie szybkiej dekarbonizacji sektora energetycznego w całej Europie. Skąd zatem taka niekonsekwencja? Dlaczego Niemcy tak bardzo naciskają na inne kraje, aby rezygnowały z produkcji energii elektrycznej z węgla, a sami zabezpieczają swoje moce energetyczne nową elektrownią opalaną węglem?

Niemcy otwierają nową elektrownie węglową, ale to Polsce robi się z tego powodu problemy

Niemcy niebawem staną przed poważnym problemem, który stworzyli trochę na własne życzenie. Otóż w 2022 roku całkowicie zrezygnują z produkcji energii ze źródeł atomowych (wówczas to działające na terytorium RFN elektrownie atomowe mają zostać zamknięte). A to oznacza, że prawdopodobnie ich całkowita produkcja energii z pozostałych źródeł (węgiel, gaz, woda, wiatr, słońce) nie pokryje krajowego zapotrzebowania na moc.

Niemieckie problemy z niedoborem mocy mogą również oznaczać problemy dla Polski. Dlaczego? Otóż wszystkie nasze elektrownie i źródła produkcji energii nie są obecnie w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu mocy, który wystarczyłby na pokrycie całego krajowego zapotrzebowania. Efekt jest taki, że musimy ściągać energię z zagranicy. Z roku na rok jej import jest coraz większy, a krajem z którego importujemy najwięcej są… Niemcy.

Jeśli zatem Niemcy po 2022 roku będą mieli problem ze zbilansowaniem własnego zapotrzebowania na moc, to tym większy problem będzie miała Polska, która od importu niemieckiego prądu jest uzależniona. Patrząc przez ten pryzmat powinniśmy być zadowoleni, iż rząd w Berlinie wydał zgodę na to, aby elektrownia węglowa Datteln 4 rozpoczęła od przyszłego roku komercyjną produkcję energii elektrycznej. Zmniejsza się bowiem ryzyko niedoborów mocy po stronie naszego zachodniego sąsiada, a tym samym ryzyko blackoutu w Polsce.

Inną kwestią, którą pojawia się przy okazji decyzji w/s Datteln 4, i której nie sposób pominąć, jest dość rażąca niekonsekwencja dotycząca tzw. polityki klimatycznej RFN. Z jednej strony bowiem niemieccy politycy wzywają do dekarbonizacji i pilnego rozstania się z węglem, jako źródłem energii, a z drugiej – wydają zgodę na to, aby kolejna elektrownia węglowa od przyszłego roku rozpoczęła na terytorium RFN komercyjną produkcję energii elektrycznej. Powyższe razi szczególnie, gdy uświadomimy sobie niemieckie naciski (zarówno formalne, jak i nieformalne) wywierane na inne kraje UE, aby rezygnowały z węgla. Dlaczego Niemcy mogą zabezpieczać swoje moce energetyczne nowymi blokami węglowymi, a inne kraje mają tego nie robić?

To za rządu Tuska dług Polski rósł najszybciej. Dziennie powiększał się o . . . 184,5 mln zł!

Data: 31.10.2019 12:45

Autor: ziemianin

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #polska #polityka #dlugpolski

Wśród sympatyków opozycji popularna jest ostatnio narracja, zgodnie z którą od momentu przejęcia rządów przez PiS zadłużenie Polski zwiększyło się o ok. 110 mld zł, a przyczyniły się do tego głównie wydatki na 500+ (90 mld zł), Emeryturę+ (11 mld zł) oraz 300+ (1,5 mld zł). I prawda to. Dług Polski dziś by spadał, gdyby nie programy z "plusem". Warto jednak zauważyć, że w latach pierwszego rządu Tuska (2008 – 2011) zadłużenie Polski wzrosło aż o 269,6 mld zł, mimo iż nie było wówczas ani 500+, ani Emerytury+, ani nawet wyprawki+! Jak to możliwe?

To za rządu Tuska dług Polski rósł najszybciej. Dziennie powiększał się o . . . 184,5 mln zł!

Pan Szymon Komorowski, którego profil na Twitterze obserwuje więcej ludzi, niż profil niewygodnego info, popełnił przedwczoraj tweeta, z którego można się dowiedzieć, iż od momentu przejęcia rządów przez PiS zadłużenie Polski zwiększyło się o ok. 110 mld zł, a kluczową rolę w powiększaniu zadłużenia odegrały programy socjalne rządu (500+, emerytura+, wyprawka+).

Nie zgadzam się z panem Szymonem co do liczb. Nie jest bowiem prawdą, że zadłużenie Skarbu Państwa od momentu przejęcie władzy przez PiS powiększyło się o ok. 110 mld zł. Prawda jest taka, że zadłużenie naszego kraju licząc od 1 stycznia 2016 roku aż do 30 września 2019 roku powiększyło się aż o 144 mld zł. To oznacza, że dziennie dług zwiększał się o kwotę 105,03 mln zł.

Aby mieć jednak pełen obraz sytuacji warto sprawdzić, jak rosło zadłużenie Skarbu Państwa zanim PiS przejął pełnie władzy, a krajem rządziła Platforma Obywatelska. Na 1 stycznia 2008 roku całkowite zadłużenie Skarbu Państwa było równe 501,53 mld zł. W ciągu czterech kolejnych lat (tj. w okresie pierwszego rządu Donalda Tuska) saldo tego długu zwiększyło się do poziomu 771,13 mld zł, czyli nastąpił wzrost o 269,6 mld zł. To oznacza, że średni dzienny przyrost długu wynosił w tamtym czasie 184,5 mln zł.

W czasie drugiego rządu Tuska (na potrzeby tego artykułu przyjmuję, że były to lata 2012 – 2014) oraz rządu Ewy Kopacz (2015 rok) nominalne saldo zadłużenia Skarbu Państwa zwiększyło się o jedynie o 63,39 mld zł. Ale wszystko to zasługa dokonanego w lutym 2014 roku skoku na oszczędności zgromadzone w OFE. Gdyby nie ta operacja to saldo długu naszego kraju we wspomnianym okresie (2012 – 2015) zwiększyłoby się o 135,29 mld zł, a to oznacza, iż dzienny przyrost wynosił 92,6 mln zł.

Z powyższych wyliczeń wynika jasno, że najgorszy dla Polski pod względem tempa przyrostu zadłużenia Skarbu Państwa był pierwszy rząd Donalda Tuska (2008 – 2011). Uśredniony dzienny przyrost długu wynosił wówczas 184,5 mln zł. Był on wyższy od uśrednionego dziennego przyrostu długu za czasów PiS (105,03 mln zł) aż o 43 proc. – i to pomimo, że za PO nie było programów socjalnych, które wprowadził PiS (500+, Emerytura+ czy wyprawka+).

Aby jednak sympatycy PiS nie poczuli się zbyt dobrze, należy podkreślić, że to właśnie wspomniane programy socjalne obecnie są głównym sprawcą deficytu budżetowego, a przez to wpływają na poziom długu, który zamiast spadać – niestety nadal rośnie.

Zabójstwo drogowe - czas najwyższy wprowadzić to przestępstwo do polskiego kodeksu karnego

Data: 25.10.2019 11:05

Autor: ziemianin

polskieradio24.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #kodekskarny #polska #niewygodneinfo

Poczytalny człowiek, który w terenie zabudowanym jedzie samochodem 130 km/h, gdzie co chwila są przejścia dla pieszych bez sygnalizacji, zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może kogoś zabić. Ma świadomość, że jest potencjalnym zabójcą. Krystian O. wiedział o tym doskonale, a mimo to na ulicy Sokratesa w Warszawie jechał swoim BMW z prędkością autostradową. Robił to świadomie i świadomie zabił przypadkowego przechodnia. Kara? Zgodnie z obowiązującym kodeksem karnym grozi mu wyrok, jakby popełnił przestępstwo… nieumyślnie (!!).

Zabójstwo drogowe – czas najwyższy wprowadzić to przestępstwo do polskiego kodeksu karnego

Kilka tygodni temu pisałem na łamach tego bloga, że Polska to eldorado dla drogowej patologii. Kwoty mandatów zachęcają do popełniania wykroczeń, są bowiem absurdalnie niskie (obowiązujące w tym momencie stawki ustalono 22 lata temu). Tekst wywołał dość duże kontrowersje i był wówczas szeroko komentowany na Facebooku.

Niestety za sprawą kolejnego wypadku z udziałem pieszego, którego potrącił jadący w środku miasta prędkością autostradową Krystian O., temat bezpieczeństwa na polskich drogach powraca. Tym razem nie zamierzam udowadniać, że mandaty za wykroczenia drogowe są zbyt niskie (mam wrażenie, że poprzedni tekst był pod tym względem wystarczający). Tym razem chce zauważyć, że kary za drogowe przestępstwa są w naszym kraju nieadekwatne do skali wyrządzonych szkód i często kompletnie rozmijają się z poczuciem sprawiedliwości.

Krystian O. za swój występek będzie prawdopodobnie odpowiadał z art. 177 kodeksu karnego, który przewiduje:

"Kto, naruszając, chociażby nieumyślnie, zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym powoduje nieumyślnie wypadek, którego następstwem jest śmierć innej osoby albo ciężki uszczerbek na jej zdrowiu, ten podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8".

Czym innym jest zabicie kogoś na drodze w wyniku przekroczenia prędkości, kiedy poza terenem zabudowanym jechało się 90 km/h, a znak ograniczenia (którego sprawca nie zauważył) mówił, że na danym odcinku maksymalną prędkością może być jedynie 70 km/h. Czym innym jest jednak zabicie kogoś na drodze w związku z celowym przekroczeniem prędkości, kiedy w terenie zabudowanym jechało się prędkością autostradową. Jeśli sprawca wiedział co robi, jeśli wiedział, że może kogoś zabić, to nie powinien odpowiadać karnie tak, jak osoba, która popełniła przestępstwo nieumyślnie. W takich okolicznościach zagrożenie karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat wydaje się być nieadekwatne.

Chirurgów w Polsce jest dziś o 1/4 mniej niż w 2006 roku. Czy miała miejsce jakaś katastrofa lub ...

Data: 24.10.2019 10:40

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #lekarze #pielegniarki #chirurdzy #medycyna #niewygodneinfo

Konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii ogólnej, prof. Grzegorz Wallner, przyznał niedawno, że chirurgów w Polsce jest o 1/4 mniej niż było w 2006 r. Rośnie za to średnia wieku statystycznego lekarza tej specjalizacji. Obecnie to już 56 lat. W tym kontekście jeszcze gorzej brzmią słowa posłanki PiS Józefy Hrynkiewicz, która dwa lata temu nawoływała młodych lekarzy do tego, aby wyjeżdżali z Polski. Niestety efekty takiej polityki są fatalne w skutkach. Kolejne oddziały szpitalne w całej Polsce zawieszają swoją działalność lub są zamykane.

Chirurgów w Polsce jest dziś o 1/4 mniej niż w 2006 roku. Czy miała miejsce jakaś katastrofa lub wojna?

Pisałem już o tym na łamach tego bloga, ale nie zaszkodzi powtórzyć – zgodnie ze statystykami Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w Polsce na 1 tysiąc mieszkańców przypada zaledwie 2,3 lekarza. To najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej. Dla porównania – w Austrii na 1 tysiąc mieszkańców przypada 5,1 lekarza. W Niemczech – 4,1. W Czechach ten współczynnik kształtuje się na poziomie 3,7, a na Słowacji – 3,5. Średnia dla całej UE to 3,8.

Demografii nie da się oszukać. Polskie społeczeństwo starzeje się coraz bardziej. Coraz więcej ludzi osiąga wiek, w którym cykliczne wizyty u specjalistów czy planowane pobyty w szpitalach stają się normą. Wraz ze społeczeństwem starzeją się również lekarze. Z danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że aż 25 proc. praktykujących w naszym kraju lekarzy osiągnęło już wiek emerytalny. To oznacza, że w każdej chwili mogą odejść na emeryturę, a deficyt lekarzy ulegnie pogłębieniu.

Powodem takiego stanu rzeczy jest nikła zastępowalność pokoleniowa polskiej służby zdrowia. Emigracja zarobkowa lekarzy w średnim wieku zrobiła swoje. Duże pieniądze oraz warunki oferowane przez szpitale w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Szwecji skusiły tysiące wykształconych w Polsce medyków.

W kontekście powyższych informacji ciekawi mnie jak czuje się była już posłanka PiS Józefa Hrynkiewicz. Dwa lata temu nawoływała ona młodych lekarzy do tego, aby wyjeżdżali z Polski. Prawda jest taka, że powinniśmy walczyć o lekarzy, walczyć o to, aby zostali w Polsce, tutaj pracowali i zakładali swoje rodziny. Walczyć o to, aby było ich możliwie jak najwięcej. Zachęcanie młodych medyków do opuszczenia kraju, jest działaniem stojącym w opozycji do polskiej racji stanu.

Źródło: Rzeczpospolita

Zlikwidowali Ministerstwo Skarbu, by po trzech latach ponownie je utworzyć? Gdzie tu logika?

Data: 23.10.2019 15:13

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #polska #ministerstwo #pis #logika #niewygodneinfo

Przypomnijmy – pod koniec 2016 roku posłowie PiS przegłosowali w Sejmie ustawę, która likwidowała Ministerstwo Skarbu. Chodziło o ograniczenie biurokracji, podział kompetencji nadzorczych oraz wymierne oszczędności dla budżetu kraju. W skali roku miały one wynieść 100 mln zł. W dekadę nasze państwo miało zaoszczędzić nawet miliard złotych. Niespełna trzy lata później przedstawiciele rządu PiS postulują, aby przywrócić do życia Ministerstwo Skarbu, które uprzednio sami zlikwidowali. Powód? – Rozproszenie nadzoru nad spółkami…

Zlikwidowali Ministerstwo Skarbu, by po trzech latach ponownie je utworzyć? Gdzie tu logika?

Twórz problemy, po czym proponuj sposoby ich rozwiązania – to jeden ze sposobów władzy na manipulowanie społeczeństwem i odwracanie uwagi od rzeczywistych problemów. Tak przynajmniej twierdzi Noam Chomsky – znany amerykański filozof, naukowiec i działacz polityczny.

Czy likwidacja Ministerstwa Skarbu, a w krótkim czasie ponowne jego powołanie jest przykładem takiego właśnie działania? Przypomnijmy – pod koniec 2016 roku przez Sejm przeszła ustawa, która likwidowała wspomniany resort. Uzasadniając decyzję o likwidacji przedstawiciele PiS argumentowali, że taki ruch spowoduje istotne ograniczenie biurokracji oraz administracji, które z kolei przełożą się na wymierne oszczędności. Według szacunków rocznie miało to być około 100 mln zł, a w ciągu 10 lat nawet ok. 1 mld zł. Ponadto PiS-owi zależało na rozproszeniu nadzoru nad spółkami Skarbu Państwa. Uprawnienie właścicielskie miały przejść na premiera, który następnie mógł je delegować na poszczególnych ministrów branżowych.

W niespełna trzy lata później przedstawiciele rządu PiS mówią o konieczności przywrócenia do życia uprzednio zlikwidowanego ministerstwa. Wypowiadający się na ten temat na antenie Polskiego Radia Jerzy Kwieciński (minister finansów, inwestycji i rozwoju) stwierdził, że: – "Jedną ze słabości był fakt rozproszenia nadzoru nad spółkami (…) taki bardzo rozproszony nadzór powoduje, że czasami trudno osiągnąć dobre efekty. Więc jest to bardzo wielce prawdopodobne, że w nowym rządzie takie ministerstwo zostanie powołane".

Powstaje pytanie? Czy rzeczywistym powodem odtworzenia resortu skarbu ma być potrzeba przywrócenia silnego nadzoru nad spółkami Skarbu Państwa w jednym miejscu? Wszak jeszcze 3 lata temu PiS chciał z tym walczyć likwidując wspomniane ministerstwo? A może chodzi o przejęcie kontroli przez "ścisłe kierownictwo PiS" nad procesem obsadzania intratnych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa? Do tej pory bowiem spółki te były "dzielone" między poszczególne ministerstwa. W efekcie do takich przedsiębiorstw jak PEKAO SA czy PZU zaczęli trafiać np. ludzie powiązani ze Zbigniewem Ziobrą (resort sprawiedliwości). Jeśli potwierdzą się plotki, że nowym ministrem skarbu będzie Jacek Sasin (bliski zaufany Jarosława Kaczyńskiego), a nadzór nad spółkami zostanie na powrót skumulowany w jednym miejscu, to Ziobro będzie mógł zapomnieć o intratnych stołkach dla swoich (a przynajmniej nie będzie miał bezpośredniego wpływu na to, kto obejmie daną posadę). O wszystkim nieformalnie będzie decydował prezes Kaczyński, a formalnie delegowany przez niego Sasin.

Wygląda więc na to, że w przypadku odtworzenia Ministerstwa Skarbu oszczędności budżetowe wynikające z faktu jego wcześniejszej likwidacji (ok. 100 mln zł rocznie) prawdopodobnie przestaną istnieć. Niewykluczone, że to cena politycznych przepychanek wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Być może stołki dla swoich i kontrola nad tym, kto siedzi w danej spółce, są dla polityków kwestiami istotniejszymi niż wymierne oszczędności budżetowe.

Polskie lasy pochłaniają rocznie od 30 do 40 mln ton CO2! Ekolodzy raczej nie chcą o tym pamiętać

Data: 17.10.2019 14:16

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #niewygodneinfo #wiadomosci #polska #ekologia #lasy #co2

Mało kto zdaje sobie sprawę, że zajmujące sporą cześć terytorium naszego kraju lasy pochłaniają rocznie od 30 do 40 mln ton CO2. Wiedza ta wydaje się być szczególnie niewygodna dla lobby, które twierdzi, że Polska musi całkowicie zrezygnować z węgla, bo "truje świat" i "niszczy przyszłość ludzkości". W tym kontekście warto raz jeszcze powtórzyć – całkowite emisje CO2 naszego kraju stanowią mniej niż 1 proc. światowych emisji tego gazu, a gdyby uwzględnić to, co pochłaniają polskie lasy, to nagle okazałoby się, że na tle innych państw wypadamy całkiem przyzwoicie.

Polskie lasy pochłaniają rocznie od 30 do 40 mln ton CO2! Ekolodzy raczej nie chcą o tym pamiętać

Według stanu na dzień 31 grudnia 2013 r. obszary leśne w Polsce zajmowały 9177,2 tys. ha, co stanowiło 29,4 proc. powierzchni kraju. Warto odnotować, że od końca II wojny światowej zasoby leśne naszego kraju cały czas się powiększają (w 1946 roku wynosiły one zaledwie 20,8 proc. powierzchni kraju). Zgodnie z Narodowym Programem Zwiększania Lesistości na koniec przyszłego roku lasy mają stanowić 30 proc. powierzchni kraju, a w 2050 – 33 proc.

Jedną z głównych konsekwencji tak dużego zalesienia Polski jest to, że nasze lasy pochłaniają rocznie – według różnych szacunków – od około 30 do 40 mln ton CO2. Gdy przeliczymy te wolumeny na wartości pieniężne (należy pamiętać, że na terenie UE obowiązuje handel emisjami) i przyjmiemy – opierając się na aktualnych danych – że za możliwość emisji 1 tony CO2 trzeba płacić około 25 euro, to okaże się, że polskie lasy pochłaniają rocznie dwutlenek węgla o równowartości od 750 mln euro do 1 mld euro! To bez wątpienia spora suma.

Warto zauważyć, że roczne emisje CO2 naszego kraju to ok. 319 mln ton (dane za 2017 rok), co stanowi ok. 0,86 proc. światowej emisji tego gazu. Per capita na 1 mieszkańca wychodzi 8,4 tony CO2 na rok. Taki wynik plasuje nas w okolicach 40. miejsca na świecie (patrząc przez pryzmat ilości CO2 przypadającej na 1 mieszkańca). Gdy jednak zbilansujemy całkowite emisje naszego kraju o ilość CO2 pochłanianą przez polskie lasy, to okaże się, że per capita wynik zmniejsza się do ok. 7,2 – 7,3 tony CO2 na rok, a to daje 50-52 lokatę na świecie. Co istotne – taki wolumen CO2 per capita nie wiele różni się od uśrednionego wyniku emisji CO2 na 1 mieszkańca UE, który w 2017 roku wynosił 7,0 ton CO2 na rok.

Ekolodzy wiedzą jednak swoje. Polska, mimo iż jej całkowite emisje nie przekraczają 1 proc. światowych, jest dla nich odpowiedzialna za "niszczenie przyszłości ludzkości". O pochłanianiu sporej ilości CO2 przez polskie lasy starają się raczej nie pamiętać.

Źródło informacji:

Rola lasów i leśnictwa w pochłanianiu gazów cieplarnianych [edu]()http://yadda.icm.edu.pl/yadda/element/bwmeta1.element.baztech-a7229aba-5e9d-4550-916f-6b86c58fa336/c/jablonski_stempski_rola_4_2017.pdf

KOBIZE: lasy nie zapewnią nam neutralności klimatycznej Energetyka24

Wojska USA rzadko kiedy chronią ludzi. Najczęściej chronią interesów amerykańskich firm i korporacji

Data: 15.10.2019 08:29

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#niewygodneinfo #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #wojsko #polska #pis

Jeśli USA będą zarabiać większe pieniądze na biznesach prowadzonych z naszym teoretycznym okupantem, aniżeli na biznesach z polskim rządem czy polskimi firmami, to w decydującym momencie nie kiwną nawet palcem, aby się za nami wstawić. Rządzący z PiS stawiając wszystko na "amerykańską kartę", powinni mieć tego świadomość. W polityce międzynarodowej nie ma miejsca na przyjaźnie, a klepanie się po plecach jest tylko po to, aby telewizje miały co pokazać. Posiadanie u siebie amerykańskich wojsk jest ważne, ale kluczowe jest posiadanie amerykańskich fabryk.

Wojska USA rzadko kiedy chronią ludzi. Najczęściej chronią interesów amerykańskich firm i korporacji

Cała Polska skupiona była wczoraj na wyborach parlamentarnych. Mało kto zwracał uwagę na to, co dzieje się w północnej Syrii, gdzie Turcy oraz pro-tureccy islamiści organizują rzeź Kurdów. Robią to, bowiem Donald Trump podjął decyzję o wycofaniu z tego terenu wojsk USA, które do tej pory były traktowane przez Kurdów jako ich gwarancja bezpieczeństwa.

Co więcej – Turcy nie tylko zabijają Kurdów, ale również uwalniają terrorystów z ISIS więzionych w kurdyjskich więzieniach. W wyniku prowadzonego przez wojska tureckie ostrzału w Ain Issa (wspomniana północna Syria) aż 785 islamistów powiązanych z Państwem Islamskim zdołało się wydostać z kurdyjskiej niewoli. Co to oznacza w praktyce? Ano prawdopodobnie nastąpi wskrzeszenie praktycznie już pokonanego Państwa Islamskiego.

Kazus kurdyjski pokazuje, że w dzisiejszym świecie prawdziwe sojusze zawierane są tylko wtedy, kiedy mają chronić wymierne interesy. Pisałem o tym kilka dni temu, ale pozwolę sobie powtórzyć – Kurdowie byli potrzebni Amerykanom w walce z ISIS. Mieli jednak pecha, bowiem w przyszłym roku w USA odbędą się wybory prezydenckie, a Trump obiecał swoim wyborcom wycofać się z Syrii tak szybko, jak to tylko możliwe.

Sojusz USA i Kurdów okazał się być tylko taktyczny i nie przetrwał zderzenia z twardą rzeczywistością. Nie przetrwał, bo nie miał prawa. Kurdowie za amerykańską ochronę nie oferowali Trumpowi nic w zamian. Poza tym wojska USA rzadko kiedy chronią ludzi. Najczęściej chronią bowiem interesów amerykańskich firm i korporacji.

I tutaj dochodzimy do kluczowego – z punktu widzenia interesów Polski – elementu. Jeśli rządzący z PiS opierają bezpieczeństwo narodowe na sojuszu militarnym z USA, to niech wiedzą, że sama obecność wojsk amerykańskich na terytorium naszego kraju nie wystarczy (o czym przekonują się właśnie Kurdowie). Aby USA rzeczywiście były gwarantem bezpieczeństwa Polski, w naszym kraju muszą funkcjonować dobrze prosperujące, generujące spore dochody amerykańskie biznesy. Samo kupowanie sprzętu wojskowego nie wystarczy. Dopiero silne powiązanie gospodarcze daje bezpieczeństwo, bo mamy pewność, że w razie "W" na ratunek amerykańskim firmom ruszą amerykańskie wojska.

W kurdyjskich więzieniach siedzi 12 tys. członków ISIS. Istnieje ryzyko, że wyjdą na wolność . . .

Data: 13.10.2019 12:13

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #polityka #isis

Dwa dni temu rozpoczęła się inwazja tureckich wojsk na Rożawę – kurdyjską enklawę w północnej części Syrii. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w znajdujących się tam więzieniach siedzi ok. 12 tys. członków ISIS, którzy zostali uwięzieni przez Kurdów. Coraz częściej pojawiają się opinie, iż po rozprawieniu się z Kurdami wojska tureckie nie specjalnie będą zainteresowane pilnowaniem tych więzień, co może doprowadzić do sytuacji, w której spora cześć ISIS-manów wyjdzie na wolność. Czy trafią do Europy? Erdogan już grozi: "Otworzę granice i wyślę wam nowych uchodźców".

W kurdyjskich więzieniach siedzi 12 tys. członków ISIS. Istnieje ryzyko, że wyjdą na wolność, jeśli Turcja pokona Kurdów

Mało kto zwraca uwagę, iż w przypadku siłowego przejęcia kontroli przez Turków nad Rożawą – czyli kurdyjską enklawą na północy Syrii – istnieje poważne ryzyko, iż przebywający w tamtejszych więzieniach członkowie Państwa Islamskiego zostaną wypuszczeni na wolność. Szacuje się, że obecnie w więzieniach kontrolowanych przez Kurdów siedzi około 12 tysięcy byłych ISIS-manów. Cześć komentatorów uważa, że Turcja, po przejęciu kontroli nad Rożawą, "przemaluje" część z nich na własnych żołnierzy-najemników i wykorzysta do przeprowadzenia czystek etnicznych na Kurdach.

Inni komentatorzy zwracają uwagę, że jeśli wojska tureckie uwolnią z kurdyjskich więzień członków Państwa Islamskiego, to niebawem część z nich może przeniknąć do Europy. Prezydent Turcji Recep Erdogan zapowiedział wczoraj, że jeśli Unia Europejska uzna operację wojskową Turcji w północnej Syrii za "okupację", to nie zawaha się otworzyć granic i przerzucić do Europy 3,6 mln syryjskich uchodźców. Czy wśród nich mogliby się znaleźć uwolnieni z kurdyjskich więzień członkowie ISIS? Tego wykluczyć nie można.

Źródło informacji: OSW – Wróg moich wrogów – Turcja wobec Państwa Islamskiego

Międzynarodowe lotnisko w Gdańsku nosi imię L. Wałęsy. Może warto, aby nosiło imię kogoś innego?

Data: 07.10.2019 10:55

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #walesa #gdansk #lotnisko

Lech Wałęsa po śmierci Wojciecha Jaruzelskiego stwierdził, że "odchodzi jeden z wielkich". Ten sam Wałęsa po śmierci Kornela Morawieckiego stwierdził, że "to zdrajca", po czym dostał gromkie brawa od członków i sympatyków Platformy Obywatelskiej zgromadzonych na konwencji tej partii. W kontekście tej i innych kontrowersyjnych, pełnych hejtu i nienawiści wypowiedzi Wałęsy na temat innych Polaków, powstaje pytanie – jak długo jeszcze międzynarodowy port lotniczy w Gdańsku będzie nosił jego imię? Może warto wyjść z postulatem zmiany w tej kwestii?

Międzynarodowe lotnisko w Gdańsku nosi imię L. Wałęsy. Może warto, aby nosiło imię kogoś innego?

Nazwanie przez laureata pokojowej Nagrody Nobla Kornela Morawieckiego "zdrajcą" nie było pierwszym, podobnym kalibrowo wstąpieniem Wałęsy. Przypomnijmy – kilka lat temu, kiedy pod Sejmem odbywały się protesty robotników przeciwko rządom PO-PSL, Wałęsa stwierdził, że protestujących i blokujących teren parlamentu trzeba "pałować", bo nie szanują władzy, a premierowi Tuskowi zarzucał brak zdecydowania: – "Panie premierze, więcej zdecydowania. Dość takiej zabawy! Ja bym wyszedł i spałował za to, że nie potrafi mądrze układać stosunków w wolnej Polsce. Na miejscu premiera albo komendanta bym sam wyszedł, żeby jakiś policjant się nie bał spałować przewodniczącego, to ja bym, jako komendant policji, sam go spałował" – powiedział podczas wywiadu dla Radia Zet Wałęsa.

Te i inne publiczne wypowiedzi Lecha Wałęsy kompromitowały go jako laureata pokojowej Nagrody Nobla, niszczyły jego wizerunek czy podkopywały autorytet. Podejście do sprawy Bolka również mu nie pomaga. To wszystko sprawia, że warto się zastanowić czy Międzynarodowy Port Lotniczy w Gdańsku-Rębiechowie, który od 2004 roku nosi imię Wałęsy, powinien dalej nosić jego imię?

Właścicielami wspomnianego lotniska są głównie miejscowe władze samorządowe: województwo pomorskie (31,45 proc. udziałów), Gdańsk (29,45 proc.), Gdynia (1,14 proc.), Sopot (0,35 proc.) oraz Przedsiębiorstwo Państwowe "Porty Lotnicze" (37,61 proc.). W praktyce oznacza to, że władzę w województwie pomorskim lub w Gdańsku musiałaby przejąć siła polityczna nie związana z Platformą Obywatelską (która Wałęsę popiera niemal bezkrytycznie). Choć wydaje się to być mało prawdopodobne, to jednak uważam, iż w tym przypadku presja ma sens. Oczywistym jest, że PO będzie broniła swojego idola, ale niewykluczone, że za 4 lata sytuacja polityczna zmieni się na tyle, iż podmiana imienia będzie realna. Potrzebna, rzecz jasna, będzie oddolna siła, która zainicjuje odpowiednie procesy. Nie mam jednak wątpliwości, że pojawi się ona o czasie, jeśli tylko będzie się o tym mówiło i przypominało regularnie.

Lech Wałęsa, w ciągu 30 lat istnienia III RP, całkowicie roztrwonił swój autorytet. Międzynarodowy Port Lotniczy w Gdańsku mógłby nosić imię Solidarności, Kornela Morawieckiego lub Anny Walentynowicz.

WTF? Dlaczego Stuhr ma dostać zadośćuczynienie za smog od nas wszystkich, a nie od władz . . .

Data: 02.10.2019 08:45

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#wtf #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #krakow #warszawa #smog #niewygodneinfo

Wczorajszy wyrok warszawskiego sądu wydany z powództwa aktora Jerzego Stuhra, dziennikarza Mariusza Szczygła i tłumacza Tomasza Sadlika wydaje się być co najmniej kontrowersyjny. Oto bowiem Skarb Państwa (czyli my wszyscy) będzie musiał wypłacić 35 tys. zł zadośćuczynienia m.in. za to, że jeden z wyżej wymienionych z powodu smogu był zmuszony przez cały rok ćwiczyć w klimatyzowanych pomieszczeniach klubu fitness w hotelu Marriott. Sąd uznał, że winne jest całe państwo, a nie np. samorządy Warszawy czy Krakowa, gdzie problem smogu występuje.

WTF? Dlaczego Stuhr ma dostać zadośćuczynienie za smog od nas wszystkich, a nie od władz Warszawy czy Krakowa?

Sędzia, która wydała wyrok, argumentowała go w sposób następujący: "Powodowie z pewnością zostali częściowo pozbawieni możliwości korzystania z walorów nieskażonego środowiska naturalnego, narażone więc zostało ich dobro osobiste w postaci poszanowania miejsca zamieszkania rozumiane w ten sposób, iż powinni mieć oni możliwość korzystania z własnych domów i okolicznej infrastruktury bez narażania się na szkodliwe emisje".

Powstaje pytanie – przez kogo panowie Stuhr, Szczygieł i Sadlik zostali pozbawieni możliwości korzystania z walorów nieskażonego środowiska naturalnego w Warszawie czy w Krakowie? Czy za fakt, że we wspomnianych miastach dochodzi do częstego przekroczenia poziomu pyłów zawieszonych, powinno odpowiadać państwo, jako całość? Czy może o wiele więcej do powiedzenia ma w tym przypadku lokalny samorząd danego terytorium? Wszak to on decyduje o tym, czy dana część miasta będzie wyłączona z ruchu samochodów oraz jakim paliwem można palić w piecu. W tym kontekście ewentualne zadośćuczynienia za smog powinny wypłacać władze Warszawy czy Krakowa, a nie Skarb Państwa.

Ciekawi mnie jeszcze jedna kwestia – czy pozew przeciwko państwu polskiemu zostałby złożony, gdyby krajem rządziła dziś np. Platforma Obywatelska? Tak czy inaczej, dobrze, że pełnomocnik Ministra Środowiska zapowiedział apelację w tej sprawie. Ten kontrowersyjny wyrok musi być uchylony w II instancji. Inaczej dojdzie do niebezpiecznej sytuacji, kiedy odpowiedzialność za błędy lokalnych samorządów będzie można w majestacie prawa przerzucać na barki nas wszystkich.

Źródło informacji:

Stuhr, Szczygieł i Sadlik wygrali ze Skarbem Państwa. Chodzi o smog rmf24.pl

Przez upór Francji europarlament generuje tysiące dodatkowych ton CO2. Co na to Macron?

Data: 25.09.2019 10:43

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #francja #uniaeuropejska #co2 #niewygodneinfo

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Parlament Europejski urzęduje w trzech różnych lokalizacjach: Sekretariat znajduje się w Luksemburgu, spotkania komisji parlamentarnych oraz minisesje odbywają się w Brukseli, natomiast we francuskim Strasburgu raz w miesiącu organizowana jest sesja plenarna. Ta trzecia lokalizacja to wynik uporu francuskich władz. Efekt jest taki, że na europarlament (jako instytucję) trzeba wydawać dodatkowo 200 mln euro rocznie, a związany z ciągłymi przeprowadzkami transport generują tysiące ton CO2. Dlaczego przewrażliwiony Emmanuel Macron nie reaguje?

Przez upór Francji europarlament generuje tysiące dodatkowych ton CO2. Co na to Macron?

Emmanuel Macron jest ostatnio bardzo wrażliwy na punkcie emisji CO2. Kilka dni temu wypomniał Polsce, że jest blokerem europejskich zmian w zakresie polityki klimatycznej oraz zaapelował do młodych aktywistów, aby pomogli mu przekonać władze w Warszawie do zmiany nastawienia w zakresie "polityki klimatycznej" poprzez organizowanie ulicznych demonstracji w naszym kraju.

Wrażliwego na nadmierne emisje Macrona powinno zatem zainteresować to, co dzieje się na jego własnym podwórku. Otóż w wyniku politycznego uporu Francji europarlament ma aż trzy siedziby. Sekretariat znajduje się w Luksemburgu, spotkania komisji parlamentarnych oraz minisesje odbywają się w Brukseli, natomiast we francuskim Strasburgu raz w miesiącu organizowana jest sesja plenarna. Francja oczywiście naciskała na to, aby jedną z siedzib był Strasburg.

I może nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie koszty oraz… tysiące ton CO2. Zgodnie z oficjalnymi informacjami roczny budżet Parlamentu Europejskiego wynosi 1,756 mld euro (dane za 2014 rok). W przeliczeniu na złotówki to ok. 7,6 mld zł. Szacuje się, że gdyby siedziba europarlamentu była ulokowana w jednym mieście (np. w Brukseli), to rocznie można by zaoszczędzić nawet do ok. 200 mln euro, czyli ok. 860 – 880 mln zł.

Z "rozproszeniem" siedzib wiąże się jeszcze jeden problem, który w kontekście ostatnich wypowiedzi prezydenta Francji nabiera nader aktualnego i palącego wymiaru. Otóż fakt, że eurodeputowani (wraz z całą obsługą, dokumentacją, zapleczem technicznym itp.) raz na miesiąc muszą się przenosić z Brukseli do oddalonego o 450 km Strasburga na jedną sesję plenarną, powoduje iż do atmosfery emitowanych jest dodatkowo ok. 20 tys. ton CO2. Emisje są generowane przez środki transportu używane przez Parlament Europejski w trakcie przeprowadzek (samoloty, samochody, pociągi) oraz zwiększone zapotrzebowanie na energię elektryczną.

Skoro Macronowi tak bardzo zależy na ograniczaniu CO2, to dlaczego nie podejmuje kroków, aby ograniczyć zbędne emisje na własnym podwórku? Dlaczego Parlament Europejski musi mieć aż trzy lokalizacje? Przecież o wiele lepszym, tańszym, mniej emisjogennym rozwiązaniem byłoby ulokowanie całej unijnej administracji w jednym mieście, a nie w trzech, jak ma to miejsce obecnie.

Polska to eldorado dla drogowej patologii. Kwoty mandatów zachęcają do popełniania wykroczeń

Data: 19.09.2019 18:09

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #mandat #policja #niewygodneinfo #polska #uniaeuropejska

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że maksymalną wysokość obowiązującego obecnie mandatu za wykroczenie drogowe (tj. 500 zł) uchwalono… 22 lata temu! Łukasz Zboralski, ekspert ds. bezpieczeństwa drogowego, zauważył, że wspomniane 500 zł w tamtym okresie odpowiadało ok. 45 proc. średniej pensji. Gdyby zastosować takie samo kryterium dziś (45 proc. średniej), to mandat za wykroczenie drogowe w maksymalnej wysokości powinien być równy kwocie ok. 2300 zł. A nie jest, co zachęca drogową patologię do popełniania wykroczeń i powodowania śmiertelnych wypadków.

Polska to eldorado dla drogowej patologii. Kwoty mandatów zachęcają do popełniania wykroczeń

Okazuje się, że Polska jest jednym z najbardziej niebezpiecznych państw Europy pod względem liczby śmiertelnych wypadków na drogach. W ciągu roku na każdy 1 milion mieszkańców ginie u nas aż 76 osób. Dla porównania – średnia dla wszystkich państw UE wynosi 49 zgonów na każde 1 mln mieszkańców. Są jednak kraje, gdzie na drogach ginie ponad dwukrotnie mniej ludzi niż w Polsce (Szwecja: 32, Holandia i Irlandia: 31, Dania: 30, Wlk. Brytania: 28). Absolutnym liderem w tej klasyfikacji pozostaje jednak Norwegia. W 2018 roku na 1 mln mieszkańców tego kraju w wypadkach drogowych ginęło zaledwie 20 osób.

Jednym z powodów wysokiego współczynnika śmiertelności na polskich drogach, obok jakości używanych pojazdów oraz stanu drogowej infrastruktury, jest przyzwolenie na tzw. drogową patologię. Wielu kierowców uważa, że jak np. w terenie zabudowanym pojedzie "szybko ale bezpiecznie", to nie spowoduje żadnego wypadku. Efekt jest taki, że śmiertelnych zderzeń oraz potrąceń w przeliczeniu na 1 milion mieszkańców jest u nas 2,5 razy więcej niż w Wlk. Brytanii oraz ponad 3,5 razy więcej niż w Norwegii.

Apropo Norwegii – jedną z przyczyn, dla której mieszkańcy tego kraju jeżdżą tak bezpiecznie, jest wyeliminowanie patologicznych zachowań drogowych poprzez groźbę nałożenia wysokiej sankcji finansowej. Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez serwis MojaNorwegia.pl – jeśli maksymalna dozwolona prędkość na drodze wynosi 60 km/h (lub mniej), to w przypadku jej przekroczenia do 5 km/h, mandat karny jest równy kwocie 800 koron (ok. 347 zł). Gdy wspomniany limit przekroczy się od 6 do 10 km/h – mandat rośnie do kwoty 2.100 koron (ok. 910 zł). Jeśli kierowca przekroczy dopuszczalną prędkość od 11 do 15 km/h – mandat wyniesie 3.800 koron (ok. 1.644 zł). Przekroczenie od 16 do 20 km/h skutkuje mandatem w wysokości 5.500 koron (ok. 2 380 złotych), a od 21 do 25 km/h – mandatem 8.500 koron (ok. 3.677 złotych). Przekroczenie prędkości o 26 km/h (lub więcej) to – oprócz mandatu – także groźba utraty prawa jazdy na okres od 3 tygodni do 5 miesięcy.

Dla porównania – w Polsce za przekroczenie prędkości o 26 km/h grozi mandat w wysokości od 100 do 200 zł, a zamiast odebrania prawa jazdy kierowca otrzymuje zaledwie 4 punkty karne…

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – w naszym kraju jeździłoby się bezpieczniej, a liczba ludzi zabitych na drogach byłaby mniejsza, gdyby drogowa patologia została poskromiona groźbą wysokich sankcji finansowo-administracyjnych. Mandat między 2.000 a 2.500 zł połączony z czasową utratą prawa jazdy za przekroczenie dozwolonej prędkości o 26 km/h, to coś, co przyczyniłoby się do poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach.

Rezerwy walutowe rządu w dwa miesiące stopniały aż o 68 proc.! Zniknęła równowartość 21 mld zł

Data: 18.09.2019 10:09

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #pieniadze #rezerwawalutowa #niewygodneinfo #afera

Jeszcze na koniec czerwca Ministerstwo Finansów dysponowało środkami walutowymi (służącymi głównie do obsługi długu zagranicznego Polski) w wysokości ponad 7,4 mld euro (ok. 31,5 mld zł). W zaledwie dwa miesiące później saldo tych środków nagle spadło o 68 proc. do poziomu 2,38 mld zł (ok. 10,4 mld zł). Zgodnie z oficjalnymi informacjami rządu na spłatę długu zagranicznego wydano w tym czasie 3,17 mld euro. Co się jednak stało z pozostałymi niemal 2 miliardami euro, które w okresie lipiec-sierpień zniknęły z rachunków budżetowych rządu?

Rezerwy walutowe rządu w dwa miesiące stopniały aż o 68 proc.! Zniknęła równowartość 21 mld zł

Środki walutowe, które są gromadzone na rachunkach budżetowych Ministerstwa Finansów, służą przede wszystkim do spłaty bieżącego zadłużenia zagranicznego kraju. Z uwagi na fakt, iż całkowite zadłużenie tego rodzaju stanowi obecnie równowartość ok. 273 mld zł (dane z końca czerwca), rząd – w zależności od kwoty długu osiągającej w danym okresie wymagalność – musi stale posiadać równowartość od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów złotych w euro.

W ramach bieżącego raportowania informacji o stanie finansów publicznych Ministerstwo Finansów publikuje w cyklach miesięcznych dane na temat stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa. Poniżej prezentuję zestawienie na temat salda środków walutowych w euro za okres ostatnich 13 miesięcy (dane pochodzą z ostatniego dnia danego miesiąca):

31.08.2018: 4,506 mld EUR (19,358 mld PLN)

30.09.2018: 3,668 mld EUR (15,670 mld PLN)

31.10.2018: 3,715 mld EUR (16,093 mld PLN)

30.11.2018: 3,197 mld EUR (13,716 mld PLN)

31.12.2018: 5,103 mld EUR (21,930 mld PLN)

31.01.2019: 5,620 mld EUR (24,057 mld PLN)

28.02.2019: 5,139 mld EUR (22,163 mld PLN)

31.03.2019: 7,136 mld EUR (30,697 mld PLN)

30.04.2019: 7,654 mld EUR (32,844 mld PLN)

31.05.2019: 6,501 mld EUR (27,903 mld PLN)

30.06.2019: 7,413 mld EUR (31,521 mld PLN)

31.07.2019: 5,721 mld EUR (24,549 mld PLN)

31.08.2019: 2,377 mld EUR (10,423 mld PLN)

Odpowiedź na powyżej zadane pytanie częściowo wypływa z informacji publikowanych przez samo Ministerstwo Finansów. Okazuje się, że w ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w lipcu 2019 r. dokonano płatności w wysokości 2,190 mld euro. Z kolei w sierpniu tego rodzaju transakcje pochłonęły 0,96 mld euro. Razem daje to nam ok. 3,17 mld euro. Co się jednak stało z pozostałymi środkami, które w okresie od początku lipca do końca sierpnia zniknęły z rachunków budżetowych rządu? Wszak na 30.06.2019 r. było na nich łącznie 7,413 mld euro, a dwa miesiące później już tylko 2,377 mld euro. Gdzie podziało się blisko 2 miliardy euro?

Przedsiębiorcy zapłacą o 6 mld zł więcej, a rząd zyska ekstra 1,5 mld zł. Wszystko dzięki . . .

Data: 17.09.2019 16:49

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #polska #niewygodneinfo

Dynamiczny wzrost płacy minimalnej w Polsce to jeden z tematów, który ostatnio elektryzował zarówno zwolenników jak i przeciwników dobrej zmiany. Na marginesie tych sporów warto uczciwie zauważyć, że wyższa o 350 zł pensja minimalna (w 2020 roku ma wzrosnąć z 2250 zł do 2600 zł), to jednocześnie wyższe koszty dla przedsiębiorców oraz… większe wpływy do ZUS-u i budżetu państwa. Rząd ocenia, że nowe wynagrodzenie minimalne przełoży się na wzrost kosztów prowadzenia działalności przez przedsiębiorców o 6,16 mld zł oraz poprawi saldo sektora finansów publicznych o 1,47 mld zł.

Przedsiębiorcy zapłacą o 6 mld zł więcej, a rząd zyska ekstra 1,5 mld zł. Wszystko dzięki nowej płacy minimalnej

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości – przyszłoroczny wzrost pensji minimalnej o 350 zł (do poziomu 2600 zł brutto) będzie największy w historii. Okazuje się, że nigdy wcześniej wynagrodzenie minimalne nie rosło w takim tempie. Około 1,8 miliona pracowników, którzy zgodnie z danymi GUS otrzymują w naszym kraju pensje o tej wysokości, z pewnością się ucieszy.

W gorszych nastrojach mogą być za to przedsiębiorcy, którzy ich zatrudniają. Dla części z nich wzrost wynagrodzenia minimalnego o 15 proc. może oznaczać dość istotny wzrost kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Zgodnie z przygotowaną przez rząd Mateusza Morawieckiego oceną skutków wprowadzenia w życie nowego rozporządzenia w/s wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej – roczny koszt podwyżki płacy minimalnej dla dużych firm wyniesie 1,3 mld zł, a dla małych i średnich przedsiębiorstw – 4,86 mld zł. Razem daje to 6,16 mld zł wyższych kosztów prowadzenia działalności w skali roku.

Co istotne – z wyższe pensje minimalne to nie tylko wyższe wypłaty dla pracowników je otrzymujących. To także większe wpływy dla sektora finansów publicznych. Zgodnie ze wspominaną oceną skutków regulacji – z tytułu większych podatków oraz składek naliczanych od nowego wynagrodzenia minimalnego budżet państwa, jednostki samorządu terytorialnego, NFZ, FUS (ZUS), czy Fundusz Pracy otrzymają w ciągu roku o 3,34 mld zł więcej. Nawet gdy odliczymy wydatki związane z większymi wypłatami dla osób pracujących za pensję minimalną w budżetówce, to i tak saldo sektora finansów publicznych będzie nadal dodatnie – w skali roku wpływy z tytułu wyższej pensji minimalnej powinny być większe od wydatków aż o 1,47 mld zł.

Innymi słowy – oprócz pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenia, zadowolony z tytułu podwyżki tego świadczenia będzie również rząd Mateusza Morawieckiego. Wspomniane 1,47 mld zł na ulicy nie leży, a w kontekście obietnicy zrównoważonego budżetu, każdy dodatkowy miliard ma znaczenie.

Przy okazji sporu o pensję minimalną bardzo ciekawą uwagą podzielił się na swoim Twitterze Rafał Mundry:

"Nie martwię się, że płaca minimalna ma wynosić 4000 zł (2024). Martwię się o to, ile będzie wtedy wynosić emerytura minimalna. W 2003 emerytura minimalna stanowiła 69% płacy minimalnej. Obecnie jest to 1100 zł czyli 48,9% płacy minimalnej. Mama ma 670 zł emerytury na rękę. Ile będzie mieć w 2024?".

No właśnie – powiększająca się różnica między pensją minimalną, a emeryturą minimalną powinna nas niepokoić. Szczególnie, że z biegiem lat emerytów otrzymujących minimalne świadczenie będzie przybywać. W jaki sposób oni będą mieli sobie poradzić? Obietnica wypłaty dodatkowej, 13-stej, 14-stej emerytury jest tylko obietnicą. W tym roku była, w przyszłym może jej już zabraknąć. A emerytura na poziomie 1100 zł, przy drożejącym jedzeniu i usługach medycznych, to skazywanie człowieka na upadlającą egzystencję prowadzącą do śmierci.

Sprywatyzowana TP S.A. zapłaciła nowym właścicielom 1,56 mld zł za możliwość korzystania z ich marki

Data: 16.09.2019 13:49

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #tpsa #orange #polska #afera

Pod koniec lat 90-tych politycy wpadli na pomysł, aby państwo utraciło kontrolę nad spółką TP S.A., która była monopolistą na rynku telekomunikacyjnym w Polsce, posiadała setki cennych nieruchomości oraz zarządzała krytyczną infrastrukturą obronną kraju. W 2000 roku duży pakiet akcji nabyli współnależący do francuskiego rządu France Telecom oraz Kulczyk Holding. Sprzedana w ten sposób TP S.A. (obecnie Orange Polska) w ciągu 10 kolejnych lat przyniosła ok. 15 mld zł zysku. Nowi właściciele zarabiali nie tylko na dywidendach lecz również dodatkowych umowach licencyjnych.

Sprywatyzowana TP S.A. zapłaciła nowym właścicielom 1,56 mld zł za możliwość korzystania z ich marki

O kulisach prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej S.A. (dalej TP S.A.) pisałem już kiedyś na łamach tego bloga link. W największym skrócie: w lipcu 2000 r. ówczesny rząd AWS zdecydował o sprzedaży 35 procentowego pakietu akcji TP SA. Jako nabywcę wybrano France Telecom – współkontrolowanego przez francuski rząd giganta telekomunikacyjnego. Pojawiły się jednak głosy, aby nie oddawać w ten sposób Francuzom kontroli nad tak ważną spółką Skarbu Państwa. Wówczas do gry wkroczył Jan Kulczyk, który w toku negocjacji z rządem ustalił, że w ramach sprzedawanego pakietu akcji przejmie blisko 13,6 proc., tak aby sami tylko Francuzi nie mieli pakietu kontrolnego nad TP S.A.

Finalnie za wspomniane 35 proc. akcji polskiego giganta telekomunikacyjnego France Telecom i Kulczyk (a dokładnie: Kulczyk Holding) zapłacili łącznie 4,3 mld dolarów. Zgodnie z umową Kulczykowi faktycznie przypadło blisko 13,6 proc. Problem polegał na tym, że jego holding nie miał odpowiedniej ilości gotówki na zakup TP S.A. i musiał zaciągnąć kredyty w zagranicznych bankach. Te zaś zażądały, aby gwarancji na spłatę kredytu udzieliła Kulczykowi… France Telecom. W umowie z bankami, które udzieliły Kulczykowi kredytu na zakup TP S.A. stwierdzono, że jeśli międzynarodowe agencje ratingowe obniżą France Telecom oceny wiarygodności kredytowej, to banki będą mogły zażądać, aby Kulczyk Holding sprzedał przymusowo France Telecom posiadane 13,6 proc. akcji TP S.A. Oczywiście Skarb Państwa nic o takiej konfiguracji umownej nie wiedział. Przedstawiciele rządu AWS uwierzyli za to deklaracjom Kulczyka, że zamierza być długookresowym współwłaścicielem TP S.A.

Sytuacja przewidziana w umowie kredytowej zmaterializowała się bardzo szybko. W czerwcu 2002 r. agencje ratingowe Standard & Poor's oraz Moody's obniżyły rating wiarygodności kredytowej France Telecom i zażądały od Kulczyka, aby ten sprzedał Francuzom posiadane przez siebie akcje TP S.A. (co spowoduje, że France Telecom przejmie pełną kontrolę nad TP S.A.). Ostatecznie Kulczyk sprzedał France Telecom posiadane przez siebie akcje TP S.A. w 2005 roku. Zgodnie z umową Francuzi otrzymali nie tylko 13,6 proc. akcji, ale również wzięli na siebie spłatę zaciągniętego przez polskiego biznesmena kredytu. W zamian Kulczyk zainkasował od France Telecom 40 mln euro na czysto.

Z całej operacji wszyscy wydawali się być zadowoleni. Kulczyk zarobił, Francuzi przejęli pełną kontrolę nad TP S.A., a wszystko zbiegło się z okresem, kiedy największa w Polsce spółka telekomunikacyjna przynosiła gigantyczne zyski. Poniżej zestawienie na podstawie raportów rocznych TP S.A. na temat zysków netto (na czysto) za lata 2001 – 2010:

2001 – 0,183 mld zł

2002 – 0,840 mld zł

2003 – 0,911 mld zł

2004 – 2,577 mld zł

2005 – 2,620 mld zł

2006 – 2,096 mld zł

2007 – 2,275 mld zł

2008 – 2,190 mld zł

2009 – 1,282 mld zł

2010 – 0,108 mld zł

total: 15,082 mld zł

2007 – 131 mln zł

2008 – 134 mln zł

2009 – 117 mln zł

2010 – 120 mln zł

2011 – 125 mln zł

2012 – 140 mln zł

2013 – 164 mln zł

2014 – 134 mln zł

2015 – 134 mln zł

2016 – 127 mln zł

2017 – 121 mln zł

2018 – 113 mln zł

total: 1,560 mld zł

W kontekście powyższych informacji warto się zastanowić, czy pakiet kontrolny akcji TP S.A. nie mógł pozostać w rękach Skarbu Państwa? Czy faktycznie politycy AWS musieli podjąć decyzję o sprzedaży tego monopolisty na rynku usług telekomunikacyjnych w Polsce w ręce konsorcjum składającego się z France Telecom oraz Kulczyk Holding? Czy historia TP S.A. nie mogła potoczyć się tak, jak historia innych strategicznych spółek (PKO BP, Orlen, KGHM czy Lotos), które zostały tylko częściowo sprywatyzowane przez giełdę, jednak pakiety kontrolne pozostały w rękach Skarbu Państwa?

Niemieckie porty importują kilkukrotnie więcej węgla niż Polskie. Czy Greenpeace robi tam blokady?

Data: 11.09.2019 10:23

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niemcy #wegiel #niewygodneinfo

Mało kto zdaje sobie sprawę, że Niemcy to największy importer węgla w całej Europie. Zgodnie z oficjalnymi informacjami w samym tylko 2017 roku nasi zachodni sąsiedzi importowali do siebie aż 51,2 mln ton węgla, z czego minimum 15 mln ton przypłynęło do Niemiec na statkach zza oceanu (głównie z USA i Kolumbii). To oznacza, że w niemieckie porty rozładowują w ciągu roku kilkukrotnie więcej węgla, aniżeli w polskie. Czy w związku z tym Greenpeace robi tam takie same blokady portów, jak ostatnio w Gdańsku?

Niemieckie porty importują kilkukrotnie więcej węgla niż Polskie. Czy Greenpeace robi tam blokady?

Przypomnijmy, że aktywiści Greenpeace, którzy w poniedziałek częściowo zablokowali terminal węglowy w gdańskim porcie tłumaczyli swoje zachowanie koniecznością zwrócenia uwagi na pilną potrzebę działań na rzecz ochrony klimatu i odejścia od węgla do 2030 r. – "Zostało nam 11 lat, by zapobiec katastrofie klimatycznej. Jeśli nic nie zrobimy, to w ciągu zaledwie kilku dekad świat, który dziś znamy, przestanie istnieć. Polska musi do 2030 r. odejść od spalania węgla." – argumentował Paweł Szypulski, dyrektor programowy Greenpeace Polska.

W nocy z poniedziałku na wtorek polscy specjalsi z Morskiego Oddziału Straży Granicznej przejęli statek należący do Greenpeace i odblokowali terminal węglowy. Zatrzymane zostały dwie osoby – kapitan statku narodowości hiszpańskiej oraz austriacka aktywistka Greenpeace.

Odnosząc się do zarzutów Greenpeace należy zauważyć, że Polska faktycznie importuje węgiel z zagranicy. W 2018 roku wwieziono do naszego kraju 19,7 mln ton węgla, z czego zdecydowana większość (bo aż 13,4 mln ton), pochodziła z Rosji (zwieziono ją głównie pociągami i ciężarówkami; na samym tylko polsko-rosyjskim przejściu kolejowym w Braniewie odprawiono prawie 37 tys. wagonów węgla). W polskich portach dochodzi do rozładunku węgla z zagranicy, jednak nie może się on równać ze skalą importu węgla, jaka ma miejsce w niemieckich portach.

Warto w tym miejscu odnotować, że Niemcy to nie tylko największy importer oraz również największy konsument węgla w całej Europie. Zgodnie z oficjalnymi informacjami w samym tylko 2017 roku nasi zachodni sąsiedzi importowali do siebie aż 51,2 mln ton węgla. Z tego wolumenu co najmniej 30 proc. (tj. ok. 15 mln ton) przypłynęło do Niemiec na statkach z USA i Kolumbii. Jakby tego było mało – we wspomnianym 2017 roku kopalnie zlokalizowane na terytorium naszego zachodniego sąsiada wydobyły aż 171,2 mln ton węgla brunatnego (którego spalanie emituje więcej CO2 niż spalanie importowanego węgla kamiennego). Dla porównania: Polska w 2017 roku wydobyła tylko 61,1 mln ton.

W kontekście poniedziałkowej akcji Greenpeace oraz powyższych statystyk na temat importu węgla przez naszego zachodniego sąsiada ciekawi mnie jedna rzecz – czy ekologiczni aktywiści blokują niemieckie terminale węglowe tak samo, jak zablokowali polski terminal w Gdańsku? Wszak jeśli Polska – aby zapobiec katastrofie – musi zrezygnować ze spalania węgla do 2030 roku, to Niemcy (zużywające znacznie większe ilości węgla niż my) powinni to zrobić tym bardziej.

Bukareszt vs Warszawa: Dwa podobne stadiony, a różnica w cenie sięgnęła miliarda złotych

Data: 09.09.2019 11:26

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #warszawa #bukareszt #stadion #afera #niewygodneinfo

Nie wszyscy wiedzą, że w Bukareszcie stoi stadion bardzo podobny do Stadionu Narodowego w Warszawie. Rumuńska "Arena Narodowa" przez wielu uznawana jest za kopię obiektu, jaki powstał w stolicy Polski. Na obu stadionach może zasiąść ok. 56 tysięcy widzów, oba mają rozsuwany dach, w obu zastosowano podobne rozwiązania architektoniczne w zakresie trybun. Oba obiekty budowano w podobnym okresie. Nawet krzesełka zostały wyprodukowane i dostarczone przez tę samą firmę. Czy są zatem jakieś wyraźne różnice? Owszem, są. Stadion w Warszawie kosztował miliard zł więcej.

Bukareszt vs Warszawa: Dwa podobne stadiony, a różnica w cenie sięgnęła miliarda złotych

Arena Narodowa w Bukareszcie ma 55,634 miejsc siedzących. Stadion Narodowy w Warszawie liczy sobie 56,826 miejsc siedzących (wg wymogów UEFA). Obiekt w Bukareszcie został wybudowany w latach 2008–2011 w miejscu starego stadionu Lia Manoliu. Budowa obiektu w Warszawie również trwała w latach 2008-2011 i poprzedzona została rozbiórką nieużytkowanego w celach sportowych Stadionu Dziesięciolecia.

Zarówno Arena Narodowa, jak i Stadion Narodowy posiadają rozsuwany dach, podobne rozwiązania architektoniczne w zakresie trybun, sal konferencyjnych, restauracji oraz podziemnych garaży. Nawet zamontowane na trybunach krzesełka zostały wyprodukowane i dostarczone przez tę samą firmę.

Czy między stadionem w Bukareszcie i Warszawie są zatem jakieś wyraźne, dostrzegalne na pierwszy rzut oka różnice? Okazuje się, że są i to w bardzo drażliwym aspekcie. Zgodnie z informacjami, do których dotarłem, na budowę Areny Narodowej w Bukareszcie wydano 234,5 milionów euro, co w przeliczeniu na złotówki (1 euro = 4,30 zł) da nam kwotę około 1 miliarda złotych. Z kolei budowa Stadionu Narodowego w Warszawie pochłonęła 1,97 miliarda złotych (informacja podana przez "Gazetę Wyborczą" na bazie rzetelnych źródeł).

Dlaczego koszt wybudowania obiektu w Warszawie tak bardzo przewyższył koszty budowy bardzo podobnego stadionu w Bukareszcie? W tej kwestii powstał nawet specjalny raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK). Kontrolerzy NIK negatywnie ocenili działania spółki Narodowe Centrum Sportu (tj. podmiotu odpowiedzialnego za budowę). Co prawda stwierdzili, że Stadion Narodowy powstał w terminie umożliwiającym organizację turnieju EURO 2012, ale w kwestii samej budowy i wykorzystania tego obiektu ocena była negatywna.

Przede wszystkim przed podjęciem budowy Stadionu Narodowego nie dokonano analiz ekonomiczno-finansowych pod kątem kosztów budowy i utrzymania oraz możliwości wykorzystania, w celu wyboru najbardziej oszczędnego, wydajnego i skutecznego sposobu realizacji zadania. NIK ustaliła, że o co najmniej 268,8 mln zł przekroczone zostały uprzednio określone limity kosztów budowy Stadionu Narodowego. Nie bez znaczenia było również zlecanie wykonania robót dodatkowych na podstawie sześciu umów o łącznej wartości 129,4 mln zł, które zawarto z naruszeniem prawa o zamówieniach publicznych.

Przy okazji należy odnotować, iż nie jest prawdą jakoby Stadion Narodowy w Warszawie był najdroższym tego typu obiektem na świecie. Okazuje się, że nie było go nawet w pierwszej dziesiątce najdroższych obiektów sportowych wybudowanych do końca 2012 roku (w zestawieniu tym znalazły się obiekty, które kosztowały – w przeliczeniu na złotówki – od ok. 2,5 do 5,4 mld zł).

Ile kosztowała oczyszczalnia Czajka w Warszawie? Więcej niż strategiczny gazoport w Świnoujściu!

Data: 30.08.2019 23:58

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #afera #niewygodneinfo

Oczyszczalnia Czajka w Warszawie uchodzi za jedną z najdroższych oczyszczalni świata. Trwająca w latach 2008 – 2012 inwestycja, która polegała na przebudowie i modernizacji istniejącej już oczyszczalni na Białołęce, pochłonęła blisko 3,7 mld zł. Z przetargiem na jej budowę wiążą się kontrowersje, bowiem odrzucona została oferta o kilkadziesiąt procent tańsza, od tej która wygrała. W efekcie budowa "Czajki" w Warszawie pochłonęła więcej środków, niż budowa strategicznego dla Polski gazoportu w Świnoujściu!

Ile kosztowała oczyszczalnia Czajka w Warszawie? Więcej niż strategiczny gazoport w Świnoujściu!

Fakty są takie, że oczyszczalnia "Czajka" wraz z infrastrukturą towarzyszącą była (obok II linii metra) największą inwestycją infrastrukturalną w Warszawie. Jej realizacja składała się z kilku elementów: rozbudowy już istniejącej oczyszczalni ścieków na Białołęce, budowy spalarni osadów oraz systemu przesyłu ścieków. Koszt wyniósł prawie 3,7 mld zł.

Koszty mogły być niższe, jednak w toku trwania postępowania przetargowego zdyskwalifikowana została oferta konsorcjum firm, które chciały zrealizować inwestycję za cenę niemal dwukrotnie mniejszą od tej, którą zaoferował zwycięzca przetargu. Powodem odrzucenia tańszej oferty miały być błędy w dostarczonej dokumentacji. Konsorcjum zadeklarowało, iż jest skłonne poprawić wszystko to, do czego Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie miało zastrzeżenia, nie zmieniając przy tym ceny. Deklaracja ta pozostała jednak bez odpowiedzi ze strony władz miasta, które zgodnie z prawem musiały tę ofertę odrzucić.

Efekt był taki, że budowa "Czajki" pochłonęła prawie 3,7 mld zł i w ostatecznym rozrachunku okazała się być droższa od budowy strategicznie ważnego dla Polski gazoportu w Świnoujściu, na którego realizację wydano łącznie 3,638 mld zł.

– "Jak ci platformersi robią, że wszystkie inwestycje kosztują za ich rządów strasznie drogo?" – napisał na Twitterze prof. Stanisław Żerko. I trudno się z tym prowokacyjnym tonem nie zgodzić, jeśli popatrzymy przez pryzmat kosztów budowy oczyszczalni Czajka i porównamy je z kosztami innych podobnych inwestycji lub nawet przyłożymy je do kosztów budowy np. wspomnianego powyżej gazoportu w Świnoujściu . . .

Warszawa korkuje się od śmieci, tymczasem przedstawiciel władz miasta wysyła fotki z sypialni

Data: 26.08.2019 11:57

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #wiadomosci #warszawa #twitter #niewygodneinfo

Warszawa już od dłuższego czasu ma problem ze śmieciami. "Odpady sięgają sufitu, nowe worki ludzie ustawiają pod wiatą", "Na Bielanach lawinowo przybywa śmieci. Harmonogram ich odbioru nie trafił jeszcze do mieszkańców", "Białołęka jak Neapol" – to tylko niektóre z tytułów prasowych z ostatniego czasu, które odnosiły się do wspomnianej kwestii. Teraz doszedł kolejny problem – mieszkańcy Warszawy dostają harmonogramy wywozów, z których wynika, że śmieci segregowane (szkło, papier, plastik) nie będą już wywożone aż do końca roku! A mamy dopiero sierpień…

Warszawa korkuje się od śmieci, tymczasem przedstawiciel władz miasta wysyła fotki z sypialni

O sprawie nie wywożenia odpadów segregowanych do końca bieżącego roku poinformowała wczoraj na Twitterze Weronika Kostrzewa – szefowa publicystyki w Radiu Plus:

https://twitter.com/KostrzewaWZ/status/1165502322178318336

Z powyższego wynika, że takie odpady jak szkło, papier czy plastik będą musiały zalegać w jeszcze większych hałdach, tworząc przy tym nie lada wyzwania dla mieszkańców Warszawy. Wszak do końca roku ponad 4 miesiące, a komunikat "wywozy w tym roku zakończone" brzmi dość jednoznacznie.

Co w tym czasie robią władze miasta? Wiem, że to niemerytoryczna uwaga, ale Paweł Rabiej – który pełni funkcję zastępcy prezydenta Warszawy – wraz ze swoim partnerem publikują na popularnym serwisie społecznościowym zdjęcie z sypialni. No cóż, nie mam nic przeciwko takim zdjęciom, jeśli widniejące na nich osoby dobrowolnie decydują się na taką publikację. Jednak w sytuacji realnych problemów do rozwiązania (takich jak kwestia bieżących wywozów śmieci) upublicznianie tego rodzaju fotek przez osobę, która jest przedstawicielem najwyższych władz samorządowych, może tylko pogłębiać frustrację osób, dla których beztroska wspólnych poranków jest zakłócana odorem dochodzącym z przepełnionego śmietnika . . .