Rezerwy walutowe rządu w dwa miesiące stopniały aż o 68 proc.! Zniknęła równowartość 21 mld zł

Data: 18.09.2019 10:09

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #pieniadze #rezerwawalutowa #niewygodneinfo #afera

Jeszcze na koniec czerwca Ministerstwo Finansów dysponowało środkami walutowymi (służącymi głównie do obsługi długu zagranicznego Polski) w wysokości ponad 7,4 mld euro (ok. 31,5 mld zł). W zaledwie dwa miesiące później saldo tych środków nagle spadło o 68 proc. do poziomu 2,38 mld zł (ok. 10,4 mld zł). Zgodnie z oficjalnymi informacjami rządu na spłatę długu zagranicznego wydano w tym czasie 3,17 mld euro. Co się jednak stało z pozostałymi niemal 2 miliardami euro, które w okresie lipiec-sierpień zniknęły z rachunków budżetowych rządu?

Rezerwy walutowe rządu w dwa miesiące stopniały aż o 68 proc.! Zniknęła równowartość 21 mld zł

Środki walutowe, które są gromadzone na rachunkach budżetowych Ministerstwa Finansów, służą przede wszystkim do spłaty bieżącego zadłużenia zagranicznego kraju. Z uwagi na fakt, iż całkowite zadłużenie tego rodzaju stanowi obecnie równowartość ok. 273 mld zł (dane z końca czerwca), rząd – w zależności od kwoty długu osiągającej w danym okresie wymagalność – musi stale posiadać równowartość od kilkunastu do kilkudziesięciu miliardów złotych w euro.

W ramach bieżącego raportowania informacji o stanie finansów publicznych Ministerstwo Finansów publikuje w cyklach miesięcznych dane na temat stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa. Poniżej prezentuję zestawienie na temat salda środków walutowych w euro za okres ostatnich 13 miesięcy (dane pochodzą z ostatniego dnia danego miesiąca):

31.08.2018: 4,506 mld EUR (19,358 mld PLN)

30.09.2018: 3,668 mld EUR (15,670 mld PLN)

31.10.2018: 3,715 mld EUR (16,093 mld PLN)

30.11.2018: 3,197 mld EUR (13,716 mld PLN)

31.12.2018: 5,103 mld EUR (21,930 mld PLN)

31.01.2019: 5,620 mld EUR (24,057 mld PLN)

28.02.2019: 5,139 mld EUR (22,163 mld PLN)

31.03.2019: 7,136 mld EUR (30,697 mld PLN)

30.04.2019: 7,654 mld EUR (32,844 mld PLN)

31.05.2019: 6,501 mld EUR (27,903 mld PLN)

30.06.2019: 7,413 mld EUR (31,521 mld PLN)

31.07.2019: 5,721 mld EUR (24,549 mld PLN)

31.08.2019: 2,377 mld EUR (10,423 mld PLN)

Odpowiedź na powyżej zadane pytanie częściowo wypływa z informacji publikowanych przez samo Ministerstwo Finansów. Okazuje się, że w ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w lipcu 2019 r. dokonano płatności w wysokości 2,190 mld euro. Z kolei w sierpniu tego rodzaju transakcje pochłonęły 0,96 mld euro. Razem daje to nam ok. 3,17 mld euro. Co się jednak stało z pozostałymi środkami, które w okresie od początku lipca do końca sierpnia zniknęły z rachunków budżetowych rządu? Wszak na 30.06.2019 r. było na nich łącznie 7,413 mld euro, a dwa miesiące później już tylko 2,377 mld euro. Gdzie podziało się blisko 2 miliardy euro?

Przedsiębiorcy zapłacą o 6 mld zł więcej, a rząd zyska ekstra 1,5 mld zł. Wszystko dzięki . . .

Data: 17.09.2019 16:49

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #polska #niewygodneinfo

Dynamiczny wzrost płacy minimalnej w Polsce to jeden z tematów, który ostatnio elektryzował zarówno zwolenników jak i przeciwników dobrej zmiany. Na marginesie tych sporów warto uczciwie zauważyć, że wyższa o 350 zł pensja minimalna (w 2020 roku ma wzrosnąć z 2250 zł do 2600 zł), to jednocześnie wyższe koszty dla przedsiębiorców oraz… większe wpływy do ZUS-u i budżetu państwa. Rząd ocenia, że nowe wynagrodzenie minimalne przełoży się na wzrost kosztów prowadzenia działalności przez przedsiębiorców o 6,16 mld zł oraz poprawi saldo sektora finansów publicznych o 1,47 mld zł.

Przedsiębiorcy zapłacą o 6 mld zł więcej, a rząd zyska ekstra 1,5 mld zł. Wszystko dzięki nowej płacy minimalnej

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości – przyszłoroczny wzrost pensji minimalnej o 350 zł (do poziomu 2600 zł brutto) będzie największy w historii. Okazuje się, że nigdy wcześniej wynagrodzenie minimalne nie rosło w takim tempie. Około 1,8 miliona pracowników, którzy zgodnie z danymi GUS otrzymują w naszym kraju pensje o tej wysokości, z pewnością się ucieszy.

W gorszych nastrojach mogą być za to przedsiębiorcy, którzy ich zatrudniają. Dla części z nich wzrost wynagrodzenia minimalnego o 15 proc. może oznaczać dość istotny wzrost kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Zgodnie z przygotowaną przez rząd Mateusza Morawieckiego oceną skutków wprowadzenia w życie nowego rozporządzenia w/s wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej – roczny koszt podwyżki płacy minimalnej dla dużych firm wyniesie 1,3 mld zł, a dla małych i średnich przedsiębiorstw – 4,86 mld zł. Razem daje to 6,16 mld zł wyższych kosztów prowadzenia działalności w skali roku.

Co istotne – z wyższe pensje minimalne to nie tylko wyższe wypłaty dla pracowników je otrzymujących. To także większe wpływy dla sektora finansów publicznych. Zgodnie ze wspominaną oceną skutków regulacji – z tytułu większych podatków oraz składek naliczanych od nowego wynagrodzenia minimalnego budżet państwa, jednostki samorządu terytorialnego, NFZ, FUS (ZUS), czy Fundusz Pracy otrzymają w ciągu roku o 3,34 mld zł więcej. Nawet gdy odliczymy wydatki związane z większymi wypłatami dla osób pracujących za pensję minimalną w budżetówce, to i tak saldo sektora finansów publicznych będzie nadal dodatnie – w skali roku wpływy z tytułu wyższej pensji minimalnej powinny być większe od wydatków aż o 1,47 mld zł.

Innymi słowy – oprócz pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenia, zadowolony z tytułu podwyżki tego świadczenia będzie również rząd Mateusza Morawieckiego. Wspomniane 1,47 mld zł na ulicy nie leży, a w kontekście obietnicy zrównoważonego budżetu, każdy dodatkowy miliard ma znaczenie.

Przy okazji sporu o pensję minimalną bardzo ciekawą uwagą podzielił się na swoim Twitterze Rafał Mundry:

"Nie martwię się, że płaca minimalna ma wynosić 4000 zł (2024). Martwię się o to, ile będzie wtedy wynosić emerytura minimalna. W 2003 emerytura minimalna stanowiła 69% płacy minimalnej. Obecnie jest to 1100 zł czyli 48,9% płacy minimalnej. Mama ma 670 zł emerytury na rękę. Ile będzie mieć w 2024?".

No właśnie – powiększająca się różnica między pensją minimalną, a emeryturą minimalną powinna nas niepokoić. Szczególnie, że z biegiem lat emerytów otrzymujących minimalne świadczenie będzie przybywać. W jaki sposób oni będą mieli sobie poradzić? Obietnica wypłaty dodatkowej, 13-stej, 14-stej emerytury jest tylko obietnicą. W tym roku była, w przyszłym może jej już zabraknąć. A emerytura na poziomie 1100 zł, przy drożejącym jedzeniu i usługach medycznych, to skazywanie człowieka na upadlającą egzystencję prowadzącą do śmierci.

Sprywatyzowana TP S.A. zapłaciła nowym właścicielom 1,56 mld zł za możliwość korzystania z ich marki

Data: 16.09.2019 13:49

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #niewygodneinfo #tpsa #orange #polska #afera

Pod koniec lat 90-tych politycy wpadli na pomysł, aby państwo utraciło kontrolę nad spółką TP S.A., która była monopolistą na rynku telekomunikacyjnym w Polsce, posiadała setki cennych nieruchomości oraz zarządzała krytyczną infrastrukturą obronną kraju. W 2000 roku duży pakiet akcji nabyli współnależący do francuskiego rządu France Telecom oraz Kulczyk Holding. Sprzedana w ten sposób TP S.A. (obecnie Orange Polska) w ciągu 10 kolejnych lat przyniosła ok. 15 mld zł zysku. Nowi właściciele zarabiali nie tylko na dywidendach lecz również dodatkowych umowach licencyjnych.

Sprywatyzowana TP S.A. zapłaciła nowym właścicielom 1,56 mld zł za możliwość korzystania z ich marki

O kulisach prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej S.A. (dalej TP S.A.) pisałem już kiedyś na łamach tego bloga link. W największym skrócie: w lipcu 2000 r. ówczesny rząd AWS zdecydował o sprzedaży 35 procentowego pakietu akcji TP SA. Jako nabywcę wybrano France Telecom – współkontrolowanego przez francuski rząd giganta telekomunikacyjnego. Pojawiły się jednak głosy, aby nie oddawać w ten sposób Francuzom kontroli nad tak ważną spółką Skarbu Państwa. Wówczas do gry wkroczył Jan Kulczyk, który w toku negocjacji z rządem ustalił, że w ramach sprzedawanego pakietu akcji przejmie blisko 13,6 proc., tak aby sami tylko Francuzi nie mieli pakietu kontrolnego nad TP S.A.

Finalnie za wspomniane 35 proc. akcji polskiego giganta telekomunikacyjnego France Telecom i Kulczyk (a dokładnie: Kulczyk Holding) zapłacili łącznie 4,3 mld dolarów. Zgodnie z umową Kulczykowi faktycznie przypadło blisko 13,6 proc. Problem polegał na tym, że jego holding nie miał odpowiedniej ilości gotówki na zakup TP S.A. i musiał zaciągnąć kredyty w zagranicznych bankach. Te zaś zażądały, aby gwarancji na spłatę kredytu udzieliła Kulczykowi… France Telecom. W umowie z bankami, które udzieliły Kulczykowi kredytu na zakup TP S.A. stwierdzono, że jeśli międzynarodowe agencje ratingowe obniżą France Telecom oceny wiarygodności kredytowej, to banki będą mogły zażądać, aby Kulczyk Holding sprzedał przymusowo France Telecom posiadane 13,6 proc. akcji TP S.A. Oczywiście Skarb Państwa nic o takiej konfiguracji umownej nie wiedział. Przedstawiciele rządu AWS uwierzyli za to deklaracjom Kulczyka, że zamierza być długookresowym współwłaścicielem TP S.A.

Sytuacja przewidziana w umowie kredytowej zmaterializowała się bardzo szybko. W czerwcu 2002 r. agencje ratingowe Standard & Poor's oraz Moody's obniżyły rating wiarygodności kredytowej France Telecom i zażądały od Kulczyka, aby ten sprzedał Francuzom posiadane przez siebie akcje TP S.A. (co spowoduje, że France Telecom przejmie pełną kontrolę nad TP S.A.). Ostatecznie Kulczyk sprzedał France Telecom posiadane przez siebie akcje TP S.A. w 2005 roku. Zgodnie z umową Francuzi otrzymali nie tylko 13,6 proc. akcji, ale również wzięli na siebie spłatę zaciągniętego przez polskiego biznesmena kredytu. W zamian Kulczyk zainkasował od France Telecom 40 mln euro na czysto.

Z całej operacji wszyscy wydawali się być zadowoleni. Kulczyk zarobił, Francuzi przejęli pełną kontrolę nad TP S.A., a wszystko zbiegło się z okresem, kiedy największa w Polsce spółka telekomunikacyjna przynosiła gigantyczne zyski. Poniżej zestawienie na podstawie raportów rocznych TP S.A. na temat zysków netto (na czysto) za lata 2001 – 2010:

2001 – 0,183 mld zł

2002 – 0,840 mld zł

2003 – 0,911 mld zł

2004 – 2,577 mld zł

2005 – 2,620 mld zł

2006 – 2,096 mld zł

2007 – 2,275 mld zł

2008 – 2,190 mld zł

2009 – 1,282 mld zł

2010 – 0,108 mld zł

total: 15,082 mld zł

2007 – 131 mln zł

2008 – 134 mln zł

2009 – 117 mln zł

2010 – 120 mln zł

2011 – 125 mln zł

2012 – 140 mln zł

2013 – 164 mln zł

2014 – 134 mln zł

2015 – 134 mln zł

2016 – 127 mln zł

2017 – 121 mln zł

2018 – 113 mln zł

total: 1,560 mld zł

W kontekście powyższych informacji warto się zastanowić, czy pakiet kontrolny akcji TP S.A. nie mógł pozostać w rękach Skarbu Państwa? Czy faktycznie politycy AWS musieli podjąć decyzję o sprzedaży tego monopolisty na rynku usług telekomunikacyjnych w Polsce w ręce konsorcjum składającego się z France Telecom oraz Kulczyk Holding? Czy historia TP S.A. nie mogła potoczyć się tak, jak historia innych strategicznych spółek (PKO BP, Orlen, KGHM czy Lotos), które zostały tylko częściowo sprywatyzowane przez giełdę, jednak pakiety kontrolne pozostały w rękach Skarbu Państwa?

Niemieckie porty importują kilkukrotnie więcej węgla niż Polskie. Czy Greenpeace robi tam blokady?

Data: 11.09.2019 10:23

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polska #niemcy #wegiel #niewygodneinfo

Mało kto zdaje sobie sprawę, że Niemcy to największy importer węgla w całej Europie. Zgodnie z oficjalnymi informacjami w samym tylko 2017 roku nasi zachodni sąsiedzi importowali do siebie aż 51,2 mln ton węgla, z czego minimum 15 mln ton przypłynęło do Niemiec na statkach zza oceanu (głównie z USA i Kolumbii). To oznacza, że w niemieckie porty rozładowują w ciągu roku kilkukrotnie więcej węgla, aniżeli w polskie. Czy w związku z tym Greenpeace robi tam takie same blokady portów, jak ostatnio w Gdańsku?

Niemieckie porty importują kilkukrotnie więcej węgla niż Polskie. Czy Greenpeace robi tam blokady?

Przypomnijmy, że aktywiści Greenpeace, którzy w poniedziałek częściowo zablokowali terminal węglowy w gdańskim porcie tłumaczyli swoje zachowanie koniecznością zwrócenia uwagi na pilną potrzebę działań na rzecz ochrony klimatu i odejścia od węgla do 2030 r. – "Zostało nam 11 lat, by zapobiec katastrofie klimatycznej. Jeśli nic nie zrobimy, to w ciągu zaledwie kilku dekad świat, który dziś znamy, przestanie istnieć. Polska musi do 2030 r. odejść od spalania węgla." – argumentował Paweł Szypulski, dyrektor programowy Greenpeace Polska.

W nocy z poniedziałku na wtorek polscy specjalsi z Morskiego Oddziału Straży Granicznej przejęli statek należący do Greenpeace i odblokowali terminal węglowy. Zatrzymane zostały dwie osoby – kapitan statku narodowości hiszpańskiej oraz austriacka aktywistka Greenpeace.

Odnosząc się do zarzutów Greenpeace należy zauważyć, że Polska faktycznie importuje węgiel z zagranicy. W 2018 roku wwieziono do naszego kraju 19,7 mln ton węgla, z czego zdecydowana większość (bo aż 13,4 mln ton), pochodziła z Rosji (zwieziono ją głównie pociągami i ciężarówkami; na samym tylko polsko-rosyjskim przejściu kolejowym w Braniewie odprawiono prawie 37 tys. wagonów węgla). W polskich portach dochodzi do rozładunku węgla z zagranicy, jednak nie może się on równać ze skalą importu węgla, jaka ma miejsce w niemieckich portach.

Warto w tym miejscu odnotować, że Niemcy to nie tylko największy importer oraz również największy konsument węgla w całej Europie. Zgodnie z oficjalnymi informacjami w samym tylko 2017 roku nasi zachodni sąsiedzi importowali do siebie aż 51,2 mln ton węgla. Z tego wolumenu co najmniej 30 proc. (tj. ok. 15 mln ton) przypłynęło do Niemiec na statkach z USA i Kolumbii. Jakby tego było mało – we wspomnianym 2017 roku kopalnie zlokalizowane na terytorium naszego zachodniego sąsiada wydobyły aż 171,2 mln ton węgla brunatnego (którego spalanie emituje więcej CO2 niż spalanie importowanego węgla kamiennego). Dla porównania: Polska w 2017 roku wydobyła tylko 61,1 mln ton.

W kontekście poniedziałkowej akcji Greenpeace oraz powyższych statystyk na temat importu węgla przez naszego zachodniego sąsiada ciekawi mnie jedna rzecz – czy ekologiczni aktywiści blokują niemieckie terminale węglowe tak samo, jak zablokowali polski terminal w Gdańsku? Wszak jeśli Polska – aby zapobiec katastrofie – musi zrezygnować ze spalania węgla do 2030 roku, to Niemcy (zużywające znacznie większe ilości węgla niż my) powinni to zrobić tym bardziej.

Bukareszt vs Warszawa: Dwa podobne stadiony, a różnica w cenie sięgnęła miliarda złotych

Data: 09.09.2019 11:26

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #warszawa #bukareszt #stadion #afera #niewygodneinfo

Nie wszyscy wiedzą, że w Bukareszcie stoi stadion bardzo podobny do Stadionu Narodowego w Warszawie. Rumuńska "Arena Narodowa" przez wielu uznawana jest za kopię obiektu, jaki powstał w stolicy Polski. Na obu stadionach może zasiąść ok. 56 tysięcy widzów, oba mają rozsuwany dach, w obu zastosowano podobne rozwiązania architektoniczne w zakresie trybun. Oba obiekty budowano w podobnym okresie. Nawet krzesełka zostały wyprodukowane i dostarczone przez tę samą firmę. Czy są zatem jakieś wyraźne różnice? Owszem, są. Stadion w Warszawie kosztował miliard zł więcej.

Bukareszt vs Warszawa: Dwa podobne stadiony, a różnica w cenie sięgnęła miliarda złotych

Arena Narodowa w Bukareszcie ma 55,634 miejsc siedzących. Stadion Narodowy w Warszawie liczy sobie 56,826 miejsc siedzących (wg wymogów UEFA). Obiekt w Bukareszcie został wybudowany w latach 2008–2011 w miejscu starego stadionu Lia Manoliu. Budowa obiektu w Warszawie również trwała w latach 2008-2011 i poprzedzona została rozbiórką nieużytkowanego w celach sportowych Stadionu Dziesięciolecia.

Zarówno Arena Narodowa, jak i Stadion Narodowy posiadają rozsuwany dach, podobne rozwiązania architektoniczne w zakresie trybun, sal konferencyjnych, restauracji oraz podziemnych garaży. Nawet zamontowane na trybunach krzesełka zostały wyprodukowane i dostarczone przez tę samą firmę.

Czy między stadionem w Bukareszcie i Warszawie są zatem jakieś wyraźne, dostrzegalne na pierwszy rzut oka różnice? Okazuje się, że są i to w bardzo drażliwym aspekcie. Zgodnie z informacjami, do których dotarłem, na budowę Areny Narodowej w Bukareszcie wydano 234,5 milionów euro, co w przeliczeniu na złotówki (1 euro = 4,30 zł) da nam kwotę około 1 miliarda złotych. Z kolei budowa Stadionu Narodowego w Warszawie pochłonęła 1,97 miliarda złotych (informacja podana przez "Gazetę Wyborczą" na bazie rzetelnych źródeł).

Dlaczego koszt wybudowania obiektu w Warszawie tak bardzo przewyższył koszty budowy bardzo podobnego stadionu w Bukareszcie? W tej kwestii powstał nawet specjalny raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK). Kontrolerzy NIK negatywnie ocenili działania spółki Narodowe Centrum Sportu (tj. podmiotu odpowiedzialnego za budowę). Co prawda stwierdzili, że Stadion Narodowy powstał w terminie umożliwiającym organizację turnieju EURO 2012, ale w kwestii samej budowy i wykorzystania tego obiektu ocena była negatywna.

Przede wszystkim przed podjęciem budowy Stadionu Narodowego nie dokonano analiz ekonomiczno-finansowych pod kątem kosztów budowy i utrzymania oraz możliwości wykorzystania, w celu wyboru najbardziej oszczędnego, wydajnego i skutecznego sposobu realizacji zadania. NIK ustaliła, że o co najmniej 268,8 mln zł przekroczone zostały uprzednio określone limity kosztów budowy Stadionu Narodowego. Nie bez znaczenia było również zlecanie wykonania robót dodatkowych na podstawie sześciu umów o łącznej wartości 129,4 mln zł, które zawarto z naruszeniem prawa o zamówieniach publicznych.

Przy okazji należy odnotować, iż nie jest prawdą jakoby Stadion Narodowy w Warszawie był najdroższym tego typu obiektem na świecie. Okazuje się, że nie było go nawet w pierwszej dziesiątce najdroższych obiektów sportowych wybudowanych do końca 2012 roku (w zestawieniu tym znalazły się obiekty, które kosztowały – w przeliczeniu na złotówki – od ok. 2,5 do 5,4 mld zł).

Ile kosztowała oczyszczalnia Czajka w Warszawie? Więcej niż strategiczny gazoport w Świnoujściu!

Data: 30.08.2019 23:58

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #afera #niewygodneinfo

Oczyszczalnia Czajka w Warszawie uchodzi za jedną z najdroższych oczyszczalni świata. Trwająca w latach 2008 – 2012 inwestycja, która polegała na przebudowie i modernizacji istniejącej już oczyszczalni na Białołęce, pochłonęła blisko 3,7 mld zł. Z przetargiem na jej budowę wiążą się kontrowersje, bowiem odrzucona została oferta o kilkadziesiąt procent tańsza, od tej która wygrała. W efekcie budowa "Czajki" w Warszawie pochłonęła więcej środków, niż budowa strategicznego dla Polski gazoportu w Świnoujściu!

Ile kosztowała oczyszczalnia Czajka w Warszawie? Więcej niż strategiczny gazoport w Świnoujściu!

Fakty są takie, że oczyszczalnia "Czajka" wraz z infrastrukturą towarzyszącą była (obok II linii metra) największą inwestycją infrastrukturalną w Warszawie. Jej realizacja składała się z kilku elementów: rozbudowy już istniejącej oczyszczalni ścieków na Białołęce, budowy spalarni osadów oraz systemu przesyłu ścieków. Koszt wyniósł prawie 3,7 mld zł.

Koszty mogły być niższe, jednak w toku trwania postępowania przetargowego zdyskwalifikowana została oferta konsorcjum firm, które chciały zrealizować inwestycję za cenę niemal dwukrotnie mniejszą od tej, którą zaoferował zwycięzca przetargu. Powodem odrzucenia tańszej oferty miały być błędy w dostarczonej dokumentacji. Konsorcjum zadeklarowało, iż jest skłonne poprawić wszystko to, do czego Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Warszawie miało zastrzeżenia, nie zmieniając przy tym ceny. Deklaracja ta pozostała jednak bez odpowiedzi ze strony władz miasta, które zgodnie z prawem musiały tę ofertę odrzucić.

Efekt był taki, że budowa "Czajki" pochłonęła prawie 3,7 mld zł i w ostatecznym rozrachunku okazała się być droższa od budowy strategicznie ważnego dla Polski gazoportu w Świnoujściu, na którego realizację wydano łącznie 3,638 mld zł.

– "Jak ci platformersi robią, że wszystkie inwestycje kosztują za ich rządów strasznie drogo?" – napisał na Twitterze prof. Stanisław Żerko. I trudno się z tym prowokacyjnym tonem nie zgodzić, jeśli popatrzymy przez pryzmat kosztów budowy oczyszczalni Czajka i porównamy je z kosztami innych podobnych inwestycji lub nawet przyłożymy je do kosztów budowy np. wspomnianego powyżej gazoportu w Świnoujściu . . .

Warszawa korkuje się od śmieci, tymczasem przedstawiciel władz miasta wysyła fotki z sypialni

Data: 26.08.2019 11:57

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #wiadomosci #warszawa #twitter #niewygodneinfo

Warszawa już od dłuższego czasu ma problem ze śmieciami. "Odpady sięgają sufitu, nowe worki ludzie ustawiają pod wiatą", "Na Bielanach lawinowo przybywa śmieci. Harmonogram ich odbioru nie trafił jeszcze do mieszkańców", "Białołęka jak Neapol" – to tylko niektóre z tytułów prasowych z ostatniego czasu, które odnosiły się do wspomnianej kwestii. Teraz doszedł kolejny problem – mieszkańcy Warszawy dostają harmonogramy wywozów, z których wynika, że śmieci segregowane (szkło, papier, plastik) nie będą już wywożone aż do końca roku! A mamy dopiero sierpień…

Warszawa korkuje się od śmieci, tymczasem przedstawiciel władz miasta wysyła fotki z sypialni

O sprawie nie wywożenia odpadów segregowanych do końca bieżącego roku poinformowała wczoraj na Twitterze Weronika Kostrzewa – szefowa publicystyki w Radiu Plus:

https://twitter.com/KostrzewaWZ/status/1165502322178318336

Z powyższego wynika, że takie odpady jak szkło, papier czy plastik będą musiały zalegać w jeszcze większych hałdach, tworząc przy tym nie lada wyzwania dla mieszkańców Warszawy. Wszak do końca roku ponad 4 miesiące, a komunikat "wywozy w tym roku zakończone" brzmi dość jednoznacznie.

Co w tym czasie robią władze miasta? Wiem, że to niemerytoryczna uwaga, ale Paweł Rabiej – który pełni funkcję zastępcy prezydenta Warszawy – wraz ze swoim partnerem publikują na popularnym serwisie społecznościowym zdjęcie z sypialni. No cóż, nie mam nic przeciwko takim zdjęciom, jeśli widniejące na nich osoby dobrowolnie decydują się na taką publikację. Jednak w sytuacji realnych problemów do rozwiązania (takich jak kwestia bieżących wywozów śmieci) upublicznianie tego rodzaju fotek przez osobę, która jest przedstawicielem najwyższych władz samorządowych, może tylko pogłębiać frustrację osób, dla których beztroska wspólnych poranków jest zakłócana odorem dochodzącym z przepełnionego śmietnika . . .