Rozmowa z Robertem Kubicą. Część 2. "Kolarstwo to taki zastrzyk energii"

Data: 03.05.2020 14:16

Autor: ziemianin

rowery.org

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #kolarstwo #robertkubica #kubica #rowery #roweroweswiry #wywiad #pasja #sport

Robert Kubica opowiada nam o swoich rowerach, ulubionych torach i pozytywnej energii jaką czerpie z kolarstwa.

Rozmowa z Robertem Kubicą. Część 2. "Kolarstwo to taki zastrzyk energii"

Robert Kubica w tym sezonie jest kierowcą rezerwowym Alfa Romeo Racing Orlen w Formule 1 i kierowcą również wspieranego przez Orlen zespołu ART Grand Prix w serii DTM.

Wciąż czekając na pierwsze starty, Kubica zdradza nam kilka sekretów o posiadanych rowerach, porównuje wysiłek na rowerze i w bolidzie. Rozmawiamy również o kolarskich marzeniach i najlepszych do jazdy rowerem torach Formuły 1.

Z jednej z twoich ostatnich rozmów na żywo, dowiedzieliśmy się jakie ciekawe samochody trzymasz w garażu. Ja natomiast, gdy przeglądałem twoje zdjęcia na rowerze, to naliczyłem 2 różne Treki, Pinarello i ostatnio Specialized. Kolekcjonujesz rowery? Masz jeszcze jakieś inne ciekawe maszyny?

Pinarello Dogma to mój stary rower z 2010 roku, dostałem go od Pinarello kiedy jeździłem w Formule 1. Powrócił ze mną na szosę kiedy się rehabilitowałem. Jest to rower, który do dzisiaj mam, chociaż pożyczyłem go ostatnio kumplowi. Za każdym razem robi na mnie wrażenie. Może dlatego, że jest mój, ale jak patrzę, to myślę, że minęło 10 lat, a ciągle ma [świetną] formę i kształty. Czuć oczywiście, że technologia poszła naprzód. To jest niesamowite, zmieniając rowery nie zdawałem sobie sprawy, że geometria może mieć tak duży wpływ. Na pewno nie myślałem, że aż taki.

Następnie przeszedłem na Treka. Dlaczego Trek? Ponieważ jednym z moich pierwszych rowerów górskich, takich bardziej konkretnych, był właśnie rower tej marki. I jakoś został mi też w pamięci i w sercu. Niestety ten taki zielono-szary Trek nawet nie był mój, tylko należał do Trek Italia. Mało osób o tym wie, ale teraz się dowiedzą, że zostałem potrącony. 3 albo 4 dni po tym jak zostałem ogłoszony rezerwowym kierowcą Williamsa.

Wracałem zrelaksowany, bo odwiozłem kumpla w jego stronę. Miałem zaliczyć podjazd, ale nadciągały czarne chmury, więc pomyślałem „dopiero co zostałem ogłoszony kierowcą rezerwowym Williamsa, nie będę ryzykował i zjeżdżał w deszczu, to nie jest przyjemność. Pojadę do domu i jak będzie jeszcze brakowało, to dokręcę 40-60 minut na trenażerze”. No i skręciłem w prawo, jechałem pustą drogą. Tylko ja jadę, widzę to auto, ono staje i nagle rusza. I nie to, że rusza powoli… No i bum. Pan po prostu zatrzymał się na stopie, ja myślałem, że on skręci w lewo w moim kierunku jazdy. On mnie po prostu nie zauważył. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, bo tak naprawdę byłem tylko poobijany. Trek niestety umarł [śmiech] śmiercią naturalną. Mnie nic poważnego się nie stało, ale rower do kasacji.

Potem miałem białego Trek, lecz tylko na chwilę. Podszedłem do niego bardziej od strony estetycznej, a nie komfortowej. Wziąłem za małą ramę i było mi jakoś niewygodnie.

Później zaczął się okres Speca, którego mam już od jakichś 2 lat. Jeden rower cały czas podróżuje z zespołem Formuły 1, a drugi w domu. Albo raczej ze mną, tam gdzie jestem, ponieważ w moim aucie zawsze jest rower. Nigdy nie wiem dokładnie, gdzie będę, ale wiem, że będę tam, gdzie jest moje auto. Bardzo często po prostu zabieram rower ze sobą i w 90% przypadków nie zostaje wyciągnięty z bagażnika. Czasami zdarza się, że mam 2 godziny wolnego i siadam sobie pokręcić. I tak zostało, że do dzisiaj używam Speca.

A rowery wybierasz sam czy masz zaufanych doradców? Czytasz recenzje, szukasz opinii w internecie czy pytasz kolegów?

Sam wybieram rowery. Śmieję się z siebie, bo bardzo podobają mi się niektóre rowery aero. Ale z moimi nogami, gdzie brakuje mi minimum 100 watów na jedną, to rowery aero mogę sobie tylko oglądać. Gdyby mi ktoś taki dał, to bym sobie powiesił na ścianie jako element dekoracji domu, a nie używał.

Myślę, że ważne jest, żeby zrozumieć co jest potrzebne i nie pakować się w rzeczy, które nic nie dają, a mogą skomplikować życie. Dlatego ja bardziej idę w rowery tradycyjne. Jak to się mówi? Nie aero, tylko tradycyjne? Chyba nie, bo to dziwnie brzmi. Może normalne, o!

A dlaczego Spec? Podobał mi się od dłuższego czasu, ale najmilej wspominam akurat Treka. Dlaczego? Tylko z jednego względu: był bezpieczniejszy i szybciej się zjeżdżało z góry. Ale to już mi przeszło. Miałem taki okres, kiedy brakowało mi ścigania i pewnie trochę adrenaliny. Chyba dlatego odbijałem to sobie na zjazdach. I to jest właśnie nie zbyt dobra i bardzo niebezpieczna część kolarstwa. Na zjazdach bardzo niewiele trzeba, żeby bardzo źle się skończyło.

Wracając do jednego z wcześniejszych tematów i do podziwiania kolarzy. Podziwiam ich za siłę, wytrzymałość i tak dalej, ale niektórych podziwiam za zjazdy. To jest naprawdę mistrzostwo świata. Często się mówi, że wyścigi są niebezpieczne, albo że motocykliści mają dużo bardziej niebezpiecznie. Mają duże prędkości, ale mają jednak kask, kombinezon, ochraniacze.

A panowie kolarze zjeżdżają na zjazdach, których bardzo często w ogóle nie znają, często w deszczu, albo po 20-kilometrowym podjeździe, po którym wszyscy najchętniej zrobiliby sobie przerwę. My byśmy wjechali pewnie pół godziny później, przynajmniej ja, stanąłbym [śmiech] i odpoczywał, a oni jadą. I wydajność umysłu musi być naprawdę niesamowita, ponieważ to, co robią na tych rowerach, jest naprawdę nieprawdopodobne.

Słyszałem, że Ty też całkiem nieźle zjeżdżasz. Kilku kolarzy wypowiadało się o twoich umiejętnościach z szacunkiem. Myślisz, że refleks z Formuły 1 Ci pomaga?

Teraz zjeżdżam dużo wolniej. Trochę zmądrzałem. Tak naprawdę zawodowcy zjeżdżają szybko, bo muszą, to jest część ich życia i sportu. Ja jak zjeżdżam amatorsko czy z kumplami… to nie ma sensu jechać szybko. Bardzo często nie tylko prędkość świadczy o ryzyku jakie podejmujesz.

Widziałem jednak wiele osób, które dużo jeżdżą na rowerze, ale zjazdów nie lubią. Nie przychodzi im to naturalnie, a mi zawsze przychodziło to łatwo. Dużo szybciej zjeżdżałem przed moim wypadkiem, 10 lat temu, kiedy miałem dwie stuprocentowo sprawne ręce.

Ja mam zmodyfikowany hamulec, jedną ręką hamuję obydwa koła. To jest duże utrudnienie jeśli chodzi o zjazdy. Szczególnie na dohamowaniach do ciasnych zakrętów czy nawrotów, ponieważ nie mam możliwości podratowania się. Jak masz dwie ręce sprawne, to hamujesz, i jak widzisz, że ci brakuje, to puszczasz przedni hamulec, a trzymasz tylni. Ja jak puszczę, to w ogóle nie hamuję. Dlatego muszę, i dobrze, zachować odpowiedni margines.

Spędzam trochę czasu na szosie, więc zdarza się, że w normalnym ruchu nie wszystko zależy tylko ode mnie. Są też inni uczestnicy ruchu drogowego i czasem auto może znaleźć się nie po tej stronie drogi. Trzeba bardzo pamiętać, że nawet jeżeli wydaje nam się, że wszystko mamy pod kontrolą, to nie wszystko zależy od nas.

Jeśli mogę zapytać, masz jeszcze jakieś inne modyfikacje w rowerze, czy oba hamulce podpięte pod jedną klamkę to wszystko?

Tylko to, tak. No i mam podkładkę pod butem, ponieważ tak, jak ci powiedziałem, mam jedną nogę krótszą. To tyle, żadnych innych modyfikacji. Chociaż testowałem rower z silnikiem [śmiech].

Prawie jak KERS w Formule 1. W ostatnich latach zabierałeś ze sobą na wyścigi rower. Drużyna nie robiła ci problemu, że oprócz kilku swoich walizek, chcesz jeszcze zabrać rower?

Na początku, podczas pierwszych wyjazdów sam brałem rower, ale latanie po Australii czy Bahrajnie z rowerem jest trudne. Po pierwsze, w podróży została uszkodzona rama, co się może zdarzyć. Po drugie, problemem było to, że ja często latam i nie ma mnie w domu przez półtora albo dwa miesiące. Wtedy mam już dwie torby i do tego jeszcze dodatkowo rower.

Na początku tak latałem i nawet same loty nie były problemem. Przemieszczanie się pomiędzy lotniskiem a hotelem już bardziej, bo nie do każdego auta te wszystkie graty się mieszczą. Później zostawiałem rower, głównie na europejskich wyścigach, w ciężarówce zespołu, co absolutnie nie stanowiło problemu. Udało mi się też przemycić rower tak, że ładowali go pomiędzy części i narzędzia zespołu.

A co później z jazdą po torze? Jak nie ma żadnych wyścigów, to nie ma problemu żeby wyjść i pojeździć?

Gdy tor jest otwarty i nic się nie dzieje, to można po prostu jeździć. Ktoś kto ma pass, czyli wejściówkę do padoku F1, to normalnie może wejść pojeździć. Dużo osób też biega.

Ja często jeździłem, ale bardziej w 2018 roku, kiedy nie startowałem. Kiedy jednak startujesz, to po pierwsze nie ma czasu, a po drugie musisz zachować energię na wyścig w niedzielę, a nie katować się. Ale niektóre fajne wyjazdy robiłem poza torem.

W Japonii zrobiłem sobie pętlę, którą wyszukałem na mapach w internecie. Tam wcześnie robi się jasno i postanowiłem, że jak wstanę wcześnie, to pojadę na rower. Zrobiłem 100 kilometrów, prawie 2000 metrów przewyższenia. Ale jak pomyśleć, gdzie ja byłem… Nie miałem ze sobą żadnych narzędzi, przez ponad 3 godziny spotkałem tylko ze 4 auta, ale widziałem za to małpę. Także znalazłem się w scenerii z typowo japońskimi podjazdami, które kojarzą mi się z „Tokyo Drift” czy „Fast and Furious". Jak byłem mały, to oglądałem te filmy i drogi wyglądały dokładnie tak samo. Widziałem te nawroty, te Nissany składające się w zakręty. Na koniec wjechałem na szczyt, a tam dżungla.

I to są takie fajne wyjazdy i przygody, które wspominasz. Tak naprawdę z zerowym pojęciem o regionie, w którym się znajdowałem, patrząc na mapę wybrałem sobie drogę. Oczywiście patrząc też, żeby była na moją nogę. Wybierasz scenerię i jedziesz. Poznajesz wiele miejsc, w których nigdy byś nie był i których nigdy byś nie znalazł.

Który z torów Formuły 1 jest Twoim ulubionym? Do jazdy rowerem, oczywiście!

[Chwila zastanowienia] Brazylia jest fajna, interwałowa, bo masz długi-nie-długi, no ale jednak podjazd. Jest tam trochę przewyższenia, a potem zjeżdżasz i trening jest trochę inny.

W Meksyku mi się fajnie jeździło, ponieważ tor jest położony na wysokości chyba 2300 metrów nad poziomem morza i dzieje się tam coś ciekawego. Do pewnego momentu rower jakby ma mniejsze opory i czujesz to. Potem przekraczasz pewną granicę i czujesz, że brakuje ci tchu. Wybrałbym te dwa tory.

Jednak perspektywa jeżdżenia rowerem po torze jest zupełna inna niż perspektywa bolidu. Trudności są zupełnie inne. Jeden z trudniejszych torów rowerowych to jest Austria. Są tam dwa duże, strome podjazdy i dają sporo w kość, a ponieważ tor jest krótki, to nie ma gdzie odpocząć.

A coś z historycznych? Z ciekawostek, może wiesz, że mistrzostwa świata dwa razy odbywały się na Nürburgringu, Alessandro Petacchi pewnie może Ci coś powiedzieć o torze Zolder.

Zolder to wiem, były różne historie o MŚ w Zolder. Znam też Mario Cipolliniego, także włoski zespół mógł wybierać, kto miał wygrać te mistrzostwa. Tak jak powiedziałem, te historie zostają w naszym gronie, ale są bardzo fajne. I pomimo upływu lat pokazują fajny szacunek pomiędzy Alessandro i Mario.

Masz jakieś kolarskie marzenie, o miejscu w którym chciałbyś pojeździć, albo podjeździe, który chciałbyś podjechać?

Ostatnio mój znajomy sporo mi mówił o Taiwan KOM. To jest chyba podjazd o długości 90 kilometrów, albo nawet i więcej. Wysłał mi to ze 2-3 miesiące temu.

W ubiegłym roku żałowałem, że się nie zorganizowałem i nie pojechałem po Grand Prix Francji na Mont Ventoux. Było oddalone tylko o półtorej godziny jazdy. Jednak po wyścigu trzeba się zregenerować i na rower raczej nie wsiadam przez 2 dni. Trzeba pamiętać, że ja jestem sportowcem w innej dyscyplinie. Bardzo często ambicjonalnie i mentalnie chciałbym coś zrobić, ale racjonalnie lepiej tego nie podejmować. Priorytetem jest dla mnie inny sport.

Gdybyś miał porównać zmęczenie po kilkugodzinnej jeździe na rowerze ze zmęczeniem po wyścigu Formuły 1?

Obciążenie fizyczne jest zupełnie inne. To jest fajne pytanie i w dobrym okresie. Ja zwiftowałem i robiłem treningi dwa razy dziennie przez ostatnie 3 tygodnie. Nawet kumple mi mówili, że nie będą ze mną jeździć, bo mam za dobrą formę.

Ostatnio wróciłem na symulator, zacząłem się bawić i jeździć. Pojechaliśmy wyścig wirtualny i w przeciągu tygodnia forma na rowerze mi spadła. Bardziej się chyba męczyłem na tym symulatorze, niż na rowerze. Ale nie fizycznie, tylko mentalnie. To jest koncentracja. To jest inne zmęczenie.

Bardzo często na rowerze, przynajmniej w moim wykonaniu, są chęci, są ambicje, ale brakuje formy, a bardzo dużo dzieje się w głowie. Ja bardzo często widzę, że przekraczam granice. Albo inaczej, mogę dużo więcej zrobić na rowerze gdy jestem w dobrej formie mentalnej, niż gdy jestem mentalnie zmęczony.

Myślę, że zmęczenie kolarskie jest w 95% fizyczne. Szczególnie długie etapówki. No umówmy się, że 6 godzin jedziesz, ale są momenty, że nie używasz umysłu, nie musisz być skoncentrowany. U nas, w Formule 1, jest odwrotnie, u nas koncentracja musi być na 100% przez długi okres, na przykład 2 godziny. I ona naprawdę musi być stuprocentowa.

Dlatego powiedziałbym, że u nas bardzo często ćwiczysz i przygotowujesz się kondycyjnie, nie dlatego, że nie masz wystarczającej wydolności fizycznej, ale po to, żeby ta kondycja pomogła lepiej pracować umysłowi. W kolarstwie jest inaczej. Jeśli jesteś w formie, nawet jak nie jesteś mentalnie jakimś guru [ale jesteś silny fizycznie], jesteś wciąż w stanie wygrać. I to są właśnie dwa różne sporty.

Porównywanie tętna jest ciekawe. Ja nie jestem w stanie na rowerze utrzymać średniego tętna, które mam w bolidzie. Ale to tętno nie bierze się z mojego wysiłku fizycznego, ponieważ w Formule 1, 30-40 uderzeń bierze się z koncentracji, uwagi. W kolarstwie im więcej generujesz mocy, im więcej watów kręcisz, im trudniej się robi, tym masz większe tętno. Im bardziej jesteś zmęczony, tym większe tętno. Jakby nie było, jest to ściśle powiązane.

W Formule 1 punktem, w którym masz najwyższe tętno, jest pierwszy zakręt, gdy dopiero zaczynasz. Teraz nie wiem, bo nie startowałem z pomiarem tętna, ale w dawnych latach z pulsometrem przekraczałem 200 uderzeń [na minutę] w pierwszym zakręcie. Siedząc!

Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. To tętno nie bierze się z wysiłku fizycznego, bo z samego wysiłku byłoby ze 120-130. Ciekawostką jest na przykład to, że jak zjeżdżam pomiędzy wyjazdami na tor, w przeciągu minuty tętno spada mi do 70 uderzeń, a na torze miałem 190. I to są te różnice. W kolarstwie też są zmiany rytmu, zmiany tętna. U nas, w wyścigu Formuły 1, miałem średnie tętno 170 przez godzinę i 50 minut. Ale to jest inny wysiłek.

Na symulatorze męczę się bardziej. Może po prostu dlatego, że jest to inne zmęczenie. Symulatorem dawno nie jeździłem i organizm musi się przyzwyczaić do innego typu wysiłku. To jest bardzo ciekawe według mnie. Patrząc na tętno można byłoby porównywać te dwa sporty, które tak naprawdę pod względem wysiłku są bardzo różne.

Porównując oba sporty nie mogę nie zapytać, skąd tak wielu kierowców uprawiających kolarstwo? W ostatnich latach mieliśmy na pierwszym miejscu Alonso, który chciał nawet kupić drużynę kolarską, mamy Valtteriego Bottasa, wcześniej Nico Rosberga, Ciebie. Z czego wynika tak duża popularność kolarstwa wśród kierowców?

Myślę, że i tak nadal więcej kierowców biega niż jeździ na rowerze. Bieganie ma dwa plusy: po pierwsze, jest dużo bardziej dostępne, ponieważ wystarczy wrzucić do walizki parę butów… przy naszym stylu życia zajmują mniej miejsca. Po drugie, jest o wiele mniej czasochłonne. Jednak żeby wyjść i pojeździć na rowerze, to trzeba mieć parę godzin minimum, a bardzo często tego czasu po prostu nie mamy.

Kolarstwo jest takim jakby zastrzykiem energii i pozytywnego myślenia, a czasami też wyciszenia. Tak jak powiedziałem wcześniej, kolarstwo daje Ci to, że możesz znaleźć się w miejscach, w których prawdopodobnie nigdy byś nie był, których nigdy byś nie zobaczył. Bardzo często nie poczułbyś natury i środowiska. W naszym sporcie, gdzie jest dużo stresu podczas wyścigów, ale też stresu i dynamiki poza wyścigami, dużo rzeczy się dzieje.

Kolarstwo jest lubiane, bo można się wyciszyć, można pojechać gdzieś z kumplami, możesz pojechać ze swoją bliską osobą. Tak jak np. Valtteri Bottas ma nową dziewczynę, która jest zawodową kolarką. I pewnie dlatego też bardziej zbliżył się do tego sportu.

Kontynuując ten wątek, to szczególnie w zeszłym sezonie wiele drużyn kolarskich i zespołów F1 nawiązało bliską współpracę. Mamy drużynę Bahrain McLaren, Ineos jest obecny na bolidach Mercedesa w tym roku, Twój były zespół Williams nawiązał współpracę z Israel Start Up Nation. Co Twoim zdaniem drużyny mogą zyskać na współpracy z zespołami F1, i na odwrót?

Na pewno marketing. Myślę, że należy tu rozróżnić współpracę marketingową od współpracy technicznej, ponieważ są to dwie różne sprawy. Nie wiem jak duże jest zaangażowanie techniczne tych zespołów. Znam jedną markę i historię sprzed dobrych kilku lat, kiedy ta firma jeździła do tunelu aerodynamicznego, żeby sprawdzać swoje rowery. Przez ponad rok sprawdzali bez kogoś na rowerze. To nie ma w ogóle sensu.

Już do tego nawiązaliśmy, myślę że rozwój techniczny jest też bardzo duży w kolarstwie, chociaż często nie był tak bardzo widoczny. Teraz ludzie zdają sobie sprawę, że może mieć znaczenie na bardzo wysokim poziomie i że może dać przewagę. Dlatego wspomniałem o tunelu aerodynamicznym, bo w kolarstwie bardzo dużo pracuje się teraz nad aerodynamiką. Zdecydowanie zespoły Formuły 1, które posiadają tunele aerodynamiczne, mogą pomóc, czy też sprawdzić różne rozwiązania.

Z drugiej strony, są to dwa tak różne sporty, że bardzo trudno o porównanie bądź inne korzyści, poza marketingowymi. Często zdarza się tak, że te największe marki w kolarstwie mają też dużo wspólnego w różnych innych środowiskach, nie tylko sportowych. Jednak Formuła 1 to sport, ale też duży biznes. Tak jak powiedziałem, pod względem technologicznym, zespoły Formuły 1 mają bardzo dużą wiedzę na temat aerodynamiki, ale i o rozwiązaniach z włóknem węglowym, które, jak wiemy, może sporo zmienić i sporo dać.

Oczywiście jest regulamin rowerowy, ponieważ gdyby go nie było, to te rowery pewnie ważyłyby półtora kilograma mniej. Przy 7 kilogramach, to jest 20%, coś niesamowitego. Trzeba jednak patrzeć szerzej, bo nie zawsze sama lekkość jest plusem. Bo jednak rama musi mieć odpowiednie właściwości i akurat pod tym względem Formuła 1 ma dużo wiedzy i dużo technologii. Nie twierdzę oczywiście, że w kolarstwie tego nie ma.

Innym słynnym kierowcą F1, który bardzo dużo jeździł na rowerze, był Fernando Alonso. Jeździliście kiedyś razem?

Fernando jeździł dużo na rowerze w okresie, kiedy ja miałem wypadek albo trochę wcześniej. To był ten okres, kiedy on bardzo ambitnie podchodził do planów kolarskich, ale razem nie jeździliśmy. W ubiegłym roku jeździłem z osobą, która z nim jeździła i jeździ. Ten sam fizjoterapeuta, który kilkanaście lat współpracuje z Fernando jeździł też ze mną na wyścig. Może kiedyś się uda.

PKN ORLEN co raz śmielej inwestuje też w kolarstwo. W ubiegłym roku zorganizował po raz pierwszy wyścig w barwach narodowych dla kolarzy poniżej 23-go roku życia pod nazwą ORLEN Wyścig Narodów. ORLEN wspiera też cykl wyścigów dla amatorów, które, między innymi, odbywałyby się właśnie jako imprezy towarzyszące Wyścigowi Narodów i Tour de Pologne. Jeśli oczywiście pozwoli na to sytuacja epidemiczna, czy jest szansa, że kiedyś zobaczymy Cię na trasach tych wyścigów?

Myślę, że gdy wyjdziemy z tej ciężkiej sytuacji, to będę miał naprawdę sporo u siebie do roboty. Dwa lata temu myślałem, żeby przyjechać z kumplami, ale wyścigi kolarskie muszę niestety teraz odpuścić. Mówię niestety, bo chciałbym się pokazać. Przypięcie numeru na rower i na siebie dodaje mi motywacji. Jednak jest to bardziej przygoda i zabawa, niż start żeby się wykazać. Jest jednak spore ryzyko, szczególnie w grupie, że może się coś wydarzyć. Na dzisiaj nie mam tego w planach, ale może w przyszłości.

Ostatnie pytanie, które muszę zadać: czy golisz nogi?

[śmiech] No tak, trzeba! [śmiech] Chociaż jak teraz popatrzyłem, to lepiej nie będę pokazywał!

Dziękuję za rozmowę!

Rozmowa z Robertem Kubicą. Część 1. "Kolarstwo wiele mi dało"

Data: 01.05.2020 15:58

Autor: ziemianin

rowery.org

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #kolarstwo #robertkubica #kubica #rowery #roweroweswiry #wywiad #pasja #sport

W obszernym wywiadzie Robert Kubica opowiada nam o swojej pasji do kolarstwa i o tym, jak rower pomógł mu wrócić do bolidu F1.

Rozmowa z Robertem Kubicą. Część 1. "Kolarstwo wiele mi dało"

Robert Kubica znany jest przede wszystkim jako jedyny polski kierowca Formuły 1. O wiele mniej osób kojarzy sympatycznego krakowianina z jazdą na rowerze i kolarstwem.

W obszernej rozmowie z naszym wortalem zwycięzca Grand Prix Kanady w 2008 roku opowiada o swojej wieloletniej pasji do rowerów, przyjaźni z kolarskimi gwiazdami i ulubionych wyścigach. Dowiecie się też ile watów jest w stanie wykręcić mistrz kierownicy.

Zapraszamy do lektury pierwszej części rozmowy z Robertem Kubicą.

Jakub Zimoch: Dzień dobry Panu…

Robert Kubica: Żadnemu Panu, aż tak stary chyba nie jestem. [śmiech]

W takim razie, mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku w tej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy?

Tak, tak.

Dzisiaj już po sesji na Zwifcie?

Była, ale krótka. Ostatnimi czasy już nieco mniej jeżdżę, bo ściganie i symulator zabrały mi więcej czasu. Sesja była krótka, bo taka bardziej przed-śniadaniowa albo późno-śniadaniowa. Później będzie chyba jeszcze jedna, ale też raczej krótka.

Skąd się wzięło u Ciebie w ogóle zainteresowanie kolarstwem?

Prawdę mówiąc od zawsze miałem do czynienia z rowerem. Moi rodzice się śmiali, że wcześniej próbowałem pedałować, niż zacząłem chodzić. Jako młodemu dzieciakowi, w codziennej zabawie zawsze towarzyszył mi rower. Z czterema kumplami urządzaliśmy sobie jakieś wyścigi wokół bloku: pół-żużlowe, pół-rowerowe.

Gdy byłem starszy, pamiętam, że pojechałem na obóz rowerowy. Ale to wszystko były rowery górskie. Nawet kiedy ścigałem się już w kartingu w Polsce, to ten rower jakoś zawsze był obok mnie – na podwórku, na wakacjach i tak dalej.

Później moim podstawowym zadaniem stało się ściganie i jakoś ta pasja poszła na bok, bo na rower nie miałem już za bardzo czasu. Potem zacząłem wyjeżdżać do Włoch, już bez roweru, i nie miałem okazji jeździć.

Po jakimś czasie, jak już jeździłem w Formule 1, zacząłem trenować kolarstwo szosowe dla utrzymywania formy fizycznej. Prawdę mówiąc, wtedy bardzo mało jeździłem, więcej biegałem. W 2010 roku znowu złapałem takiego rowerowego bakcyla, ale tylko na chwilę. Zacząłem dużo jeździć w przerwie między Grand Prix, ale później w międzyczasie jeździłem też w rajdach i trochę w wyścigach [samochodowych], więc na rower nie było za bardzo czasu.

Jak wiadomo, w 2011 miałem wypadek i tak naprawdę przez prawie dwa lata byłem wyjęty z życia. Nie mogłem nic robić. Tutaj najbardziej chodziło o rękę, która ucierpiała w wypadku.

Później powiedziałem sobie „OK, spróbuję pojeździć na rowerze". I spróbowałem, ale miałem taką dosyć niebezpieczną sytuację… kiedy jechałem drogą, kobieta w zaparkowanym aucie otworzyła drzwi tuż przede mną. Powiedziałem sobie: "no dobra, mam już tylko jedną w pełni sprawną rękę, nie mogę ryzykować wypadku jeżdżąc sobie dla przyjemności". I znów odstawiłem rower.

Ale po kilku latach wróciłem. Tak naprawdę to rower pomógł mi powrócić na dobre na tor w sezonie 2016-2017. Kiedy w 2016 roku wszedłem na wagę i zobaczyłem magiczną liczbę… 87 kilogramów, powiedziałem sobie: "tak nie może być". Postanowiłem, że muszę zejść poniżej 80 kilo, a potem zacząć wsiadać na rower. Tak też zrobiłem.

Ja żyję takimi stawianymi sobie celami i muszę mieć zadanie do wykonania albo cel do osiągnięcia. Oczywiście, pierwsze metry, pierwsze dni były no… [śmiech] horrorem. Nie tylko jeśli chodzi o formę. Mając pewne ograniczenia fizyczne, niestety nie jestem w stanie utrzymywać normalnej pozycji na rowerze i muszę te moje ograniczenia zrekompensować.

Wtedy jeździłem po 30, 35, 40 minut i schodziłem z roweru z masakrycznym bólem pleców. No ale, jako że jestem zawzięty, to nie odpuściłem. Powoli, powoli zacząłem jeszcze bardziej chudnąć, robić lepszą formę i w końcu zacząłem jeździć dłużej.

Dlaczego powiedziałem, że kolarstwo pozwoliło mi wrócić na dobre tory?

Ponieważ to była nie tylko część fizyczna, ale też mentalna mojej rehabilitacji i powrotu do formy. Uważam, że nie chodzi o to, żeby jeździć szybko czy wolno, czy też o technikę jaką się jeździ. Myślę, że jazda na rowerze naprawdę dużo daje i może dużo dać wszystkim. Nie chodzi o ściganie się z innymi. To może być naprawdę super możliwość wyciszenia się, bycia ze sobą, z naturą… to czas, żeby pomyśleć. W zależności od swojego humoru można dostosować swój styl jazdy. I, jakby nie było, bardzo się cieszę, że znowu odkryłem tę pasję z dzieciństwa, ponieważ przez ostatnie lata naprawdę sporo mi dała.

Jak już zacząłeś jeździć, to od razu z wysokiego C. Normalnie ludzie przecież nie jeżdżą od razu regularnie z Alessandro Petacchim czy Michałem Kwiatkowskim.

Muszę tu powiedzieć, że jeżdżę w miarę dużo, jak na czas, który mam. Oczywiście w okresie, w którym się teraz znaleźliśmy, tego czasu mam sporo. Ale nawet startując i mając wyścigi, a przy tym podróżując po całym świecie, staram się utrzymywać formę. Doszedłem do takiego momentu, że jak nie jeżdżę kilka dni, to brakuje mi roweru. I to jest bardzo fajne. To pokazuje, jak rower znowu stał się częścią mojego życia i jak dużo mi daje.

Tak naprawdę dni czy tygodnie spędzone bez roweru mnie denerwują. Wiem, że jak 2 tygodnie nie jeżdżę i wsiądę na rower, to będzie ciężko. Ale też po prostu czuję chęć i potrzebę pojechania sobie gdzieś, spędzenia czasu w innym towarzystwie, albo w towarzystwie swojego roweru.

Jeśli chodzi o moje jazdy, to jestem pasjonatem i w 100% amatorem. Ja się śmieję, że jeżeli chodzi o jazdę z tymi facetami, których wymieniłeś, to brakuje mi jednej dodatkowej nogi. Może i to by nie wystarczyło. Myślę, że to jest normalne. W każdym sporcie profesjonaliści są profesjonalistami, a amatorzy i pasjonaci są amatorami i pasjonatami. Dlatego w kolarstwie to jest piękne, że mogę zrobić sobie trening, który dla zawodowców jest coffee ride, i spędzić razem czas.

Alessandro [Petacchi] jest moim dobrym kumplem. Poznaliśmy się dosyć późno, ale dzięki kolarstwu spędzamy razem sporo czasu. "Kwiato" poznałem chyba 2 lata temu i miałem okazję dołączyć się do ich coffee ride w okolicach Monako. Ostatnio, przed koronawirusem, jeździłem z Sylwkiem Szmydem. Paru kolarzy znam, jest to bardziej przyjaźń i kumpelstwo niż jeżdżenie razem na tym samym poziomie.

Dają Ci jakieś rady o kolarstwie? Sam ich wypytujesz o wskazówki?

Ja sam się interesuje i dopytuję. Moim największym źródłem informacji jest Michele Bartoli, który aktualnie trenuje sporą grupę kolarzy i zawsze chętnie dzieli się doświadczeniem, kiedy pytam o wskazówki czy rady. Zresztą Michele bardzo dobrze znam i bardzo podziwiam, nie tylko za to jakim jest kolarzem, ale też jakim jest człowiekiem. Bardzo go szanuję za jego osiągnięcia i podejście do kolarstwa.

Moim największym problemem jest luźne podejście do kolarstwa. Traktuję rower raczej jako potrzebę, jako rekreację czy utrzymanie formy. Nie robię sobie rozpisek czy tabeli z treningami. Oczywiście sam się wkurzam, jak kumple zrywają mnie z koła pod górę, albo gdy nie jestem w formie. Ale nie mam mobilizacji, żeby na dłuższy okres skoncentrować się tylko na specyficznych treningach i robieniu ich od A do Z.

Może to wynikać z faktu, że jestem związany z innym sportem, który wymaga ode mnie dyscypliny. Chyba właśnie dlatego ta pasja rowerowa i ta trochę niechęć do robienia konkretnych treningów jest fajna. Daje mi wolność wyboru. Mogę robić, co chcę. Jak wyjadę z domu i czuję, że jest dobra noga, to sobie pojadę szybciej, sprawdzę swoją formę. Jak nie ma nogi, to zawrócę i pojadę do domu.

Próbowałem robić treningi, ale niestety nie mogę sobie pozwolić na systematyczność. Moja praca i codzienne zajęcia zabierają sporo czasu. Myślę, że kolarstwo jest jednym z niewielu sportów, gdzie już nawet 3-4 dni bez jazdy na rowerze robi dużą różnicę. Po przerwie wsiadasz na rower i czujesz, że coś się zmieniło. I to jest, jakby nie było, w kolarstwie trudne.

Ja patrzę na kolarzy z dużym podziwem i szacunkiem. Nie tylko z powodu wyścigu, który widzę na ekranie, ale dlatego, że wiem jakie są przygotowania i ile wysiłku trzeba włożyć, żeby w ogóle znaleźć się w takim miejscu. Jeśli mogę zaryzykować, a myślę, że mam rację, to życie kolarza jest najtrudniejszym życiem spośród sportowców pod względem wyrzeczeń, dyscypliny pracy, a także tego ile czasu i wysiłku trzeba włożyć, żeby się znaleźć na mecie.

Czy tak jak w motosporcie, spotkałeś się z jakimiś zwyczajami, tradycjami czy historiami w kolarstwie które Cię zaskoczyły?

Każdy sport ma swoje cechy, swoją specyfikę i swoje historie. Bardzo często trenuję i spędzam czas we Włoszech, w rejonie, gdzie jest dużo kolarzy. Mam też jednego kolegę, kolarza z Bardiani, z którym jeździmy na symulatorach wyścigowych. Wiadomo, że będąc w środowisku jakieś historie się słyszy, ale te trzeba zostawić w swoim gronie [śmiech].

Oglądasz wyścigi kolarskie?

Zawsze lubiłem oglądać kolarstwo. Myślę, że kolarstwo ma dużo wspólnego z Formułą 1. To znaczy, albo może być super fascynujące, albo bardzo nudne. Jest wielu ludzi, którzy mówią, że zasypiają w czasie wyścigów F1 i tym bardziej w czasie wyścigów kolarskich. Z tym, że większość ludzi nie jest w stanie sobie wyobrazić jaki to jest wysiłek i co się dzieje w trakcie wyścigu.

Przyznam się szczerze, że przez ostatnie 10-15 lat… OK, wyścigi F1 oglądałem w okresie, kiedy nie startowałem, w tym okresie rehabilitacji. Ale myślę, że na pewno przez ostatnie 3 lata oglądałem więcej wyścigów kolarskich niż wyścigów Formuły 1.

Miałem takie okresy, kiedy szukałem – a ja telewizji za bardzo nie oglądam – transmisji, retransmisji, jakichś programów o kolarstwie, żeby sobie obejrzeć, tak po prostu. Bardzo często zależy to od kraju, w którym jestem. Oczywiście we Włoszech kolarstwo jest bardzo popularne, mieli i mają bardzo dużo utalentowanych kolarzy. Może tak być, że wiem dużo więcej o kolarzach włoskich, niż wiem o polskich, ponieważ włoskie kolarstwo jest bardziej dostępne i dlatego automatycznie można obejrzeć więcej.

Oglądam też jakieś starsze wyścigi, bardzo chętnie klasyki. Zawsze jest tak, że jak już oglądam telewizję i przełączam kanały, to jak trafię na kolarstwo, to zostawiam. I jest to fajne.

Masz jakiś ulubiony wyścig?

Ja w 2017 roku miałem jechać na "Flandrię". Bardzo lubię historie o niej. Moi kumple kolarze co roku jeżdżą do Belgii na klasyki, zarówno startować w amatorskich wyścigach jak i oglądać wyścig zawodowców. Zawsze mi opowiadają różne ciekawe historie. I to jest fajne w kolarstwie, że wszystkie historie powodują, że cofam się 20-30 lat wstecz, gdy byłem młody. Może to jest też plus moich znajomych, że potrafią mi opowiedzieć o tych wyprawach, w taki sposób, że budzą fascynację i chęć bycia tam.

Za każdym razem myślę jednak, że po pierwsze nie mogę pojechać, bo jest to w trakcie sezonu, a po drugie, na samą myśl, że to jest marzec-kwiecień i miałbym jechać dobrych kilka godzin na rowerze i miałoby padać, wiać i być zimno… To jednak wolę wypad z kumplami na Teneryfę w styczniu, gdzie jest gwarantowana pogoda.

Jak oglądasz wyścigi kolarskie, to wolisz klasyki, gdzie jest krótko i zwięźle, czy opery mydlane jak Tour de France?

To zależy. To są dwa różne rodzaje wyścigów. Częściej oglądam Wielkie Toury i podoba mi się w nich też taktyka, różnorodność tego, co się dzieje, kto się może pokazać, kto się nie może pokazać. Myślę, że to jest coś, czego człowiek, który nie zna się na kolarstwie, może nie wyczuć. A szkoda.

Jest naprawdę dużo rzeczy, które zmieniły się w kolarstwie przez ostatnie 20-30 lat. Tak jak w Formule 1, tak samo w kolarstwie, słyszę, że kolarstwo to już nie to samo. Albo że 20-30 lat temu to byli kolarze, a ci co teraz jeżdżą w ogóle nie mieliby szans.

Świat się zmienia i kolarstwo się zmienia. Myślę, że szczególnie Wielkie Toury z ostatnich lat mają dużo więcej taktyki, dużo więcej myślenia, a nie tylko mocy i jazdy na zasadzie kto dojedzie do końca, ten dojedzie. Teraz wiemy więcej o wysiłku, lekarze i zespoły mają też dużo więcej informacji. Kolarstwo zrobiło się bardziej techniczne. Nie tylko pod względem materiałów, ale też pod względem przygotowania i rozgrywek taktycznych, w zależności od formy danego dnia. To jest coś niesamowitego, że ci faceci jadą przez 3 tygodnie. I to nie jadą tak, jak ja sobie jeżdżę [śmiech], tylko naprawdę mocno. To jest coś niesamowitego.

W Formule 1 panuje o Tobie opinia, że świetnie analizujesz dane wiele z nich wyciągając i że lubisz to robić. Obecnie podczas jazdy na rowerze można zbierać wiele danych. Też je zbierasz i analizujesz? Czy w kolarstwie Cię to kompletnie nie interesuje?

Mam parę czujników i rzeczy, które mogę sobie sprawdzić. Ale, jak powiedziałem wcześniej, podchodzę do tego bardziej luzacko. Czasami sobie myślę, że na trenażerze mógłbym popracować nad techniką pedałowania, ponieważ moja prawa noga jest dużo krótsza. To mi pokazuje, jak bardzo kolarstwo mi pomogło.

Gdy zaczynałem jeździć na rowerze, oczywiście nie same początki, ale już później, to prawa noga podawała dużo słabiej. Miałem mniej watów i dużą dysproporcję pomiędzy lewą, a prawą nogą. Teraz, kiedy jestem w formie, ta dysproporcja jest minimalna. To też pokazuje jak ciało i umysł potrafią się dostosować. Także widzisz, mam te czujniki, chociaż nie za bardzo na nie patrzę.

Tak samo jest w wyścigach. Myślę, że te wszystkie dane są potrzebne bardziej do analizy przez ludzi, którzy nie są tobą. Czyli inżynierów, lekarzy czy trenerów. A kolarz sam dokładnie wie, co się dzieje z jego ciałem. Ja na przykład, to co widać na telemetrii z bolidu i co mogę sobie później obejrzeć i sprawdzić, to czuję od razu. Telemetria jest dobra, bo pozwala różne rzeczy sobie potwierdzić. Utwierdza cię w tym, że dobrze wyczułeś, że dobrze to robisz i interpretujesz wszystko, co się dzieje.

Myślę, że w kolarstwie właśnie w tym jest pomocna technologia. Kolarze, szczególnie ci młodsi, są w stanie potwierdzić swoje odczucia oraz intuicję z informacjami, które zbierają. Dodatkowo te wszystkie dane są później przetwarzane przez innych i analizowane w kontekście konkretnego kolarza.

Z tego, co wiem, 20-30 lat temu kolarze byli dzieleni na grupy i treningi były dobierane pod każdą grupę – sprinter, góral, i tak dalej. Teraz profesjonalni kolarze dostosowują sobie treningi w zależności od dnia, od tego jak jadą pierwsze pół godziny, pierwszą godzinę. To się robi dużo bardziej techniczne dzięki postępowi technologicznemu.

Możesz zdradzić jaką moc generujesz na rowerze?

U mnie się to trochę zmienia. Ja zawsze najlepszą formę miałem w lutym, ponieważ to jest ciągle przed sezonem, a grudzień-styczeń to czas, kiedy mogę sobie więcej pojeździć. To też zależy od tego, gdzie się robi test i jaki się robi, ale moim najlepszym testem na VO2max przez 20 minut było 315-320 watów. To już są moje górne wyniki.

Ja jestem dosyć lekki, bo mam 185 cm wzrostu, a dzisiaj ważyłem poniżej 65 kilogramów. Niestety, ale u mnie jest tak, że chęci są, formę jestem w stanie zrobić, ale brakuje mocy. Za każdym razem jak spada wydolność, to czuję, że nie mam czym naciskać na pedały [śmiech].

Nie mam za dużo mocy, ale nad znajomymi przewagę robię zawsze po trzeciej godzinie. Ja wolę dłuższe dystanse, wtedy staje się to dla mnie bardziej interesujące. Tak jak ci mówiłem na początku, ja muszę mieć jakieś cele. Wyznaczam sobie jakiś punkt, do którego chciałbym dojść i staram się dopiąć swego. Ale muszę się przyznać, że bardzo często te kolarskie cele wyznaczam sobie zbyt wysokie, jak na moje możliwości i czas, jaki mogę temu poświęcić.

Często, jak już mam czas, to coś się dzieje. Albo za dużo trenuję, za dużo jeżdżę i nie mam czasu na odpoczynek. Zawsze odbywa się to jakoś chaotycznie, bo albo jestem po samolocie, przed samolotem, albo tu albo tam i jednak to odczuwam.

Dlatego w styczniu i lutym mam najlepszą formę, bo to są okresy kiedy najmniej podróżuję i kiedy najmniej się u mnie dzieje. Myślę, że ma to dla mojej formy duże znaczenie. Tak naprawdę to, co najważniejsze, to mieć przyjemność z jazdy. Oczywiście fajnie się wjeżdża pod górę parę minut krócej i męcząc się mniej. Albo inaczej, i tak męczysz się tak samo, ale wjeżdżasz o tę chwilę szybciej.

Jest coś, co mnie zawsze nurtowało w kolarstwie, i nie znam odpowiedzi, może ty mi odpowiesz. Ja ci teraz zadam pytanie.

Ten sport zabiera masę czasu, nawet żeby jeździć amatorsko. Żeby być na takim poziomie, żeby sobie gdzieś pojechać na 2-3 godziny, to trzeba poświęcić sporo czasu, sporo energii, sporo potu, sporo pieniędzy. Kolarstwo nie jest tanie, nawet nie mówiąc o samych rowerach. Co w tym jest, że za każdym razem, jak wjeżdżasz pod tę górę, to umęczony pytasz „po co ja to robię?".

Dwa dni nie jeździsz, a trzeciego wsiadasz znowu na rower. To jest bardzo nurtujące. Po co ja to robię? Po co ja się tak męczę? Bo ja przecież nie muszę. Jasne, kolarstwo pozwala mi dbać o formę, ale ja nie muszę jeździć tak, jak jeżdżę. A jednak. Próbuję się domyślić, czy to tylko ja tak mam, czy większość ludzi tak ma, że chciałoby rzucić tym rowerem, a później wraca taka miłość.

Myślę, że nie jesteś jedyny i większość ludzi tak ma. Tu, gdzie mieszkam mam do wyboru płaskie trasy wokół jezior, albo podjazdy z nachyleniem nawet po 15 i więcej procent. I częściej, zamiast przyjemnej trasy po płaskim wybieram tę po okolicznych górkach. Mnie się wydaje, że jest to po prostu namacalny cel, jakieś osiągnięcie, za które nagrodę dostajemy od razu na szczycie i możemy być z siebie trochę dumni. Tu masz te kilkanaście, czy kilkadziesiąt minut od początku do końca, które są Twoje i Ty to osiągnąłeś, więc czas pracy i oczekiwania na sukces jest bardzo krótki.

Łączysz sobą dwa, czasem wrogie światy, kierowców i rowerzystów. Czujesz czasem na szosie wrogość tych pierwszych?

Jeździłem w wielu krajach, mogę powiedzieć, że to zależy od tego, gdzie jesteś, od kraju i kultury. Ale też sporo się zmienia. Wydaje mi się, że jest coraz lepiej. Chociaż czasem myślę, że rowerzyści też trochę przeginają. To nie jest tak, że ta wrogość wzięła się z niczego. Są grupy, które się do tego przyczyniają. Jak zawsze, w każdej dziedzinie życia, nie należy wszystkich wrzucać do tego samego worka.

Kubica: Czasem chciałbym być maszyną

Data: 17.02.2020 19:38

Autor: ziemianin

przegladsportowy.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #kolarstwo #motosport #robertkubica #kubica #sport #wywiady

Robert Kubica został nowym kierowcą serii wyścigowej DTM. – Życie bywa okrutne – mówi nam polski kierowca, ale zaraz dodaje, że jeszcze wiele przed nim. Czy Kubica wierzy jeszcze w powrót do F1? – Mam oczywiście świadomość, że to możliwe. Wiem też jednak co innego. Bardzo możliwy jest również scenariusz, że wyścig w Abu Zabi, kończący sezon 2019, był moim ostatnim w F1 – powiedział.

Kubica: Czasem chciałbym być maszyną

W czwartek w siedzibie PKN Orlen oficjalnie ogłoszono, że w nadchodzącym sezonie Robert Kubica będzie nie tylko kierowcą testowym w zespole F1 Alfa Romeo Racing Orlen, ale też wystartuje w serii wyścigów samochodowych DTM. Po tamtym spotkaniu mieliśmy porozmawiać z naszym kierowcą i prezesem PKN Orlen Danielem Obajtkiem. Tego ostatniego zatrzymały inne obowiązki, pojawił się za to Kubica. Robert Kubica opowiedział nam o… kolarstwie, bolidzie Williamsa, który stał się mobilną szykaną, i o tym, że przede wszystkim jest człowiekiem, choć czasem znowu chciałby być maszyną.

Kamil Wolnicki: Zastanawiałem się, jak zacząć i pomyślałem, że spytam fachowca: Michał Kwiatkowski czy Rafał Majka?

Robert Kubica: Nie wiem, czy się znam, jestem bardziej pasjonatem kolarstwa niż specjalistą. Swoją drogą, w Polsce pojawiło się bardzo dużo specjalistów od wyścigów, gdy zacząłem się ścigać w F1. A ja kibicuję każdemu polskiemu sportowcowi. Jeśli chodzi o kolarzy, to obaj zasługują na wielkie brawa i respekt. Mają u mnie wielki szacunek za to, co robią. Wiem, jak wygląda kolarstwo. Albo inaczej – domyślam się. Jestem aktywny w innym sporcie, ale myślę, że kolarstwo to jedna z najtrudniejszych albo i najtrudniejsza dyscyplina. Tam nie ma innego życia. I to coś pięknego.

Słyszałem, że pan też potrafi pojechać na zjeździe stówką.

Nie no…

No dobra, to co robi większe wrażenie – ponad 300 km/h w bolidzie czy 100 km/h na rowerze?

Dobre pytanie. Kiedyś siedziałem z kumplami i o tym rozmawialiśmy. Mówili, że bolid ma cztery koła, za to motocykle dopiero robią wrażenie, ale w końcu mówię: „Panowie, kuźwa… Popatrzcie na kolarzy!”. I nie chodzi mi wcale o samą prędkość. Trzeba wziąć pod uwagę, że kolarz jedzie w cienkim ubraniu, na cieniutkiej oponce i często nie zna zjazdu, po którym pędzi. My na torze znamy każdy zakręt na pamięć, a oni? Niektórzy kolarze włączą mapę na wyświetlaczu, ale to bez porównania. Sam kiedyś wpadłem na pewien pomysł. Mam kilku znajomych, byłych znakomitych kolarzy. Mówiłem im, że wymyśliłem system, który łączy nasze dyscypliny i bardzo pomógłby zawodnikom. Mój znajomy Michele Bartoli, kolarz przez wielkie „K” (były dwukrotny medalista mistrzostw świata oraz dwukrotny zdobywca Pucharu Świata – przyp. red.), jest trenerem i powiedział mi kiedyś, że ma jednego podopiecznego, który może dużo wygrać, ale zawsze gubi koło na zjeździe i dużo tam traci. To wtedy wpadłem na mój pomysł. Później temat umarł, ale jestem pewny, że dzięki pewnym kwestiom z motorsportu, można byłoby pomóc kolarzom na zjazdach.

Nie zdradzi pan szczegółów?

Nie, na razie nie. Chronię prawa autorskie! A wracając do kolarstwa – gdy oglądam etapy, zawsze największe wrażenie robi na mnie jazda zawodowców, kiedy pada deszcz. Nie ukrywam, kiedyś lubiłem szybko zjechać. Szczególnie w czasach, kiedy się nie ścigałem. To budziło we mnie adrenalinę, ale to, co robią profesjonaliści na zjazdach… Nie wszyscy oczywiście, nie każdy tak umie, ale są tacy, którzy potrafią niezwykłe rzeczy. Sam mam zboczenie dotyczące ustawień sprzętu. I OK, ramy ani geometrii nie zmienię, ale już koła albo opony? To bardzo pomaga na zjazdach. Zawodowcy nie mogą tego robić, bo mają swoich sponsorów. Kolarstwo się jednak zmienia, coraz więcej uwagi poświęca się takim rzeczom, jak technologia. Dawniej liczyły się watty i siła, a później co będzie, to będzie.

Żeby nie było tylko o kolarstwie, to popytam też o wyścigi. „Cały czas mam wakacje, nie mogłem sobie wyobrazić lepszej pracy”. Pamięta pan, kiedy pierwszy raz tak powiedział?

Dawno temu, choć później mówiłem to jeszcze kilka razy.

Pierwszy taki cytat znalazłem z 2006 roku. To jak pan ocenia te wakacje z ostatniego roku? Udane?

Nie… Myślę, że lata, które spędziłem za kierownicą, a później te kolejne, były wymagające. A często gdy używam tego słowa, nie chodzi mi o ściganie, ale to, co dzieje się poza torem. Teraz przede mną rok, który będzie wielkim wyzwaniem. I nie myślę tylko o łączeniu pracy w dwóch zespołach i dwóch kategoriach, ale o stronę mentalną. To nie jest łatwe. Nadal jednak myślę, że pójście do pracy, która jest pasją, daje komfort. Człowiek nie czuje, że to obowiązek. Faktycznie, czasem bywa trudno, ale pasja i świadomość tego, że robię coś, po co żyję, daje bardzo dużo.

No tak, ale ten ostatni rok to takie wakacje z touroperatorem…

Który się nie wywiązał z zadania.

Dokładnie. Powiedzmy, że wykupił pan wczasy w nie najlepszym, ale jednak hotelu, ale później okazało się, że to szałas.

Trochę tak to mogło wyglądać. Szczerze powiem jednak, że często kiedy wsiadałem do bolidu, to pojawiały się chwile, w których czułem satysfakcję. Zmieniła się jedna rzecz: doceniam to, co jest mi dane. Mam świadomość, że na to miejsce jest tysiące chętnych i każdy z nich dałby wszystko, żeby tam być. I to mimo trudnych okresów. Nie ukrywam, że sama świadomość jechania na wyścig z pewnością, że nie będzie się w stanie ścigać, to nie jest szczyt marzeń sportowca. Szczególnie z moimi ambicjami. Wracałem do sportu po trudnym okresie. Po czasie, w którym wielu nie wierzyło, że mogę to zrobić.

Przy różnych okazjach słucham i czytam wywiady z panem. Zauważyłem, że lubi pan cięte riposty albo mocny żart. Pytanie, jak to działa w drugą stronę. Sebastian Vettel w trakcie jednego z wyścigów żartował przez radio do swojego inżyniera, że bolidy Williamsa są fajne, ale nie wie, czemu parkują na zakrętach. Chodziło oczywiście o to, że byliście wolni.

No co… śmiałem się, że byliśmy mobilną szykaną.

W pierwszej części przygody z Formułą 1 nie mógł się pan z takimi sytuacjami spotkać, bo jeździł zazwyczaj z przodu. Domyślam się, że w trakcie przerwy musiał pan nabrać pokory do życia, ale to jednak sport, a pan zawsze mówił, że chce być gdzie indziej niż ostatnio.

Cóż, trzeba było wziąć sytuację na klatę. Fakt był taki, że w pierwszym wyścigu po powrocie, czyli w Australii, zdublowali mnie więcej razy niż wcześniej przez całą karierę. Zresztą nawet nie pamiętam, żeby mi się to wcześniej w ogóle zdarzyło. Może w tych pierwszych sezonach? Najgorsze było to, że wiem, co to znaczy, kiedy dojeżdżasz do dublowanego kierowcy, kiedy sam walczysz o pierwsze pozycje. Można stracić lub zyskać bardzo dużo czasu. Na początku starasz się ustąpić miejsca jak najbardziej efektywnie dla wszystkich. Później dochodzisz do wniosku, że różnica w stracie na poziomie sekundy lub półtorej tak naprawdę niczego nie zmienia. Tak samo było ze startami. Ruszasz, starasz się i podejmujesz jakieś tam ryzyko. Najgorsze, że nawet jeśli wyprzedzisz ze dwóch kierowców na pierwszym okrążeniu, to i tak zostaje kwestia odpowiedzi na pytanie, czy z kolei oni cię wyprzedzą za kilka zakrętów czy jednak kilka okrążeń. Życie… Życie bywa okrutne. Wracając do głównego wątku, to myślę jednak, że i tak to wszystko było warte podjęcia próby. Tamten rok nie był łatwy, ale dał mi bardzo dużo.

Wrócił pan do Formuły 1 po wypadku i trudnych latach jako człowiek bardziej pokorny? Pytam, bo mam wrażenie, że – przynajmniej w przekazie medialnym – więcej w panu empatii.

Tak, ale to się wiąże z tym, że wydarzenia z 2011 roku odcisnęły się na mnie i moim charakterze. Czas, który przeszedłem, sprawił, że to, co widać w wywiadach, pokazuje, jaki jestem na co dzień. Wszyscy pamiętają, że jestem kierowcą, ale bardzo często zapominają, że jestem przede wszystkim człowiekiem.

Może pan też kiedyś o tym zapominał?

Nie, pamiętałem o tym i to był plus. Mój charakter się zmienił, ja się zmieniłem. Dawniej byłem maszyną zaprogramowaną do wypełniania zadań i wygrywania. Dzisiaj tego mi trochę brakuje. Są w tym plusy, ale w niektórych sytuacjach wolałbym być maszyną. Szczerze? Nie powiem, że cieszę się z tego trudnego czasu, bo była z tym związana masa trudności, ale pewne rzeczy zmieniły się na inne. Nie wiem czy lepsze, ale inne. Takie, które bardziej doceniam.

To ostatnie pytanie, bo widzę, że kończy się nam czas. Czy Robert Kubica jeszcze wierzy, że wystartuje w GP F1? Wiem, że ma pan przed sobą serię DTM i rolę kierowcy testowego w Alfie Romeo Orlen, ale wiadomo, gdzie jest szczyt.

Formuła 1, to… Formuła 1. Odpowiem realistycznie i sprytnie: pięć–sześć lat temu nikt nie wierzył, że wystartuję w wyścigu, ale ja nie zamknąłem sobie tych drzwi i wróciłem.

Czyli pan wierzy.

Nie mogę tak powiedzieć. Mam oczywiście świadomość, że to możliwe. Wiem też jednak co innego. Bardzo możliwy jest również scenariusz, że wyścig w Abu Zabi, kończący sezon 2019, był moim ostatnim w Formule 1.

Data: 05.08.2019 19:09

Autor: MrHardy

Zmarł Bjorg Lambrecht. 22-letni kolarz miał wypadek na trasie Tour de Pologne

Nie żyje Bjorg Lambrecht. 22-letni belgijski kolarz grupy Lotto-Soudal uderzył w betonowy przepust na trasie trzeciego etapu Tour de Pologne. Zmarł na stole operacyjnym, o czym poinformował Michał Sieroń, rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim.

  1. etap kolarskiego wyścigu Tour de Pologne wystartował na Stadionie Śląskim w Chorzowie, skąd kolarze udali się do Zabrza (150 km). Po przejechaniu przez kolarzy kilkunastu kilometrów, zaczął padać deszcz, a w peletonie doszło do poważnej kraksy. Kolarz ekipy Lotto-Soudal, Bjorg Lambrecht wypadł z drogi i uderzył głową w betonowy przepust. 22-latek był reanimowany przez kilkadziesiąt minut, po czym przetransportowano go karetką do szpitala w Rybniku.

Bjorg Lambrecht nie żyje. Zmarł w szpitalu

Jednak jak podaje "Dziennik Zachodni", zmarł na stole operacyjnym. Kolarz został przywieziony do naszego szpitala w stanie krytycznym. Został przyjęty na SOR, od razu trafił na stół operacyjny. Niestety, w czasie zabiegu kolarz zmarł – powiedział Michał Sieroń, rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Jego śmierć potwierdził również lekarz wyścigu.

– To największa tragedia, jaką mogła sobie wyobrazić rodzina, przyjaciele i koledzy z zespołu Bjorga. Spoczywaj w pokoju – napisano na Twitterowym koncie Lotto Soudal.

Opis

Lambrecht był jednym z najbardziej utalentowanych młodych belgijskich kolarzy. Profesjonalny kontrakt z Lotto Soudal podpisał w zeszłym roku, był również wicemistrzem świata do 23 lat. To druga śmierć w historii Tour de Pologne – w 1967 roku na trasie zginął Jan Myszak. 22-letni kolarz Legii Warszawa wziął udział w kraksie, w wyniku której doznał obrażeń głowy i zmarł w szpitalu kilka godzin później.

#kolarstwo #tourdepolange