F-35, czyli skok na kasę made in USA

Data: 10.02.2020 23:06

Autor: ziemianin

mysl-polska.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #lotnictwo #samoloty #f35 #wojsko #pieniadze #skoknakase

Gen. Jarosław Stróżyk „To, co najbardziej mnie boli, to propaganda, że podpisanie kontraktu sprawia, że Polska jest bezpieczniejsza. Przez samo podpisanie nie jest”

F-35, czyli skok na kasę made in USA

32 amerykańskie samoloty F-35 trafią do Polski. Wartość kontaktu to 4,6 miliardów dolarów. Pierwsze maszyny otrzymać mamy w 2024 r. (do szkolenia w USA), zaś do kraju F-35 trafią w 2026 roku. Przedstawiciele rządu mówią o „epokowym wydarzeniu”, mniej entuzjastyczni są politycy opozycji, i co ważniejsze – eksperci.

„To na pewno historyczna chwila, na pewno duże wzmocnienie sił powietrznych” – powiedział w RMF FM gen. Jarosław Stróżyk o podpisanej w piątek umowie na zakup samolotów F-35 dla polskiego wojska. „Pytanie, czy nie zapłaciliśmy zbyt wiele i czy zaniedbujemy innych rodzajów uzbrojenia” – dodał wojskowy. „To, co najbardziej mnie boli, to propaganda, że dzisiejsze podpisanie kontraktu sprawia, że Polska jest bezpieczniejsza. Przez samo podpisanie nie jest” – powiedział gen. Stróżyk. „Powiedzmy sobie jasno: żadne państwo nie wygrało wojny samymi samolotami. Do tego trzeba mieć cały zestaw sił lądowych i sił morskich, które są bardzo zaniedbane” – stwierdził.

Z kolei mjr Michał Fiszer na portalu Bussinessinsider mówi: „To bardzo kontrowersyjny zakup. Uzyskujemy możliwości, których nie jesteśmy w stanie w pełni wykorzystać. I to kosztem innych potrzebnych zakupów Samoloty F-35 obarczone są mimo wszystko pewną zawodnością”. Czy umowa na zakup F-35 bez offsetu była dobrym pomysłem? „Wydaje mi się, że nie przeprowadziliśmy dokładnej analizy naszych potrzeb, scenariuszy i innych możliwości. Podjęliśmy chyba tę decyzję myśląc po prostu, że jest to najnowszy i amerykański myśliwiec piątej generacji. Zakup F-35 wydaje się być robiony „pod wyborcę” – tłumaczy mjr Fiszer. F-35 to myśliwce zdolne do działania w sieci wymiany informacji. Dzięki temu mogą „rozmawiać” ze sobą nawzajem i z innymi sprzętami. „Moim zdaniem nie wykorzystamy w Polsce tych możliwości, bo po prostu w naszym wojsku nie ma z kim. Należałoby zmodernizować całe wojsko pod kątem sieciocentryczności” – tłumaczy ekspert. „Własności stealth bez kompleksowego systemu pokonywania obrony powietrznej nie dają nietykalności nad obcymi strefami antydostępowymi” – dodaje.

Takie same wątpliwości ma portal wnp.pl: „Pomińmy polityczne kontrowersje i przepychanki co do sensowności, sposobu i ceny zakupu nowych samolotów i przypomnijmy, jakie nowe fakty o umowie ujawnił MON. Wynika z nich, że radość z zakupu latających komputerów czy laptopów, jak często nazywane są wielozadaniowe F-35, będziemy musieli rozłożyć na lata. Wprawdzie dostawy polskich F-35A mają się rozpocząć w 2024 r., ale pierwszych 6 maszyn mamy otrzymać w latach 2024-2025. Kolejne roczne dostawy mają liczyć od 4 do 6 maszyn. Wszystkie 32 samoloty dostaniemy do 2030 r. Nie znaczy to jednak, że w 2025 czy rok później zobaczymy pierwsze 6 maszyn na niebie nad Polską. Będą one stacjonowały w bazie amerykańskiej, gdzie w latach 2024-2026 na swoich już maszynach będą się szkolić polscy piloci oraz personel techniczny. Szkolenie jednego pilota kosztuje ponad 5 mln zł. Tak było w przypadku szkoleń na F-16. Szkolenie na o wiele bardziej skomplikowanych maszynach piątej generacji to z pewnością o wiele większy wydatek.

A to dopiero początek. Bo proces wyszkolenia pilota na wojnę trwa latami. Przykładem cykl szkolenia na F-16, o którym wnp.pl mówił gen. Tomasz Drewniak, były szef Sił Powietrznych RP: „Pilot po szkoleniu w Stanach ma tylko podstawowe kwalifikacje do latania na F-16. Na wojnę nie jest gotowy. To tak, jakby kierowcę, który właśnie odebrał prawo jazdy, wysłać, by brał udział w rajdzie samochodowym. Tragedia na pierwszym zakręcie” – twierdził generał. „Dopiero kiedy ktoś po B Coursie wylata kolejne pięćset godzin, można mówić, że mamy wyszkolonego pilota. Trwa to jednak prawie dziesięć lat. I nie da się tego skrócić” – zapewniał Drewniak. A przecież F-35 to system walki, z jakim Polska nigdy dotychczas nie miała do czynienia. Aby wykorzystać pełne możliwości F-35, musi być dla niego stworzone od podstaw środowisko techniczno-operacyjno-szkoleniowe nowego typu. Szkolenie na takich maszynach jest o wiele bardziej złożone, wymaga opanowania technologii i możliwości zupełnie nieznanych polskim pilotom. Według Amerykanów polskie Siły Powietrzne mają osiągnąć wstępną gotowość bojową na F-35 do 2028 roku. Pełną gotowość bojową osiągną w 2030 r. Jeśli oczywiście nie będzie poślizgu w ich produkcji”.

I wreszcie fachowy portal Defence24: „Wszystko to, w połączeniu z kosztami programu F-35 powoduje, że jego realizacja wiąże się z istotnym ryzykiem zahamowania lub odsunięcia w czasie innych programów modernizacyjnych (często już opóźnionych w stosunku do pierwotnych planów). Wydatek 30 mld złotych będzie prawdopodobnie realizowany w większości jeszcze w czasie, gdy udział nakładów na obronę w PKB kształtować się będzie na poziomie mniej niż 2,5 proc. (ten zostanie – zakładając przestrzeganie obecnych przepisów – osiągnięty dopiero w 2030 roku, w momencie dostawy ostatnich F-35).

Co prawda na modernizację SZ przewidziano aż 524 mld złotych do 2035 roku, jednak założenia makroekonomiczne na jakim oparto plan są bardzo optymistyczne, czy wręcz mało realistyczne, a ponadto zakładają wzrost udziału wydatków na modernizację do prawie 40 proc. pod koniec perspektywy planistycznej (w br. to 27 proc.), i to równolegle ze zwiększaniem liczebności armii. Można przytoczyć tutaj też słowa ministra Błaszczaka wygłoszone przy okazji podpisania PMT, że na modernizację w roku 2025 planuje się wydać 24 mld zł, a w 2035 ponad dwukrotnie więcej, czyli 50 mld. To kolejne potwierdzenie że największy wzrost wydatków planowany jest w ostatnich latach perspektywy planistycznej, już po zakończeniu dostaw myśliwców F-35.

Trzeba też pamiętać, że oprócz kosztów zakupu trzeba będzie również ponosić wydatki związane z utrzymaniem myśliwców F-35A w cyklu życia. Amerykański Government Accountability Office, organ odpowiedzialny za kontrolę wydatków publicznych, podał w 2019 roku, że wartość całkowitych funduszy przeznaczonych na zakupy (procurement) związanych z programem F-35 wynosi 406 mld USD, podczas gdy utrzymanie tego systemu w łącznie ponad 50-letnim cyklu życia to aż 1,12 biliona USD. Łatwo obliczyć, że na koszty wsparcia przypada aż 73 proc. wydatków związanych z utrzymaniem systemu”.

Wyraźnie poirytowana tymi dyskusjami jest Georgette Mosbacher, ambasador USA w Polsce. Udzieliła wywiadu Marcinowi Makowskiemu, dziennikarzowi „Do Rzeczy” i WP. Została zapytana o ocenę słów polityków opozycji o tym, że Polska nie powinna była kupować myśliwców F-35, zwłaszcza za tak wysokie ceny.

„Wasz kraj ma bardzo tragiczną historię konfliktów zbrojnych i wie, że jeśli nie ma bezpieczeństwa, nie istnieje przestrzeń na cokolwiek innego. Nie postawisz nowych fabryk, szkół czy szpitali, gdy grozi ci konflikt, albo gdy boisz się wyjść z domu, bo przeciwnik okupuje twoje ulice. (…) Słyszałam argument, że zamiast kupować myśliwce, można postawić nowe szpitale. Tylko kto zbuduje te szpitale, jeśli będziecie się obawiać ataku? – stwierdziła Mosbacher. Jak dodała, „politycy, którzy nie rozumieją, że koszty nie są rzeczą stałą, wykazują się naiwnością”.

To demagogiczne wytłumaczenie jest typowe dla amerykańskiej strategii w Polsce – podsycać poczucie zagrożenia (którego nie ma), po to, żeby wymuszać na polskim rządzie nieracjonalne i kosztowne wydatki, i szantażować tych, którzy to kwestionują zarzutem o brak patriotyzmu i troski o los państwa. Pani ambasador nie raz pokazała, że zajmuje się w Polsce tylko wyciskaniem pieniędzy i bezprawną ochroną amerykańskich firm.