Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Data: 05.12.2019 20:40

Autor: ziemianin

biznes.pap.pl

#ccodziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktualnosci #biznes #polityka #polska #niemcy #pge #elektrownia #energia #niewygodneinfo

Kontrolowana przez rząd największa firma energetyczna w kraju (PGE), właśnie oświadczyła, iż do 2030 roku planuje uruchomić pierwsze farmy offshore, rozwinąć program fotowoltaiki i zbudować elektrownię gazową w Dolnej Odrze (woj. zachodniopomorskie). Wszystko ma kosztować 13 mld euro (czyli jakieś 56 mld zł). Informacja o planach inwestycyjnych PGE zbiega się z wypadającą niebawem 10. rocznicą powołania do życia spółki PGE EJ1, która miała wybudować pierwszą polską elektrownie atomową, a do dziś nie wybrała nawet jej lokalizacji. Zmiana władzy z PO na PiS nic nie dała.

Zamiast atomu będzie elektrownia zasilana gazem z Niemiec? PiS czy PO, a robią dokładnie to samo

Kilka dni temu na łamach tego bloga opisywałem plany naszych zachodnich sąsiadów, które przewidują, iż Niemcy staną się europejskim hubem gazowym i głównym dystrybutorem rosyjskiego Gazpromu. Warunkiem koniecznym powodzenia tego planu jest niedopuszczenie do sytuacji, w której potencjalni nabywcy rosyjskiego gazu z kierunku zachodniego (czyli np. Polska) budują własne systemowe źródła mocy, gdzie energia będzie pochodziła z węgla lub atomu.

Jakub Wiech, ekspert z dziedziny energetyki, nie ma wątpliwości: – "Niemcy walczą z czystą energetyką jądrową w Europie, by w jej miejsce weszły jednostki opalane gazem – a tym paliwem handlować ma Berlin dzięki Nord Streamom. Nie ma to nic wspólnego z ochroną klimatu, ale dużo z niemieckim interesem".

Nie chce mówić, że na wieść o ogłoszeniu przez PGE planów budowy dużej elektrowni gazowej tuż przy granicy z Niemcami, u naszych sąsiadów (zarówno tych po zachodniej, jak i wschodniej stronie) strzeliły korki od szampana, ale nie mam wątpliwości, że nikt tam przeciwko takiej inwestycji protestować nie będzie. Chodzi bowiem o potencjalnie bardzo dużego odbiorcę gazu ziemnego, który – tu znowu kluczowe słowo – potencjalnie może być dostarczany z Rosji do Niemiec (poprzez Nord Stream), a dalej odsprzedawany do PGE. Na takiej transakcji zarobiliby zarówno Rosjanie, jak i Niemcy. To przede wszystkim w ich interesie leży, aby na terytorium Polski powstawały tego typu inwestycje. To w ich interesie jest również to, aby pierwsza polska elektrownia atomowa nie powstała nigdy, a nowe bloki węglowe, takie jak Ostrołęka C, były rząd porzucane (co podobno się właśnie dzieje – więcej info tutaj swoją drogą jeśli to prawda i rząd PiS rzeczywiście chce porzucić realizację elektrowni "Ostrołęka C" – którą miała budować amerykańska firma i teraz trzeba będzie płacić Amerykanom wielomilionowe odszkodowania za zerwanie kontraktu – to mamy do czynienia z gigantyczną aferą, do opisania na blogu w odrębnym artykule).

Ktoś powie, że do nowej elektrowni gazowej PGE w Dolnej Odrze będzie dostarczany norweski gaz z Baltic-Pipe. No i pewnie tak będzie, tylko najpierw wspomniany Baltic-Pipe musi powstać. A póki co istnieje on tylko na papierze i taki stan może jeszcze trochę potrwać. Tymczasem Nord Stream 1 już działa, a budowa Nord Stream 2 zakończy się najdalej w drugiej połowie przyszłego roku.

Powtórzę zatem raz jeszcze – decyzja o budowie dużej elektrowni gazowej przy granicy z Niemcami będzie pozytywnie odbierana w Berlinie (i pośrednio w Moskwie). Wątpię, aby ktokolwiek po niemieckiej stronie chciał zablokować tę inwestycję, tak jak zablokowano polską inwestycję w atom, kiedy to w 2011 roku nasi zachodni sąsiedzi oraz działające tam organizacje ekologiczne wysłały do Komisji Europejskiej w tej sprawie specjalny list protestacyjny, a rząd Tuska otrzymał aż 20 tys. indywidualnych niemieckich zastrzeżeń dotyczących polskiego programu jądrowego.

Offshore, fotowoltaika i elektrownia gazowa będą kosztowały PGE ok. 13 mld euro

Już nawet Uzbekistan buduje własną elektrownie atomową. Tymczasem polski rząd woli ku . . .

Data: 07.09.2019 13:03

Autor: ziemianin

niewygodne.info.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #elektrownia #polska #Uzbekistan #atom

Uzbekistan to państwo położone w Azji Środkowej, którego gospodarka opiera się na produkcji bawełny, hodowli owiec oraz sadownictwie. Pod względem wartości PKB na głowę 1 mieszkańca kraj ten jest 8 x biedniejszy od Polski. Mimo to jego władze podjęły decyzję o budowie własnej elektrowni atomowej o mocy 2,4 GW. Co w tym czasie robi polski rząd? Od ponad 10 lat program atomowy stoi w miejscu. Codziennie w związku z jego "realizacją" wydawane są setki tysięcy zł, z których prawie nic nie wynika. W efekcie kupujemy prąd od Niemców, bo sami staliśmy się niewystarczalni.

Już nawet Uzbekistan buduje własną elektrownie atomową. Tymczasem polski rząd woli kupować prąd od Niemców

W ubiegłym roku Uzbekistan podjął decyzję o wybudowaniu własnej, dwu-reaktorowej elektrowni jądrowej o mocy 2,4 GW (która w przyszłości mogłaby zostać rozbudowana o kolejne dwa reaktory). Decyzję o budowie tego rodzaju siłowni władze w Taszkencie uzasadniały potrzebą zapewnienia stabilności energetycznej.

W powyższej decyzji o budowie elektrowni atomowej nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż powstanie ona w kraju kilkukrotnie biedniejszym od Polski. Wartość PKB przypadająca na 1 mieszkańca Uzbekistanu w 2018 roku wyniosła 2.026 USD. Wartość PKB przypadająca na 1 mieszkańca Polski w 2018 roku wyniosła z kolei 16.639 USD.

Pierwsza elektrownia atomowa w Uzbekistanie ma powstać do 2028 roku. Wiemy na pewno, że do tego czasu nie powstanie pierwsza elektrownia atomowa w Polsce, mimo iż program jej budowy został uruchomiony jeszcze przez Donalda Tuska na początku 2009 roku. Wówczas to zakładano, że prąd z pierwszego polskiego bloku jądrowego zacznie płynąć w okolicach 2020 roku. Minęło ponad 10 lat i praktycznie nic nie udało się zdziałać. Budowa elektrowni nie ruszyła, a przejęcie władzy przez PiS nic nie przyspieszyło.

Co zatem się udało? Ano udało się wydać mnóstwo pieniędzy. NIK w swoim raporcie wyliczył, że wydatki poniesione na realizację "Programu polskiej energetyki jądrowej" przez podmioty administracji publicznej tylko za okres od 2014 do końca III kwartału 2017 roku wyniosły 552,5 mln zł. Z kolei całkowite koszty funkcjonowania spółki PGE EJ1 (odpowiedzialnej za budowę elektrowni atomowej w Polsce) w latach 2009 – 2018 wyniosły 447 mln zł. Jeśli do tego uwzględnimy wydatki poniesione przez administrację publiczną za okres od 2009 do końca 2013 roku oraz od IV kwartału 2017 do dziś oraz wydatki spółki PGE EJ1 w 2019 roku, to z pewnością całkowita kwota przeznaczona na "Program polskiej energetyki jądrowej" grubo przekroczyła już miliard złotych.

Efekt "atomowej impotencji" ekipy PO/PiS jest taki, że polskie elektrownie nie są dziś w stanie zapewnić odpowiedniej ilości mocy dla gospodarki. W konsekwencji trzeba ją importować z zagranicy, głównie z Niemiec. Cholera wie… a może o to w tym wszystkim chodzi?