Turcja uzależnia obronę NATO od decyzji w sprawie Syrii

Data: 28.11.2019 12:53

Autor: ziemianin

reuters.com

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #polityka #aktualnosci #Estonia #litwa #lotwa #NATO #Polska #Syria #turcja

Doniesienia agencji prasowej Reuters sugerują sprzeciw Turcji wobec planów obronnych Sojuszu Północnoatlantyckiego, dotyczących przede wszystkim obrony Polski i państw bałtyckich przed rzekomymi zagrożeniami. Władze w Ankarze dopuszczają możliwość zmiany swojego stanowiska, ale pod warunkiem uznania kurdyjskich sił w Syrii za ugrupowanie terrorystyczne.

Turcja uzależnia obronę NATO od decyzji w sprawie Syrii

Jedna z najbardziej prestiżowych światowych agencji powołuje się na cztery niezależne źródła, które ma posiadać wewnątrz NATO. Z ich wypowiedzi wynika, że Republika Turcji nie jest zainteresowana wsparciem dla zbiorowych planów bezpieczeństwa, jakie ów sojusz wojskowy przygotowuje od czasu rosyjskiej aneksji Krymu w 2014 roku. Strategia obronna opracowana przez NATO dotyczy bowiem ochrony Polski i państw bałtyckich w razie rosyjskiego ataku.

Rozmówcy Reutersa twierdzą, że działania Turcji są tak naprawdę destrukcyjne, ponieważ ogłoszenie wspomnianych planów ma być demonstracją jedności Sojuszu. Jest ona potrzebna jego zwolennikom głównie z powodu ostatnich wypowiedzi liderów największych państw zachodnich, które podkopują zaufanie co do możliwości NATO. Chodzi oczywiście o prezydentów Francji i Stanów Zjednoczonych, Emmanuela Macrona i Donalda Trumpa, sugerujących między innymi przestarzały charakter tej organizacji.

Rząd w Ankarze miał polecić swojemu przedstawicielowi przy NATO nie podpisywać dokumentu, lecz jednocześnie jest on gotów na ustępstwa w tej sprawie. Dotyczą one jednak kontrowersyjnej kwestii związanej z wojną w Syryjskiej Republice Arabskiej. Turcy chcą bowiem uznania Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF) za ugrupowanie terrorystyczne, chociaż tworzący je Kurdowie byli wspierani przez NATO podczas kampanii wymierzonej w tzw. Państwo Islamskie.

Zazdrościć im mogą FBI i MI5. Kto tak psuje krew Rosjanom?

Data: 20.11.2019 22:13

Autor: ziemianin

tvp.info

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #estonia #talinn #narwa #tartu #rosja #wojnahybrydowa #szpiegostwo

Nie zwykli owijać w bawełnę. Co roku podają nazwiska i pokazują zdjęcia rosyjskiej „piątej kolumny”. Od dawna amerykańskie czy brytyjskie służby bardzo doceniają ich profesjonalizm. Teraz głośno zrobiło się o nich na całym świecie. Po tym, jak szef ich wywiadu oznajmił publicznie, że w kraju namierzono siatkę rosyjskich agentów wpływu. W wielu innych krajach skończyłoby się to na publicznej krytyce tych agentów. Tam mogą pójść za kraty.

Zazdrościć im mogą FBI i MI5. Kto tak psuje krew Rosjanom?

„Namierzyliśmy siatkę polityków, dziennikarzy, dyplomatów i biznesmenów, którzy tak naprawdę są rosyjskimi agentami wpływu i którzy robią, co im się każe robić. Widzimy wyraźnie, że ci ludzie realizują agendę Rosji”. Te słowa szefa estońskiego wywiadu na dorocznym Aspen Security Forum w Kolorado wywołały duży oddźwięk w zachodnich mediach. Oczywiście dlatego, że padły tuż po spotkaniu Trumpa z Putinem, w samym środku burzy w USA wokół oskarżeń prezydenta i ludzi z jego otoczenia o niejasne powiązania z Rosjanami.

Dyrektor generalny Estońskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (Välisluureamet) Mikk Marran mówił oczywiście o problemach w jego kraju, ale mechanizmy mogą być podobne także gdzie indziej – co podkreśliło wiele mediów zachodnich.

Imponująca skuteczność

Marran wie doskonale, co mówi, bo to właśnie maleńki nadbałtycki kraj może pochwalić się bardzo wysoką skutecznością w zwalczaniu rosyjskich szpiegów. Choć dodać tu należy, że to nie Välisluureamet (niewielka, głównie analityczna służba podległa ministerstwu obrony) zajmuje się łapaniem agentów. Robi to Kaitsepolitseiamet (KaPo), czyli Urząd Policji Bezpieczeństwa. Po prostu kontrwywiad.

Dla nikogo, kto choć trochę zna specyfikę działania rosyjskich służb, nie może być zaskoczeniem ogromna cierpliwość, z jaką Moskwa prowadzi swych agentów, czy to tych klasycznych, czy wpływu. Mikk Marran mówił w Aspen o politykach, „którzy byli na marginesie lokalnej polityki jeszcze kilka lat temu, a teraz zasiadają w narodowych parlamentach czy rządach”. Jak przyznał szef Välisluureamet, Rosjanie „zrobili trochę złych inwestycji, ale też podjęli parę bardzo dobrych inwestycji”. Oczywiście chodzi o wybór kandydatów na agentów wpływu.

Wybraną osobę Rosjanie otaczają swoistą „opieką”. Zapewniają mu wsparcie medialne, wsparcie polityczne. Proponują lub zapewniają pewne wyjątkowo korzystne biznesowe możliwości. Rzadziej, bo jest to bardziej ryzykowne, dostarczają niemal wprost pomoc finansową. Bardzo ważnym narzędziem jest po prostu szantaż. Tak zaczęło się w przypadku najsłynniejszego szpiega rosyjskiego w Estonii. Zresztą sprawa Hermana Simma to również potwierdzenie, jak Rosjanie potrafią przez wiele lat prowadzić cierpliwie agenta, aż dojdzie do stanowisk i wiedzy cennych dla Moskwy. Simm to największy wyrzut sumienia estońskiego kontrwywiadu. Nadzwyczaj bolesna lekcja, z której wyciągnięto wnioski.

Estoński „kret” i portugalski nielegał

Simm pracował w milicji w czasach, gdy Estonia była sowiecka. Doszedł nawet do stanowiska inspektora kryminalnego. Pech chciał, że podczas stażu na Akademii MSW w Moskwie wpadł na handlu przemycanymi z Finlandii ciuchami. Zamiast wyrzucenia ze służby wybrał współpracę z KGB. Towarzysze z Łubianki zadbali o dalszą karierę Simma. Milicjant kryminalny nieoczekiwanie awansował na dużo ważniejsze politycznie stanowiska. Bo w czasie burzliwych wydarzeń przechodzenia Estonii od sowieckiej okupacji, przez tzw. suwerenność, do pełnej niepodległości Simm nagle stał się wielkim patriotą i zaangażował w organizowanie samoobrony przeciwko miejscowym sowieckim radykałom czy nawet możliwej interwencji Moskwy.

Zasłużył się i trafił do MSW. A cztery lata później do ministerstwa obrony, na stanowisko szefa grupy informacyjno-analitycznej. Dla Moskwy już niezły kąsek. Nic dziwnego, że w 1995 roku pojawili się u Simma panowie z rosyjskiego wywiadu – przypominając, że kiedyś podpisał deklarację współpracy. I stawiając przed wyborem: albo zostaje to ujawnione, albo on współpracuje z Rosją (za niemałe pieniądze). Wybrał to drugie. To był sukces Rosjan. Ale prawdziwe żniwa ruszyły kilka lat później.

W 2001 roku w resorcie obrony powstał departament ochrony tajemnicy państwowej. To komórka odpowiedzialna za koordynowanie wszelkich działań w zakresie ochrony tajemnicy, wydająca certyfikaty dostępu do informacji niejawnych, wreszcie za przekazywanie danych do NATO, UE i innych partnerów. Szczególnie istotne to ostatnie stało się po wejściu Estonii do NATO. Na czele wspomnianego departamentu stał nie kto inny jak Simm. Dało mu to dostęp do wszelkich tajnych informacji, którymi dzielą się członkowie Sojuszu. Regularnie gościł w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Ufali mu wszyscy. Od Skandynawów po Anglosasów.

Brał udział w naradach w naprawdę wąskim kręgu dotyczących bezpieczeństwa NATO. Miał dostęp do tego, co przedstawiało dla Rosjan najwyższą wartość – bezpieczeństwa kryptograficznego, systemów używanych do zabezpieczania połączeń i transmisji danych, detali wszystkich najbardziej tajnych sojuszniczych sieci łączności. Bardzo cenne dla Moskwy były dostarczane przez Simma informacje o aktywności kontrwywiadowczej NATO, pozwalały bowiem omijać zabezpieczenia sojuszników.

Simm doniósł m.in. Rosjanom, że członkowie NATO uzgodnili, że byli członkowie partii komunistycznych nie będą już automatycznie pozbawiani możliwości otrzymania poświadczeń bezpieczeństwa po procedurze sprawdzenia. Ale już fakt pobytu w którejś z elitarnych szkół partyjnych z góry miał dyskwalifikować osobę sprawdzaną. Po uzyskaniu tej tajnej informacji rosyjski wywiad natychmiast zaczął zalecać swoim agentom, żeby starali się usunąć na wszelki możliwy sposób informacje o przejściu partyjnej szkoły w czasach zimnej wojny.

To właśnie kwestie kontrwywiadowcze pogrążyły Simma. Służby zaczęły mu się przyglądać krótko po tym, jak przekazał oficerowi prowadzącemu z SWR dane osób, które kontrwywiady zachodnie podejrzewały o szpiegostwo na rzecz Rosji. Oczywiście część z nich faktycznie była agentami. Najprawdopodobniej jakaś zachodnia służba od swego źródła w rosyjskich służbach dowiedziała się o przecieku. I zaczęła szukać jego źródła u siebie. W maju 2008 roku rozpoczęła się operacja pod kryptonimem White Knight. Wiodącą rolę odgrywały w niej amerykańskie FBI i niemieckie BND. Simm był wówczas doradcą ministra obrony – objęto go staranną obserwacją.

Zdecydował błąd

Simm był nadzwyczaj ostrożny. Nigdy nie spotkał się z wysłannikiem rosyjskiego wywiadu dwa razy w tym samym miejscu. To samo, jeśli chodzi o „skrzynkę kontaktową”. Zazwyczaj pozostawiał pendrive’a w małym kartoniku po soku w jednym z publicznych koszy na śmiecie. Stamtąd zabierał go już rosyjski agent. Ze swoim oficerem prowadzącym Simm spotykał się w aż dziesięciu różnych krajach. Przełom w polowaniu na szpiega nastąpił 16 września 2008 roku. Jak to bywa w grach wywiadów, zdecydował błąd. Do Simma ktoś zadzwonił na komórkę, informując, że odwołuje zaplanowane wcześniej spotkanie. Rozmowę nagrał estoński kontrwywiad KaPo. Zidentyfikowano od razu osobę dzwoniącą. Był to obywatel Portugalii, Antonio Amurett de Jesus Graf. Od dłuższego czasu znany zachodnim służbom jako agent nielegał Służby Wywiadu Zagranicznego FR (SWR), naprawdę nazywający się Siergiej Jakowlew.

Zachodnie służby wpadły na jego trop, gdy próbował zwerbować w innym kraju NATO ważnego urzędnika. Ten to zgłosił i tak kontrwywiad Sojuszu wziął pod obserwację „Jesusa”. To on był oficerem prowadzącym Simma. Tyle że działał bez dyplomatycznego przykrycia. To dawało większą swobodę działania, ale było też dużo bardziej ryzykowne. W razie wpadki groziło więzienie, a nie wydalenie z kraju.

Dla prowadzących operację White Knight ten jeden telefon z 16 września był wystarczającym powodem, by działać. 19 września 2008 Simm z żoną jechali do centrum handlowego Röömu w podstołecznej miejscowości Keila po ciasto dla jego macochy. Został zakuty w kajdanki, gdy wysiadał z auta. W jego letnim domku funkcjonariusze znaleźli instrukcje od Jakowlewa, mnóstwo skopiowanych niejawnych materiałów, dwa pistolety i dwa karabiny.

Piąta kolumna

W porównaniu z większością innych krajów UE i NATO Estonia – podobnie zresztą Łotwa i Litwa – ma trudniejsze zadania kontrwywiadowcze choćby z powodu posiadania znaczącej mniejszości rosyjskojęzycznej. Podczas gdy w innych państwach przede wszystkim należy uważnie obserwować rosyjskich dyplomatów, to w Estonii Moskwa chętnie sięga po szpiegów wśród miejscowych Rosjan – pozostałości po dekadach sowieckiej okupacji.

Warto zwrócić uwagę na imiona i nazwiska szpiegów Moskwy schwytanych i skazanych w Estonii w latach 2015-2016. Nie ma tam rdzennie estońskich nazwisk: Aleksandr Rudnew, Maksym Gruzdew, Paweł Romanow, Artiom Małyszew, Alik Chuczbarow. To wszystko przedstawiciele mniejszości. Trzech posiada podwójne obywatelstwo (estońskie i rosyjskie), jeden ma tylko paszport estoński, jeden jest bezpaństwowcem. W 2017 roku skazano trzech kolejnych. Również nie byli etnicznymi Estończykami.

To inni szpiedzy niż Simm. Bez porównania mniej wartościowi, ale przydatni z innych względów. Podczas gdy Simma prowadziła SWR, spadkobierczyni elitarnego I Zarządu Głównego KGB (wywiad), takich ludzi jak Rudnew czy Małyszew wykorzystywała FSB, która prowadzi także tzw. płytki wywiad, czyli rozpoznanie w najbliższym obszarze po estońskiej stronie granicy. Zresztą to właśnie FSB podlegają w Rosji wojska pograniczne. Działalnością przeciwko Estonii zajmują się wydziały FSB w obwodach z nią graniczących (Psków, St. Petersburg). Ale w istotniejsze operacje angażuje się centrala moskiewska.

Tak było na przykład z porwaniem oficera KaPo Estona Kohvera jesienią 2014 roku. Estończyk został zwabiony w pułapkę na granicy i porwany. Potem wymieniono go na Aleksieja Dressena, schwytanego i skazanego wcześniej szpiega rosyjskiego w Estonii. Generalnie FSB skupia się na werbunku informatorów wśród przemytników i Rosjan mieszkających w Estonii, na ogół blisko granicy, podróżujących do krewnych w Rosji. Niestety dla Estończyków, ich granica lądowa z Rosją wciąż w dużej mierze przypomina sito. To na ogół pagórkowaty, gęsto zalesiony obszar, w którym nietrudno przejść granicę.

Wbrew statusowi

Rzecz jasna, Rosja prowadzi działania szpiegowskie także z placówek dyplomatycznych na terenie Estonii. To ambasada w Tallinie i konsulaty generalne w Tartu i Narwie. Z tego drugiego zresztą w ubiegłym roku wydalono dwóch Rosjan za działalność „niezgodną ze statusem dyplomaty”.

Podobnie jak w innych krajach mniej więcej co trzeci pracownik placówek dyplomatycznych Rosji w Estonii to funkcjonariusz służb specjalnych: SWR, GRU, FSB. Wiadomo, że odegrali oni istotną rolę podczas burzliwych zamieszek ulicznych, które wywołali rosyjscy radykałowie pod pretekstem obrony pomnika sowieckich żołnierzy w Tallinie wiosną 2007 roku. Co prawda KaPo nie zdobyła dowodów, że to rosyjski wywiad kierował bezpośrednio operacją (choć wiadomo, że przeprowadził wtedy zmasowany, pierwszy taki w historii, cyberatak na Estonię), ale wiadomo, że dochodziło do tajemnych spotkań dyplomatów (oficerów służb) z lokalnymi rosyjskimi aktywistami.

Wiadomo też, że w Estonii w tym czasie wizytę złożyła delegacja rosyjskiego parlamentu, w której uczestniczył były szef FSB. Estońskie służby zwracają jednak w ostatnich latach uwagę na to, że zmienia się coraz wyraźniej sposób „przykrycia” agenta wywiadu. Obok klasycznego wykorzystania dyplomatów coraz częściej Rosja korzysta z nielegałów (typowa zimnowojenna metoda, wymagająca wielkiego zaangażowania służby oraz – przede wszystkim – czasu), a także agentów udających biznesmenów i dziennikarzy.

Stąd KaPo bardzo wiele uwagi poświęca obserwacji środowiska biznesowego oraz mediów. Po przykrych doświadczeniach z rosyjskimi inwestorami w strategicznych gałęziach gospodarki – z tranzytem i portami na czele – estoński kontrwywiad bacznie monitoruje, kto chce inwestować i w co? Przy każdym istotniejszym przypadku badana jest szczegółowo struktura kapitałowa inwestora. Ta faktyczna, a nie na papierze. Przy czym od razu należy zastrzec, że tak małemu krajowi jak Estonia dużo łatwiej kontrolować tego rodzaju napływ kapitału. Ale nie mniej groźne są działania rosyjskie w mediach. To fundament wojny hybrydowej – o czym Estończycy przekonali się przecież na długo przed Ukraińcami.

Jak swego czasu zauważył pewien wysoki rangą pracownik Kaitsepolitsei, „Rosja nie przeprowadzi żadnej wojskowej operacji bez wcześniejszego wytworzenia wrażenia zagrożenia wewnętrznego. Informacja jest tylko narzędziem. Celem są wpływy”. Klasyczną metodą uprawiania takiej działalności przez rosyjski wywiad jest regularne wysyłanie do Estonii „korespondentów” rosyjskich mediów, którzy formalnie zgłaszają chęć opracowania jednego tematu, a w rzeczywistości tworzą fałszywe relacje i materiały pisane pod napisane wcześniej w służbach rosyjskich tezy. Wystarczy poczytać doroczne raporty KaPo, żeby przekonać się, ilu takich „dziennikarzy” wyrzucono lub choćby zdemaskowano.

To właśnie wydawane od 1998 roku raporty o stanie bezpieczeństwa państwa są symbolem skuteczności Estonii w toczącej się cały czas wojnie informacyjnej z Rosją. Estończycy pierwsi (potem poszły w ich ślad inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej, choć też w różnym stopniu) postanowili zagrać z Rosjanami w otwarte karty. I publikują nazwiska, wizerunki, nazwy osób i organizacji, które zdaniem KaPo działają na rzecz Rosji. Co ważne, często robią to, choć nie ma sądowego orzeczenia w tej czy innej sprawie. Taka maksymalna jawność okazuje się dość skutecznym narzędziem w walce z Rosją. Drugie skuteczne narzędzie to surowość kar. Jeśli już ktoś trafia przed sąd za działalność na rzecz Rosji, to zostaje skazany bardzo szybko (średnio kilka miesięcy od zatrzymania) i często na maksymalny wymiar kary.

Szpieg, czyli kto?

Bardzo istotne były szybko wprowadzone zmiany do prawa, poszerzające definicję działalności, którą uznaje się za szpiegowską. Wynikało to nie tylko z zagrożenia płynącego ze strony pozostałych po 1991 roku Rosjan oraz generalnie spuścizny postsowieckiej. W Tallinie szybko zrozumiano, jak bardzo zróżnicowane mogą być metody wywiadowcze stosowane przez Moskwę. Jak często mogą być to działania, których w świetle klasycznej definicji szpiegostwa nie dałoby się karać. Działania, o których tak dużo po 2014 roku mówi się jako hybrydowych. A przecież to nie Ukraina była pierwszą ofiarą działań hybrydowych Rosji. To właśnie Estonia, po zamieszkach i kryzysie wokół przeniesienia tzw. pomnika Brązowego Żołnierza (wiosna 2007 r.), wprowadziła pojęcie przestępstwa „konspirowanie przeciwko państwu Estonii”.

Osoby oskarżane o to przestępstwo nie poszukują państwowych tajemnic, jak typowy szpieg, ale robią coś, co wygląda na systematyczną działalność przeciwko Estonii i estońskiemu społeczeństwu. Tak szeroka definicja znacznie ułatwia pociąganie do odpowiedzialności karnej osób działających na rzecz Rosji. Efekt? W ciągu ostatnich czterech lat w Estonii skazano na więzienie za taką działalność dziesięć osób, a na Łotwie tylko dwie. Jeśli więc szef estońskiego wywiadu mówi, że służby jego kraju zidentyfikowały siatkę agentów wpływu działających na rzecz Rosji, to można się spodziewać, że osoby z tej listy nie tylko znajdą się pod pręgierzem publicznej krytyki, ale też mogą usłyszeć zarzuty.


Ps. Nasuwa się pytanie ilu rosyjskich agentów wpływu jest w Polsce?

Estonia nie ratyfikuje granicy z Rosją – domaga się zwrotu swoich kresów. Kreml reaguje

Data: 20.11.2019 22:07

Autor: ziemianin

tvp.info

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #rosja #estonia #granica #pakthitlerstalin #paktribbentropmolotow

Rosja uważa żądania terytorialne Estonii za nie do przyjęcia i nie może się z nimi zgodzić – oświadczył rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. To reakcja na wypowiedzi polityków estońskich, którzy przypominają o zabranych przez Rosję wschodnich terenach przedwojennej Estonii.

Estonia nie ratyfikuje granicy z Rosją – domaga się zwrotu swoich kresów. Kreml reaguje

Dzień wcześniej wypowiedział się na ten temat minister spraw zagranicznych Estonii Urmas Reinsalu oznajmił on, że nie widzi perspektyw ratyfikowania z Rosją traktatu granicznego ze względu na rozbieżności dotyczące układu z Tartu z 1920 r. zawartego między Estonią a ówczesnymi Sowietami.

Wcześniej o terytoriach, których Rosja nie zwróciła Estonii, wspomniał wicepremier i minister spraw wewnętrznych Mart Helme.

Estonia jest jedynym państwem NATO, które nie ratyfikowało traktatu granicznego z Rosją. Była także ostatnim z państw bałtyckich, które po rozpadzie ZSRR podpisało z Moskwą porozumienie o granicy.

Punktem sporu był między innymi tekst estońskiej preambuły, w której znalazł się zapis odwołujący się do deklaracji parlamentu Estonii z 1992 r., mówiącej o „bezprawnej aneksji” Estonii przez ZSRS.

W 2012 r. na żądanie Rosji do traktatów granicznych dodano zapis o braku wzajemnych roszczeń terytorialnych. Chodziło – potencjalnie – o ziemie, które Estonia uzyskała w wyniku układu pokojowego z Tartu z 1920 r., a więc o wschodni brzeg Narwy z miastem Jaanilinn (ros. Iwangorod) na północy oraz ziemię peczorską (est. Petserimaa) na południu.

Ziemie te władze sowiecki po 1940 r. włączyły do Rosyjskiej FSRS. Obecna granica przebiega według linii dzielącej dawne sowieckie republiki, a nie według układu z Tartu.

Rosja uważa – i takie stanowisko przekazywał jej MSZ – że układ z Tartu utracił ważność po wejściu Estonii w skład ZSRS, co nastąpiło według Kremla „w wyniku wewnętrznych procesów w Estonii”.

W rzeczywistości o włączeniu Estonii (podobnie jak Łotwy i wschodniej Polski) do sowieckiej strefy wpływów przesądził układ Hitler-Stalin z 23 sierpnia 1939 r.

"Na lądzie, na morzu i w powietrzu" - brytyjskie wojsko rusza do Estonii

Data: 24.10.2019 09:10

Autor: ziemianin

defence24.pl

#ciekawostki #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #wielkabrytania #estonia #wojsko #nato #logistykawojskowa

Brytyjska armia prowadzi przerzut żołnierzy i sprzętu do Estonii, celem jest rotacja batalionowej grupy bojowej NATO.

"Na lądzie, na morzu i w powietrzu" – brytyjskie wojsko rusza do Estonii

Operacja pod kryptonimem Tractable wiąże się z przerzutem 200 jednostek sprzętu i 800 żołnierzy z Wielkiej Brytanii do Estonii drogą powietrzną, lądową (kolejową i drogową) oraz morską. Celem tych działań jest rotacja kontyngentu jednostek brytyjskich stacjonujących w tym nadbałtyckim państwie. Jego wyposażenie stanowią czołgi Challenger 2, różnego typu pojazdy opancerzone, haubice AS-90 i pojazdy wsparcia.

Obecnie -w ramach rozszerzonej Wysuniętej Obecności NATO (enhanced Forwad Presence) -w Estonii stacjonuje pułk King's Royal Hussars (wchodzący w skład 12. Brygady Zmechanizowanej), w jego miejsce skierowane zostaną siły i środki przynależne do pułku Queen's Royal Hussars (podlegającego 20. Brygadzie Pancernej). Brytyjskie siły zbrojne podkreślają rolę "Tractable" jako sprawdzianu możliwości sił zbrojnych Wielkiej Brytanii w zakresie mobilności.

Z kolei Siły Obronne Estonii oraz Liga Obronna (Kaitseliit) wskazują na ten przerzut jako na okazję do przećwiczenia wsparcia, jakiego udziela państwo goszczące siły NATO.

Data: 10.10.2019 06:15

Autor: Nietzsche

Od kilku dni czytałem artykuły pochwalne o Estonii, ich systemie podatkowym, cyfryzacji. Nawet rzuciłem rodzinie głosującej na PiS, że wypierdalam stąd po wyborach. Mój entuzjazm spada, gdy oglądam street view. Centrum Tallina to obdrapane kamienice, wygląda zupełnie jak Legnica, w której miałem nieprzyjemność mieszkać przez 4 lata studiów inżynierskich. Szaro, buro, ponuro. Czasem widać przejaw nowoczesności w postaci szklanego biurowca w pustyni kamienic, z których odpada tynk. Zauważyłem nawet ziomeczków z piwkiem w bramie. Drogi są gorsze niż w Polsce, co chwila znajdziesz wielkie dziury. Ludziom też się chyba nie powodzi, widząc stare wypierdziane Golfy. Najpierw przez Helmuta, później przez Polaka. Po za ścisłym centrum, cała stolica Estonii, to wielkie i brzydkie blokowiska, szare, czasem pstrokacizna jak w Polsce. Tereny w koło blokowisk są zaniedbane, brakuje, żeby lokalne patusy srały na trawnikach. Za to za mieszkanie w takim blokowisku, płacisz w euro, nawet więcej niż w Polsce w Warszawie :D

Sorry, ale nawet mój postkomunistyczny Głogów wygląda 100% lepiej od Tallina :D

Myślę, że dostałbym u nich ciężkiej depresji. Typowe państwo sowieckiego sajuza

#estonia #polska

To tylko trup w aferze o miliardy dolarów, więc śledztwa nie będzie

Data: 29.09.2019 00:49

Autor: ziemianin

zaufanatrzeciastrona.pl

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #estonia #dania #rosja #fsb #afera #WladimirPutin #zaufanatrzeciastrona

We wtorek światowe media podały, że zaginął świadek w sprawie o pranie brudnych pieniędzy. W środę znaleziono zwłoki świadka. Piszemy o Aivarze Rehe i o tym, dlaczego w sprawie jego śmierci nie będzie śledztwa.

To tylko trup w aferze o miliardy dolarów, więc śledztwa nie będzie

200 miliardów euro, czyli półtora biliona duńskich koron – taka kwota zdaniem organów ścigania została przepuszczona przez estońską filię Danske Banku w latach 2007-2015. Zarzuty stawiane w mediach przez osoby powiązane ze sprawą sięgają 9 miliardów dolarów. W Estonii mieszka około 1,3 miliona osób, całkowite PKB to 30 miliardów dolarów. Kwota, o jakiej mowa, jest tak ogromna, że to po prostu niemożliwe, by filia banku w małym kraju miała takie obroty.

A jednak je miała. Dyrektorem Danske Banku w Estonii był w tym czasie Aivar Rehe, ekonomista, prezes zarządu Estońskiego Stowarzyszenia Bankowego. Danske Bank poniósł wielkie straty, również wizerunkowe, a estoński nadzór bankowy zlecił zamknięcie filii do końca 2019 roku. W śledztwie miał zeznawać były dyrektor, Rehe – jako świadek, nie jako oskarżony.

Rehe już nie żyje. Policja postanowiła nie wszczynać śledztwa w sprawie jego śmierci.

Źle się dzieje w państwie estońskim

W estońskim oddziale Danske Banku, największego banku w Danii, biznes szedł znakomicie, a mała placówka w małym państwie była powodem do zadowolenia dla zarządu i akcjonariuszy. Nieoczekiwanie w 2013 roku bank zamknął rachunki kilku klientów. Konta te były wykorzystywane przez członka rodziny Władimira Putina, a także rosyjską służbę specjalną FSB. Według osoby, która wpadła na ten trop, estońska delegatura DaBa mogła świadomie umożliwić realizację podejrzanych transakcji.

Zarząd Danske Banku został powiadomiony o podejrzeniach i postanowił wdrożyć własne, wewnętrzne postępowanie. Niezależnie zajął się tym estoński nadzór finansowy. W wyniku serii kontroli Finantsinspektsioon stwierdził działania sprzeczne z przepisami dotyczącymi przeciwdziałania praniu pieniędzy. W 2015 roku nakazał oddziałowi DaBa wdrożenia procedur takich, by skutecznie zwalczać te naruszenia. Bank, jak ustalono, nie przyłożył wystarczającej staranności do analizy interesów klienta-nierezydenta. Działalność podejrzanego klienta, czyli spółki Lantana Trade LLP*, jej ruchy, wpływy, kontrakty spotkały się z obojętnością banku. To poważne naruszenie prawa – jak stwierdził nadzór.

Finantsinspektsioon zastrzegał się, że nie bada indywidualnych przypadków podejrzewanej działalności przestępczej, ponieważ robią to organy ścigania, zaś rolą nadzoru finansowego jest ścisła z takowymi współpraca. Estońska instytucja nadzoru finansowego zwróciła uwagę, że zgodnie z prawem Unii Europejskiej nadzór nad duńskimi instytucjami kredytowymi, w tym ich całymi systemami kontroli wewnętrznej, spoczywa na odpowiednich władzach duńskich.

W lipcu 2018 prokuratura generalna Estonii rozpoczęła dochodzenie w związku z podejrzeniami o pranie pieniędzy w Danske Banku. Zarząd banku wypowiedział się ostrożnie, że jest w tej sprawie skłonny współpracować z władzami estońskimi i zapowiedział, że jego własne, wewnętrzne dochodzenie powinno zostać zamknięte we wrześniu 2018.

Działania prokuratury zostały podjęte po skardze Billa Browdera z Hermitage Capital. Według Browdera w aferę zaangażowane było dokładnie 26 osób pracujących w estońskim oddziale Danske Banku. A to już całkiem spora grupa ludzi.

Pan Abiwalentny i dziesięcioro podejrzanych

Bill Browder to postać wzbudzająca uczucia ambiwalentne. W 1998 roku zrezygnował z obywatelstwa amerykańskiego i wraz ze swoimi pieniędzmi oraz kontaktami biznesowymi przeniósł się do Rosji. Jego, prowadzony z żydowskimi finansistami, bardzo zyskowny fundusz inwestycyjny zajmował się reformowaniem rosyjskich przedsiębiorstw. Browder jednocześnie ujawniał i nagłaśniał korupcję. W 2005 został oskarżony o defraudację, przestępstwa podatkowe i w trybie ekspresowym deportowany z Rosji. Osoby, które były z nim powiązane i pozostały w Federacji Rosyjskiej, zapłaciły za współpracę z Browderem wysoką cenę (jego księgowy, Siergiej Magnitski, długo więziony, wielokrotnie bity i głodzony – najwyższą).

Browder nie zajmował się szczególnie śledzeniem poczynań Danske Banku w Estonii – interesowały go wszelkie poczynania służb Federacji Rosyjskiej. Zwolennicy Browdera podkreślają jego zaangażowanie w sprawie nagłaśniania kryminalnych działań agentów i urzędników rosyjskich i działalność obrońcy praw człowieka. Przeciwnicy wskazują, że Browder zawsze uciekał przed płaceniem podatków, zakładając dziesiątki fasadowych firemek w rajach podatkowych.

Bez względu na to, kim i jaki jest William Browder – wie bardzo dobrze, co dzieje się w kulisach władzy Władimira Putina. Jeśli zgłosił estońskiej prokuraturze, że w pranie pieniędzy było zaangażowanych 26 osób z banku, to należy zakładać, że była to właśnie taka grupa. Jeśli też twierdzi, że Estonia to kluczowe państwo w działaniach „pralniczych” – zapewne i tu ma rację.

Prokurator Generalny Estonii nie mógł pominąć milczeniem takiego zgłoszenia. „Zaczynamy gromadzić dodatkowe dowody, aby lepiej zrozumieć, co się stało” – oświadczył mediom rzecznik prokuratury.

Wniesienie wstępnego oskarżenia przeciwko Danske Bankowi, największemu pożyczkodawcy w kraju, za podejrzenie naruszenia przepisów dotyczących przeciwdziałania praniu pieniędzy miało miejsce w we wrześniu 2018. Zatrzymano 8 osób, padła też kwota przepranych pieniędzy – 200 miliardów euro. Chwilę później zatrzymanych było już dziesięcioro bankowców. W maju 2019 ogłoszono, że wśród aresztowanych osób, pracowników managementu banku, znajdował się Thomas Borgen, do niedawna dyrektor generalny DaBa.

Dyrektor generalny i 10 tysięcy klientów

Thomas Borgen pracował w Danske Banku od 1997 roku, w latach 2009-2013 odpowiedzialnym osobiście za międzynarodowe transakcje, w tym te w Estonii. Od 2013 był dyrektorem generalnym. We wrześniu 2018 ustąpił ze stanowiska po wewnętrznym śledztwie bankowym. Ustępując oświadczył: „mimo że zostałem osobiście oczyszczony [z zarzutów] z prawnego punktu widzenia, ponoszę ostateczną odpowiedzialność. Nie ma wątpliwości, że my jako organizacja ponieśliśmy porażkę w tej sytuacji i nie sprostaliśmy oczekiwaniom”. W tym samym czasie William Browder twierdził, że Danske Bank jest tą instytucją, która jako główna w aferze pralniczej wysyła dolary „po całym świecie” i powinna się spotkać z zainteresowaniem władz USA.

To był też moment, w którym duńscy politycy wykazali zdenerwowanie. Minister przedsiębiorczości, Jarlov, określił całą aferę jako „zawstydzającą”. Na pytania polityków o konkrety bank wykazywał się często całkowitą niewiedzą i naiwnością. W raporcie podsumowującym wewnętrzne śledztwo stwierdzał, że Borgen, prezes Ole Andersen i zarząd DaBa „nie naruszyli swoich prawnych powinności”.

W raporcie tym podano do wiadomości publicznej, że za pośrednictwem estońskiego Danske Banku interesy prowadziło 10 tysięcy klientów-nierezydentów, zarejestrowanych w 90 różnych krajach, w tym w Rosji, Wielkiej Brytanii, Brytyjskich Wyspach Dziewiczych i Finlandii. Jedna trzecia z nich została klientami oddziału już w 2007 r.

W marcu 2019 dom Thomasa Borgena został przeszukany przez duńskich śledczych. W maju 2019 Thomas Borgen został oficjalnie oskarżony przez duńską prokuraturę. Borgen nie był już sam – skandal rozprzestrzenił się na szwedzki Swedbank, holenderski ING, norweską Nordeę, zaś śledztwa prowadzili m.in. Brytyjczycy i Amerykanie, Belgowie i Niemcy. I wydawać by się mogło, że wszyscy zapomnieli o estońskim zarządzie Danske Banku.

Życie i śmierć Aivara Rehe

Browder, pisząc swój apel do Prokuratora Generalnego Estonii, wspomniał o 26 osobach zamieszanych w pranie pieniędzy i wymienił z nazwiska dyrektora oddziału, Aivara Rehe, jako osobiście kierującego przedsięwzięciem. Działania – jak twierdził Browder – obejmowały minimum 190 rachunków bankowych, a wartość transakcji na zaledwie 21 z nich przekroczyła 9 miliardów dolarów. Członkowie tej grupy „byli świadomi kryminalnego pochodzenia pieniędzy, albo posiadali wystarczające informacje, aby podejrzewać [że pieniądze pochodzą z nieuczciwego źródła], ale nie przeanalizowali tych informacji”. W piśmie Browdera padają konkretne nazwiska: Aivara Rehe, wieloletniego dyrektora generalnego oddziału Danske Banku, Ivara Pae, dyrektora finansowego, członka zarządu Tõnu Vanajuura, menedżera personalnego Liny Oks i menedżera bankowości korporacyjnej Marka Začka. Lina Oks, indagowana przez dziennikarzy, twierdziła, że niczego nie wie i że całą aferą jest bardzo zaskoczona. Začek nie odpowiadał. Rehe nie miał czasu na rozmowy.

Jednak w końcu Aivar Rehe porozmawiał z dziennikarzami. Miało to miejsce w marcu 2019 roku. „Oczywiście, że czuję się odpowiedzialny” mówił. „Pozwólmy władzom prowadzić dochodzenie, jestem zwykłym obywatelem”. Zarzekał się, że nic nie wie, że zarzuty, tak jak słyszał, dotyczą bankowości prywatnej, ale o ile wie, pracownicy nie uzyskali żadnych korzyści – on sam na pewno nie. Nic nie wie, czuje się odpowiedzialny jako człowiek i manager, ale nic nie wie o żadnym praniu pieniędzy. Z dziennikarzami nie rozmawiał ze względu na dobro śledztwa. Jego zdaniem procedury przeciwdziałające praniu pieniędzy były klarowne. Jego bank był nadzorowany przez Finantsinspektsioon i władze Estonii. Realizował politykę firmy i był zorientowany na klienta i na zysk. Centrala Danske wyraziła zgodę na przyjęcie klientów z Rosji. On sam jako dyrektor pracował tak, jak powinien był pracować.

Warto w tym momencie dodać, że przed 2007 Rehe był dyrektorem Sampo Banku. Sampo był zorientowany na klientów ze Wschodu i przyjmował depozyty od podmiotów z Rosji i byłych krajów radzieckich. Do 2007 roku zbudował znaczny portfel klientów niebędących rezydentami. Danske Bank w 2007 kupił Sampo i przejął tych klientów. Wtedy to Danske Bank jako grupa otrzymał na ten temat krytyczny raport duńskiego nadzoru finansowego. Znalazły się tam ostrzeżenia nt. unikania płatności podatkowych i celnych oraz działalności przestępczej, również prania pieniędzy. Danske Bank nie zajął się tymi ostrzeżeniami. Rehe zaś po prostu kierował estońską placówką.

24 września 2019 media obiegła wiadomość, że Aivar Rehe zaginął. Zaniepokojona rodzina zgłosiła zaginięcie na policji i wdrożono poszukiwania na szeroką skalę, również z wykorzystaniem drona. Bankowca ostatni raz widziano 23 września, potem nie było z nim kontaktu. Nie wziął ze sobą telefonu. Nie miał przy sobie portfela.

25 września ogłoszono, że ciało Aivara Rehe zostało znalezione za jego domem, w ogródku. Śledczy podają, że Rehe nie wrócił do domu od poniedziałku. W tej samej informacji podawanej przez postimees.ee znajduje się informacja, że ciało Rehe leżało w ogródku właśnie od poniedziałku. Warto zajrzeć TU, żeby sprawdzić, jak wygląda dom i ogród rodziny Rehe i jak trudno jest znaleźć w nim leżące przez dwa dni zwłoki.

Aivara Rehe szukano, gdyż – jak podawała we wtorek policja – rodzina miała powody, by martwić się o jego bezpieczeństwo. W poniedziałek przed domem Rehe pojawili się policjanci i z mapą określali obszary poszukiwań. Użyto dronów, przeanalizowano zdjęcia z kamer z pobliskich rezydencji, przeszukano pobliskie lasy i sprawdzono zbiorniki wodne z pomocą setek ochotników. O 10 rano w środę członkowie rodziny powiadomili policję, że znaleźli Aivara Rehe w ogródku. Ponoć ogródka nikt wcześniej nie sprawdził.

Policja wydała oświadczenie, że ciało nie nosi śladów przemocy i – szanując ból rodziny – podejmuje decyzję, że nie będzie w tej sprawie wszczęte śledztwo. I to już koniec tej historii, koniec dla Aivara Rehe.

Dni które wstrząsneły Estonią

Data: 09.07.2019 11:49

Autor: ziemianin

eesti.pl

#codziennaprasowka #wiadomosci #cyberatak #bezpieczenstwoit #talin #estonia

Dni które wstrząsneły Estonią

Wiosną 2007 roku po raz pierwszy w historii doszło do zmasowanego cyberataku przeciw suwerennemu państwu. Agresja, która miała wspomóc działania prowadzone przez Rosję w “realu”, zapoczątkowała nowy wyścig zbrojeń.

Gdy estoński rząd zaczynał przygotowania do przeniesienia tzw. Brązowego Żołnierza – pomnika upamiętniającego sowieckich żołnierzy, poległych podczas „wyzwalania Tallina z rąk nazistów” (jak twierdzi Kreml) albo, jak widzą to Estończycy, podczas ponownego podbijania ich kraju przez ZSRR – spodziewano się rytualnych protestów Moskwy. Nikt nie przypuszczał, nawet w najśmielszych wyobrażeniach, jaki charakter przybierze rosyjska reakcja.


Nie udało się dowieść, że za cyberatakami na Estonię stał rosyjski rząd – jako np. ich zleceniodawca. Ale faktem jest, że wydarzenia z wiosny 2007 roku rozpoczęły zupełnie nowy wyścig zbrojeń: w cyberprzestrzeni. Bardziej niż tarcza antyrakietowa, to właśnie NATO-owski Cyber Defence Centre w Estonii jest symbolem nowej i prawdziwie futurystycznej wizji tego, jak mogą wyglądać w przyszłości konflikty – także między państwami.

Estoński rząd planuje obniżenie akcyzy na alkohol o 25 proc.

Data: 29.05.2019 16:41

Autor: Starszyoborowy

wnp.pl

Nowy centroprawicowy rząd Estonii planuje obniżyć od lipca akcyzę na alkohol. Może to wpłynąć na działania nowo powstającego lewicowego rządu Finlandii, który zamierzał zaostrzyć stawki. Szybką reakcję zapowiedział również minister finansów Łotwy.

#estonia #alkohol #podatki