Był Brunnerem i Jagiełłą, który pokonał krzyżaków

Data: 18.03.2020 18:04

Autor: ziemianin

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #aktor #emilkarewicz #sztuka #filmy #film #kultura

Był Brunnerem i Jagiełłą, który pokonał krzyżaków.


Krótko po 97. urodzinach 13 marca zmarł Emil Karewicz znany z ról Brunnera, Jagiełły i Mądrego w “Kanale”.

Jego życie było naznaczone paradoksem polskiej historii: urodzony w Wilnie w 1923 r., obdarzony pięknym kresowym akcentem zagrał króla Władysława Jagiełłę w “Krzyżakach” Aleksandra Forda. Do ról powstańca warszawskiego w “Kanale” Andrzeja Wajdy i postaci Warszawiaka w “Bazie ludzi umarłych” Czesława Petelskiego musiał przejść drogę żołnierza II Armii Wojska Polskiego, zdobyć Berlin i wrócić na scenę w odbitym Niemcom Gdańsku.

Zakochany powstaniec

Od dziecka chciał być aktorem. Zadebiutował rolą Małpy w "Kwartecie" Iwana Kryłowa w wileńskim Teatrze Małym. Jak wielu Wilnian po wojnie przeniósł się do Gdańska, gdzie ukończył Studio Aktorskie Iwo Galla m.in. z Bronisławem Pawlikiem i Barbarą Krafftówną. Za swój powojenny sceniczny debiut uważał role kelnera Antosia w "Klubie kawalerów" Michała Bałuckiego w gdyńskim Teatrze Wybrzeże.

Po raz pierwszy pokazał się w filmie “Warszawska premiera” Jana Rybkowskiego o prawykonaniu “Halki” Moniuszki. Pierwszą mundurową rolą był porucznik Zaliwski, organizator partyzantki 1833 r. w “Młodości Chopina” Aleksandra Forda. Na dobre zapadł w pamięć występując w pierwszym polskim filmie o powstaniu warszawskim – “Kanale” Andrzeja Wajdy.

W obrazie z 1956 r., obciążonym krytycznym stosunkiem komunistycznych władz do powstańczego zrywu – wcielił się w oficera o ludzkim obliczu. Gdy dowódcę oddziału “Zadrę” przedstawiono w mundurze i czapce polowej Wehrmachtu, z komentarzem “on zwerbował ludzi”, o postaci Karewicza wiele mówił już pseudonim: “Mądry”. Od narratora można było usłyszeć, że “wpoił w chłopców żelazne zasady dyscypliny wojskowej”. A jednocześnie grał żołnierza z dystansem, który w obliczu katastrofy nawiązuje flirt z łączniczką, idzie z nią do łóżku, bo wojna to najwyższy czas na miłość. Po rozkazie przejścia kanałami do Śródmieścia, Karewicz grał załamanie. Gdy “Mądry” wychodzi z kanału wprost pod lufy Niemców jest dramatycznie gotowy na śmierć.

Ten ludzki wymiar zwrócił uwagę Marka Hłaski, najważniejszego młodego pisarza, który debiutował w okresie destalinizacji. Dlatego druga połowa lat pięćdziesiątych jest w biografii aktora związana z trzema ekranizacjami prozy Hłaski. Zaczął od charakterystycznego kelnera Gienka w „Pętli” Wojciecha Hasa. W “Ósmym dniu tygodnia” pokazał się w roli sublokatora Zawadzkiego, jednak film pokazujący bezsens życia Polaków trafił na półkę. Najważniejsza okazała się pełnowymiarowa rola Warszawiaka w “Bazie ludzi umarłych”. To był iście conradowska postać – naznaczona zwątpieniem, ale i godnością, poczuciem obowiązku. Wymierzał ciosy w moralnych pojedynkach i pozostawał wierny męskim przyjaźniom.

Brunner i Brzęczyszczykiewicz

W 1960 r. przyszła pierwsza powojenna w polskiej kinematografii rola królewska – Jagiełły w kolorowych “Krzyżakach”, których obejrzało aż 32 mln Polaków.

– Wszyscy pamiętają scenę, kiedy przed bitwą pod Grunwaldem rycerze krzyżaccy przynoszą Jagielle dwa miecze – wspominał. – Król krzyżuje je wtedy nad głową. Miecze błyszczały, koń na planie się płoszył, a ja przy każdym ujęciu zlatywałem na ziemię. Wstyd się przyznać, ale musiałem ostatecznie zagrać rolę siedząc na koźle zbitym z desek, bo tylko w ten sposób mogłem dostojnie wypowiedzieć: "Biorę te miecze jako wróżbę zwycięstwa".

Jednak do legendy polskiego filmu przeszedł rolą Hermanna Brunnera, głównego przeciwnika Hansa Klossa w „Stawce większej niż życie” (1967-68). Zapadł w pamięć widzów, a zagrał tylko w pięciu odcinkach.

– Postawiłem na jakość! – komentował po latach. – Miałem być wrednym typem, przeciwwagą dla szlachetnego Klossa, ale widocznie mam w sobie tyle wrodzonego wdzięku, że przebija się on przez czarny charakter roli. A poważnie: uważam, że role niejednowymiarowe są o wiele ciekawsze od bohaterów pozytywnych.

Uczynił coś niebywałego: w kraju, gdzie 6 mln obywateli zginęło w wyniku niemieckiej okupacji, zdobył sympatię rolą esesmana. – Jakoś samochodu nikt mi nie porysował – przyznawał.

Miał grać łajdaka o sadystycznych skłonnościach, ale robił to z przymrużeniem oka, bawiąc się grą, tak jakby występował w produkcji o Jamesie Bondzie, którym zresztą inspirowali się autorzy serialu. A do potocznego języka przeszły powiedzonka: „Brunner alkohol i kobiety wyczuwa na kilometr”, „Nie mogę patrzeć na bitego człowieka, nie mogę! Jeżeli bije ktoś inny”, „Ja nigdy nie przegrywam ostatniej bitwy” i wreszcie: „Może przydałoby się pomyśleć o własnej skórze”.

O swoim komediowym talencie, który przezierał przez postać esesmana, przekonał także widzów "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" Chmielowskiego. Koncertowo zagrał gestapowca ze zdartym głosie, który nie daje się sobie rady z wypowiedzeniem nazwiska Brzęczyszczykiewicz i krzyczy wściekle, dobijając swoje gardło.

– Kilka razy dałem sygnały, że chciałbym i potrafiłbym grać komediowo, niestety nie powierzono mi tego typu roli. Inni realizatorzy tego nie docenili – ubolewał.

Docenili, ale dopiero w 2012 r., gdy razem ze Stanisławem Mikulskim powrócił na ekran w kontynuacji serialu zatytułowanej "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć" w reżyserii Patryka Vegi, według scenariusza Władysława Pasikowskiego, osnutego wokół motywu Bursztynowej Komnaty. Film jest znakomity, posługuje się pastiszem i chyba dlatego nie został doceniony.

Ryby i obrazy

W spektaklach telewizyjnych wystąpił w "Makbecie" Andrzeja Wajdy (1969), "Fauście" Grzegorza Królikiewicza (1976) i "Kilku scenach z życia Glebowa" w reż. Tomasza Zygadły (1984). Teatromani podziwiali go jako Oktawiusza w "Juliuszu Cezarze", Gospodarza w "Weselu", Pagatowicza w "Grubych rybach", Łomowa w "Oświadczynach", Geronta w "Szelmostwach Skapena".

W 1983 roku przeszedł na emeryturę, ale w 2005 r. powrócił na scenę Teatru Nowego w Łodzi, gdzie wyborowo zagrał Kalmitę w "Chłopcach" Grochowiaka.

– Koledzy uważali, że oszalałem – mówił, mając już 82 lat. A on mówił, że sposobem na długowieczność jest zaczęcie dnia od pół litra… owsianki.

Miał też pozaaktorskie pasje – malowanie i wędkowanie.

– Zacząłem jeszcze w swoim Wilnie, gdzie jako 7-8 latek wspólnie z kolegami sprzedawaliśmy ubogim Żydom złapane przez nas w Wilejce ryby.

Po latach wygrywał w zawodach wędkarskich aktorzy – dziennikarze. Potrafił w ciągu 3 godzin złowić 370 uklejek. W okolicach Orzysza wędkarze nazywali go "czarną śmiercią szczupaka", bo potrafił złowić dziennie kilka dużych ryb.

Był honorowym ambasadorem Domu Artystów Weteranów w Skolimowie.

Brak komentarzy