David Nott – lekarz wojenny. Tragedia dzieci Aleppo

Data: 15.06.2020 04:06

Autor: ziemianin

rp.pl

#aktualnosci #codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #syria #dzieci #Aleppo #wojna #isis #tragedia

Do wschodniego Aleppo wysłano konwój ONZ, który miał dostarczyć pomoc medyczną i żywność. Ale kolumna samochodów nigdy tam nie dotarła, została bowiem zaatakowana z powietrza i zupełnie zniszczona. Zarówno Syria, jak i Rosja wyparły się odpowiedzialności za nalot.

David Nott – lekarz wojenny. Tragedia dzieci Aleppo

Abu Mohammadain wysłał mi zdjęcie małego chłopca, którego leczył. Ten malec najwyraźniej nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Miał dużą ranę ciętą głowy i krew obficie spływała po jego twarzy. Siedział samotnie w karetce i patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nikt nie wiedział, co stało się z jego rodzicami.

Pod koniec września 2015 roku, na prośbę będącego w coraz trudniejszej sytuacji reżimu Al-Asada, w syryjski konflikt zaangażowała się Rosja. Pierwotnym uzasadnieniem jej interwencji była chęć pokonania ISIS, ale nikt nie miał wątpliwości, że prawdziwym celem jest utrzymanie dyktatora przy władzy. Mimo wsparcia ze strony Iranu i ugrupowań Hezbollahu siły rządowe w Syrii miały kłopoty już od dłuższego czasu. Rosji natomiast udział w wojnie był bardzo na rękę. Prezydent Putin chciał w ten sposób wyrazić sprzeciw wobec polityki Zachodu i rzucić wyzwanie monopolowi Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, który trwał od dziesięcioleci.

Litania cierpienia bez końca

W marcu 2016 roku wziąłem trzy tygodnie urlopu, by pojechać do znajdującego się tuż przy tureckiej granicy małego szpitala w Reyhanli. Pacjentom z Syrii wolno tam było przekraczać granicę, by uzyskać w placówce pomoc medyczną. Wiele tamtejszych przypadków wzruszało mnie do łez, nawet podczas badań w izbie przyjęć. Ze względu na Molly (córka autora – red.) jeszcze bardziej angażowałem się w pomoc dzieciom. Pewna mała dziewczynka, która kilka miesięcy wcześniej ucierpiała w ataku bombowym, uległa tak poważnym poparzeniom, że straciła obydwie ręce, a jej twarz była strasznie okaleczona. Rodzice przywieźli ją do przychodni w wózku ocienionym parasolem, żeby nikt nie mógł jej zobaczyć, i pokazali mi jej zdjęcie zrobione przed nalotem. Wyglądała na nim jak Molly. Myślałem, że pęknie mi serce.

19 lipca 2016 roku droga Castello została zamknięta, a wschodnie Aleppo całkowicie otoczyły siły rządowe. Abu Waseem wysyłał mi cały czas przez aplikację WhatsApp filmy i zdjęcia przypadków, w których potrzebował konsultacji. Kiedy tylko mogłem, chętnie mu pomagałem, ale wydawało się, że ta litania cierpienia nie ma końca. Niewdzięczny charakter tej pracy najwyraźniej odbijał się też na nastroju Abu Waseema. Pewnego dnia wysłał mi dwa zdjęcia dziecka, które odniosło potworne obrażenia, i napisał:

– Spójrz na tę dziewczynkę. To ofiara dzisiejszego bombardowania rosyjskich samolotów. Straciła jedno ramię i całą twarz.

– To okropne – odpisałem. – Myślisz, że przeżyje?

– Niestety, tak – odpowiedział.

W tamtym czasie największym zagrożeniem dla ludności Aleppo była broń chemiczna. Abu Waseem wspominał, że do szpitala zaczynały trafiać grupy pacjentów po atakach z użyciem chloru. Oddział ratunkowy szpitala był wypełniony po brzegi, a personel nie dysponował wystarczającą liczbą masek i butli tlenowych, żeby wszystkim pomóc. W rezultacie dwóch pacjentów zmarło. Chlor reaguje z wodą, tworząc kwas solny. Jeśli dostanie się do dróg oddechowych, rozpuszcza płuca ofiary.

Tydzień później otrzymałem wiadomość od Abu Mohammadaina; nadal pracował w M10. Wysłał mi zdjęcie małego chłopca, którego leczył. Materiał filmowy, na którym widać zakrwawioną twarz tego przerażonego i wstrząśniętego dziecka, obiegł później media społecznościowe i został pokazany niemal we wszystkich programach informacyjnych. Ten malec najwyraźniej nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Miał dużą ranę ciętą głowy i krew obficie spływała po jego twarzy. Siedział samotnie w karetce i patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nikt nie wiedział, co stało się z jego rodzicami.

Następnego dnia Abu Waseem poinformował mnie, że do M1 trafił brat tego chłopca z poważnym uszkodzeniem wątroby, ale niestety zmarł na stole operacyjnym. Mój przyjaciel był tym zupełnie zdruzgotany. Dlaczego sytuacja w Syrii tak bardzo się pogarszała? Kiedy miało się to wreszcie skończyć? Coraz bardziej mnie to dręczyło i oburzało.

Scheda Tony'ego Blaira

Kiedy w wyniku ataków z użyciem broni chemicznej w miejscowości Ghuta koło Damaszku zginęło czterysta dzieci, w oczekiwaniu na decyzję brytyjskiego parlamentu w sprawie interwencji militarnej prezydent Obama powiedział, że „została przekroczona czerwona linia". Zwolenników wysłania koalicyjnych wojsk było wśród parlamentarzystów niemal tyle samo, co przeciwników, lecz ostatecznie 272 posłów opowiedziało się za, a 285 przeciw nalotom na pozycje syryjskiego wojska. Niestety, w poprzedzającej głosowanie debacie było więcej elementów politycznej walki pomiędzy premierem Davidem Cameronem i liderem opozycji Edem Milibandem niż dyskusji nad najlepszym możliwym rozwiązaniem. Dużą rolę odegrała też scheda, jaką pozostawił po sobie Tony Blair, który dziesięć lat wcześniej zaangażował brytyjskie wojska w wojnę w Iraku. Społeczeństwo Wielkiej Brytanii nie chciało zostać ponownie uwikłane w konflikt toczący się w jakimś odległym państwie, o którym niewiele wiedziało. Jestem jednak pewien, że gdyby państwa Zachodu wykazały się wtedy jednomyślnością, dowództwo syryjskiej armii zostałoby pokonane.

Po ataku w Ghucie reżim Al-Asada przyznał się do posiadania broni chemicznej i zgodził się na międzynarodową kontrolę, zgodnie z 2118 rezolucją Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych. Termin likwidacji wszelkiej broni chemicznej został wyznaczony na pierwszą połowę 2014 roku, z czego oficjalnie Syria się wywiązała, ale ataki na Chan Szajchun w kwietniu 2017 roku i rok później na Dumę świadczą o tym, że reżim albo kłamał, albo uzupełniał swoje zapasy. Tymczasem dostawałem kolejne wiadomości od Abu Waseema, który pisał, że z bomb beczkowych zrzucanych w okolicach szpitala unoszą się kłęby chloru, a liczba takich ataków zwiększa się z dnia na dzień.

Chirurgia twarzowo-szczękowa

Pod koniec sierpnia 2016 roku Abu Waseem skontaktował się ze mną, prosząc o pomoc przy operacji pacjenta, który doznał poważnego uszkodzenia twarzy podczas wybuchu bomby beczkowej. Był to trzydziestopięcioletni mężczyzna, ojciec trójki dzieci, którego kilku najbliższych przyjaciół zginęło na skutek tego samego ataku. Jego usta i dolna część twarzy zwisały bezwładnie, a ryzyko infekcji było bardzo wysokie. Miejscowi lekarze zrobili wszystko, co było w ich mocy, zastanawiali się jednak, czy mógłbym im pomóc zrekonstruować szczękę pacjenta. Ku mojemu zaskoczeniu w szpitalu M10 zainstalowano urządzenie do tomografii komputerowej i przez aplikację WhatsApp wysłano mi wykonane nim zdjęcia twarzy mężczyzny.

Pokazałem je kilku kolegom specjalizującym się w chirurgii twarzowo-szczękowej. Pacjentowi pozostały tylko gałęzie żuchwy wystające ze stawów skroniowo-żuchwowych, łączące kości żuchwowe z czaszką.

Jak to zwykle bywa, każdy z lekarzy, których o to pytałem, miał inną opinię, choć szczerze mówiąc, był to wyjątkowo trudny przypadek. Niektórzy twierdzili, że rekonstrukcja jest niemożliwa. Inni sugerowali, że operacja może się powieść tylko z wykorzystaniem płata wolnego z nogi wraz z kością. Takie rozwiązanie wymagałoby pracy pod mikroskopem i połączenia wszystkich drobnych naczyń krwionośnych. Ja zaproponowałem użycie metalowej płytki, wygiętej w półokrąg i przymocowanej śrubami do ocalałych fragmentów kości, która uzupełniłaby zarys żuchwy. Aby odbudować dno jamy ustnej, płytkę należałoby następnie pokryć mięśniem, a ten z kolei przeszczepem skórnym, czyli wolnym płatem skórno-mięśniowym, z którego zostałby uformowany przód twarzy. Taki zabieg to bardzo skomplikowane przedsięwzięcie, nawet w idealnych warunkach. My chcieliśmy dokonać rzeczy niesłychanej i przeprowadzić operację częściowo zdalnie. Miałem instruować miejscowych lekarzy przez Skype'a, nie ruszając się z Londynu.

Postanowiliśmy, że spróbujemy wykorzystać płat wolny z mięśnia piersiowego większego, który jest zaopatrywany w krew przez tętnicę podobojczykową, a potem odwrócić go w taki sposób, aby pokryć nim odbudowaną żuchwę. Abu Waseem i jego koledzy byli bardzo podekscytowani tą perspektywą. Mieli tydzień, by przeszukać wszystkie szpitale w Aleppo i znaleźć odpowiednią sterylną płytkę oraz śruby, a ja przesyłałem im w tym czasie jak najwięcej informacji na temat techniki, którą mieliśmy zastosować.

Dzień przed zabiegiem połączyliśmy się przez Skype'a, aby dogadać szczegóły. Otrzymałem wtedy potwierdzenie, że szpital dysponował dwoma jednostkami krwi do infuzji. Tak się złożyło, że program BBC „Newsnight" zwrócił się akurat do mnie z prośbą o komentarz do aktualnej sytuacji w Aleppo. Wspomniałem w nim, że właśnie zamierzałem nadzorować przez Skype'a odbywającą się tam skomplikowaną operację. Dziennikarze zgodzili się nagrać całą procedurę i pokazać światu, jak odważni i niezłomni są lekarze w oblężonym Aleppo.

Wielki sukces zabiegu

Następnego dnia połączyłem się ze szpitalem M10 i przez wielki ekran telewizyjny zobaczyłem leżącego na stole operacyjnym pacjenta pod narkozą. Nad nim, na kijku do selfie, umieszczono iPhone'a, bym mógł wszystko dokładnie widzieć. Ponieważ tamtejsi chirurdzy nigdy wcześniej nie wykonywali podobnego zabiegu, zacząłem im mówić, co po kolei należy zrobić. Najpierw przykręcili metalową płytkę do ocalałych fragmentów kości szczękowych, co zajęło mniej więcej dwie godziny, po czym przeszliśmy do najtrudniejszej części zabiegu. Mięsień piersiowy większy to szeroki mięsień powierzchniowy klatki piersiowej, znajdujący się pod sutkiem. Wykonujący operację chirurdzy nigdy wcześniej nie mieli okazji go przenosić, nie wiedzieli więc, gdzie wykonać nacięcia. Poprosiłem ich zatem, żeby najpierw odsunęli płat naramienno-piersiowy, unosząc pokrywający pierś i zaczynający się tuż pod obojczykiem rozległy fragment skóry, aby w ten sposób odsłonić cały mięsień piersiowy większy. To trwało kolejną godzinę. Jednocześnie dokonywaliśmy wielu pomiarów, aby się upewnić, że płat skórno-mięśniowy uda się odwrócić tak, by pokryć nim metalową płytkę i całą dolną partię twarzy.

Następnie dokładnie poinstruowałem chirurgów w Aleppo, w których miejscach naciąć mięsień i skórę. W ciągu kolejnych sześciu godzin udało im się przenieść odpowiedni fragment skórno­-mięśniowy na właściwe miejsce i pod koniec dnia mogliśmy się wszyscy cieszyć wielkim sukcesem tego zabiegu.

Zarejestrowane podczas operacji nagranie można było zobaczyć kilka dni później w programie „Newsnight" i do dziś jest ono dostępne na kanale YouTube. Emisja tego programu pomogła lekarzom z Aleppo poczuć się lepiej, nie tylko dlatego, że pokazywała przeprowadzoną przez nich i zakończoną sukcesem niezwykle skomplikowaną operację, ale także dlatego, że dzięki niej uwaga ludzi na całym świecie została ponownie zwrócona na tragedię ich miasta. Abu Waseem i jego koledzy informowali mnie na bieżąco o stanie mężczyzny. Gdy usunęli mu rurkę do tracheotomii, podobno się rozpłakał i powiedział:

– Niech was Bóg błogosławi!

Cieszyłem się, że mogłem im pomóc. Było to jak maleńki promyk nadziei rozświetlający ciemności tej wojny.

Dzieci unicestwiane na masową skalę

We wrześniu sytuacja w Syrii dramatycznie się jednak pogorszyła. Tylko przez ostatni weekend tego miesiąca otrzymałem ponad sto wiadomości od moich kolegów z Aleppo. Jednego dnia w ciągu zaledwie kilku godzin przyjęli do szpitali stu sześćdziesięciu ośmiu rannych, poszkodowanych wskutek wybuchów bomb beczkowych i nieustających nalotów rakietowych. Ponad połowę stanowiły dzieci. Oczywiście wielu ludzi ginęło na miejscu i nikt nie znał rzeczywistej liczby ofiar. Wyglądało na to, że jeden z ataków przypuszczono na tłum ludzi, którzy zgromadzili się na bazarze i stali w kolejce po jedzenie. Szwadron samolotów bojowych ostrzelał ich pociskami rakietowymi. Rosyjskie lotnictwo miało też zrzucać bomby kasetowe oraz większe ładunki zwane bombami bunkrowymi. Penetrują one w głąb ziemi i wybuchają dopiero pod jej powierzchnią, zabijając ukrywających się w piwnicach ludzi. Do szpitali trafiali ponoć także ranni z łożyskami kulkowymi wbitymi głęboko w ciała. Napływające do mnie wiadomości były przerażające i coraz bardziej martwiłem się zarówno o moich kolegów, jak i o ludność cywilną i niewinne dzieci, unicestwiane na masową skalę.

Chciałem jak najszybciej zrobić coś, co nakłoniłoby polityków do zatrzymania tego szaleństwa. Elly (żona autora – red.) zasugerowała, abym skontaktował się z Andrew Mitchellem – parlamentarzystą, który często wypowiadał się na temat kwestii humanitarnych i wiele zrobił w tym zakresie, kiedy był ministrem spraw zagranicznych. Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się ze mną spotkać i porozmawialiśmy o pogarszającej się sytuacji cywilów w nieustannie bombardowanym przez syryjskie i rosyjskie samoloty wojskowe wschodnim Aleppo. Pokazałem mu fotografie martwych i umierających dzieci, które mi stamtąd przysyłano, i zasugerowałem, że brytyjski rząd powinien jak najszybciej podjąć działania, aby powstrzymać tę masakrę.

Jednocześnie zainicjowałem kampanię medialną i starałem się jak najczęściej występować w programach radiowych i telewizyjnych, by nagłośnić tę sprawę i opowiedzieć o ryzyku, jakie podejmują pracujący tam lekarze. Czyhające na nich niebezpieczeństwo dało o sobie w potworny sposób znać na początku października, kilka tygodni po przeprowadzonej przez nas wspólnie operacji. Wysłano mi film przedstawiający bombę bunkrową spadającą na blok operacyjny szpitala M10. Cel został wymierzony bardzo precyzyjnie, więc współrzędne budynku musiały być znane. Z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że ktoś mógł przechwycić naszą rozmowę przez Skype'a i w ten sposób zlokalizować szpital. W ciągu kilku następnych minut na M10 zrzucono jeszcze trzy bomby beczkowe i dwie kasetowe, które zupełnie zniszczyły budynek. OIOM, sala pooperacyjna i wszystkie oddziały były w chwili nalotu pełne i wielu pacjentów zginęło. Ci, którzy przeżyli, zostali przetransportowani do okolicznych placówek, te jednak także znalazły się pod ostrzałem. Jakimś cudem wszystkim moim kolegom udało się wyjść z tego cało.

Rosyjskie ataki bombowe

Dzięki ogromnym wysiłkom dyplomatycznym pięć dni później ambasador Wielkiej Brytanii przy ONZ Matthew Rycroft oficjalnie potępił rosyjskie ataki bombowe i zarzucił administracji Putina, że jej rzekome działania na rzecz pokoju w Syrii to fikcja. Reprezentanci Rosji zawetowali roboczą wersję rezolucji, która postulowała powrót do zawieszenia broni i zakończenia nalotów w Syrii, z wyjątkiem ataków na pozycje ISIS i ugrupowań sympatyzujących z Al-Kaidą. Był to już piąty taki przypadek, gdy Rosja wykorzystała status stałego członka Rady Bezpieczeństwa, by zablokować interwencję ONZ w Syrii.

Tymczasem Andrew Mitchell wystąpił z prośbą do spikera Izby Gmin o zwołanie na mocy 24 ustawy jej stałego regulaminu nadzwyczajnych obrad w sprawie Syrii. Debata odbyła się 11 października i wraz z Elly wybraliśmy się wtedy do siedziby niższej izby parlamentu, by się jej przysłuchiwać. Wielu deputowanych włączyło się w obrady, ale sala nie była pełna i pamiętam, że wyszliśmy stamtąd bardzo rozczarowani. Trzeba jednak przyznać, że to posiedzenie zapoczątkowało ważny proces – parlamentarzyści wreszcie zaczęli rozmawiać o popełnianych w Aleppo zbrodniach. Miałem wrażenie, że wcześniej wielu z nich nie bardzo chciało o nich wiedzieć.

Przez następnych kilka dni w Aleppo zginęło kolejnych czterystu cywilów, a tysiące zostało rannych. Zniszczono parę innych szpitali. Organizacja Aleppo City Medical Council przestawała sobie radzić z rosnącą liczbą pacjentów oraz brakiem zaopatrzenia i zwróciła się z oficjalną prośbą do ONZ o pomoc humanitarną i ewakuację rannych. Jednak ze względu na to, że wcześniejszy konwój został zaatakowany, nikt nie zamierzał wysyłać kolejnych.

Pod koniec października pojechałem z Mounirem do Bab al-Hawa, by pomóc zoperować pacjentów, którzy ucierpieli w intensywnych nalotach na okolice Aleppo. Syryjski rząd ogłosił utworzenie bezpiecznych korytarzy dla tych, którzy chcieli opuścić wschodnią część miasta, ale nikt nie ufał ich obietnicom.

Dramat miasta

W ciągu następnych dwóch tygodni liczba nalotów się zmniejszyła i choć zapasy żywności i wyrobów medycznych powoli się wyczerpywały, wieści płynące z Aleppo były nieco bardziej optymistyczne.

Tliła się we mnie nadzieja, że mógł to być długo oczekiwany efekt międzynarodowych nacisków, ale niestety ten stan nie utrzymał się zbyt długo. W połowie listopada na Aleppo zrzucono ulotki z informacją, że tych, którzy nie opuszczą wschodniej części miasta przez rzekomo bezpieczne korytarze, czeka potężna ofensywa. Następnego dnia na tę część Aleppo wykonano niemal dwieście nalotów z powietrza i wystrzelono prawie tyle samo rakiet, zabijając setki cywilów i zrównując z ziemią szpital dziecięcy. Mieszkańcy nie chcieli jednak uciekać ani opuszczać swych domów, poza tym bali się, że jak tylko przedostaną się na stronę reżimu, zostaną zaaresztowani lub czeka ich jeszcze gorszy los.

Kiedy wróciłem do Wielkiej Brytanii, pisałem do gazet i występowałem we wszystkich programach radiowych i telewizyjnych, które zechciały mnie przyjąć, aby nagłośnić dramat tego miasta. Musieliśmy jakoś wydostać stamtąd tych ludzi, i to taką drogą, której mogliby zaufać, omijając oficjalne korytarze syryjskiego rządu. Tylko jak mieliśmy tego dokonać? Wydawało się, że w obliczu brutalnego uścisku, w którym Rosja i reżim Al-Asada trzymały miasto, to zadanie jest niemożliwe. Nie wiedzieliśmy nawet, od czego zacząć.

Fragment książki Davida Notta „Lekarz wojenny" w przekładzie Dominiki Braithwaite, która ukaże się nakładem wydawnictwa Insignis. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Brak komentarzy