Zazdrościć im mogą FBI i MI5. Kto tak psuje krew Rosjanom?

Data: 20.11.2019 22:13

Autor: ziemianin

tvp.info

#codziennaprasowka #informacje #wiadomosci #estonia #talinn #narwa #tartu #rosja #wojnahybrydowa #szpiegostwo

Nie zwykli owijać w bawełnę. Co roku podają nazwiska i pokazują zdjęcia rosyjskiej „piątej kolumny”. Od dawna amerykańskie czy brytyjskie służby bardzo doceniają ich profesjonalizm. Teraz głośno zrobiło się o nich na całym świecie. Po tym, jak szef ich wywiadu oznajmił publicznie, że w kraju namierzono siatkę rosyjskich agentów wpływu. W wielu innych krajach skończyłoby się to na publicznej krytyce tych agentów. Tam mogą pójść za kraty.

Zazdrościć im mogą FBI i MI5. Kto tak psuje krew Rosjanom?

„Namierzyliśmy siatkę polityków, dziennikarzy, dyplomatów i biznesmenów, którzy tak naprawdę są rosyjskimi agentami wpływu i którzy robią, co im się każe robić. Widzimy wyraźnie, że ci ludzie realizują agendę Rosji”. Te słowa szefa estońskiego wywiadu na dorocznym Aspen Security Forum w Kolorado wywołały duży oddźwięk w zachodnich mediach. Oczywiście dlatego, że padły tuż po spotkaniu Trumpa z Putinem, w samym środku burzy w USA wokół oskarżeń prezydenta i ludzi z jego otoczenia o niejasne powiązania z Rosjanami.

Dyrektor generalny Estońskiej Służby Wywiadu Zagranicznego (Välisluureamet) Mikk Marran mówił oczywiście o problemach w jego kraju, ale mechanizmy mogą być podobne także gdzie indziej – co podkreśliło wiele mediów zachodnich.

Imponująca skuteczność

Marran wie doskonale, co mówi, bo to właśnie maleńki nadbałtycki kraj może pochwalić się bardzo wysoką skutecznością w zwalczaniu rosyjskich szpiegów. Choć dodać tu należy, że to nie Välisluureamet (niewielka, głównie analityczna służba podległa ministerstwu obrony) zajmuje się łapaniem agentów. Robi to Kaitsepolitseiamet (KaPo), czyli Urząd Policji Bezpieczeństwa. Po prostu kontrwywiad.

Dla nikogo, kto choć trochę zna specyfikę działania rosyjskich służb, nie może być zaskoczeniem ogromna cierpliwość, z jaką Moskwa prowadzi swych agentów, czy to tych klasycznych, czy wpływu. Mikk Marran mówił w Aspen o politykach, „którzy byli na marginesie lokalnej polityki jeszcze kilka lat temu, a teraz zasiadają w narodowych parlamentach czy rządach”. Jak przyznał szef Välisluureamet, Rosjanie „zrobili trochę złych inwestycji, ale też podjęli parę bardzo dobrych inwestycji”. Oczywiście chodzi o wybór kandydatów na agentów wpływu.

Wybraną osobę Rosjanie otaczają swoistą „opieką”. Zapewniają mu wsparcie medialne, wsparcie polityczne. Proponują lub zapewniają pewne wyjątkowo korzystne biznesowe możliwości. Rzadziej, bo jest to bardziej ryzykowne, dostarczają niemal wprost pomoc finansową. Bardzo ważnym narzędziem jest po prostu szantaż. Tak zaczęło się w przypadku najsłynniejszego szpiega rosyjskiego w Estonii. Zresztą sprawa Hermana Simma to również potwierdzenie, jak Rosjanie potrafią przez wiele lat prowadzić cierpliwie agenta, aż dojdzie do stanowisk i wiedzy cennych dla Moskwy. Simm to największy wyrzut sumienia estońskiego kontrwywiadu. Nadzwyczaj bolesna lekcja, z której wyciągnięto wnioski.

Estoński „kret” i portugalski nielegał

Simm pracował w milicji w czasach, gdy Estonia była sowiecka. Doszedł nawet do stanowiska inspektora kryminalnego. Pech chciał, że podczas stażu na Akademii MSW w Moskwie wpadł na handlu przemycanymi z Finlandii ciuchami. Zamiast wyrzucenia ze służby wybrał współpracę z KGB. Towarzysze z Łubianki zadbali o dalszą karierę Simma. Milicjant kryminalny nieoczekiwanie awansował na dużo ważniejsze politycznie stanowiska. Bo w czasie burzliwych wydarzeń przechodzenia Estonii od sowieckiej okupacji, przez tzw. suwerenność, do pełnej niepodległości Simm nagle stał się wielkim patriotą i zaangażował w organizowanie samoobrony przeciwko miejscowym sowieckim radykałom czy nawet możliwej interwencji Moskwy.

Zasłużył się i trafił do MSW. A cztery lata później do ministerstwa obrony, na stanowisko szefa grupy informacyjno-analitycznej. Dla Moskwy już niezły kąsek. Nic dziwnego, że w 1995 roku pojawili się u Simma panowie z rosyjskiego wywiadu – przypominając, że kiedyś podpisał deklarację współpracy. I stawiając przed wyborem: albo zostaje to ujawnione, albo on współpracuje z Rosją (za niemałe pieniądze). Wybrał to drugie. To był sukces Rosjan. Ale prawdziwe żniwa ruszyły kilka lat później.

W 2001 roku w resorcie obrony powstał departament ochrony tajemnicy państwowej. To komórka odpowiedzialna za koordynowanie wszelkich działań w zakresie ochrony tajemnicy, wydająca certyfikaty dostępu do informacji niejawnych, wreszcie za przekazywanie danych do NATO, UE i innych partnerów. Szczególnie istotne to ostatnie stało się po wejściu Estonii do NATO. Na czele wspomnianego departamentu stał nie kto inny jak Simm. Dało mu to dostęp do wszelkich tajnych informacji, którymi dzielą się członkowie Sojuszu. Regularnie gościł w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Ufali mu wszyscy. Od Skandynawów po Anglosasów.

Brał udział w naradach w naprawdę wąskim kręgu dotyczących bezpieczeństwa NATO. Miał dostęp do tego, co przedstawiało dla Rosjan najwyższą wartość – bezpieczeństwa kryptograficznego, systemów używanych do zabezpieczania połączeń i transmisji danych, detali wszystkich najbardziej tajnych sojuszniczych sieci łączności. Bardzo cenne dla Moskwy były dostarczane przez Simma informacje o aktywności kontrwywiadowczej NATO, pozwalały bowiem omijać zabezpieczenia sojuszników.

Simm doniósł m.in. Rosjanom, że członkowie NATO uzgodnili, że byli członkowie partii komunistycznych nie będą już automatycznie pozbawiani możliwości otrzymania poświadczeń bezpieczeństwa po procedurze sprawdzenia. Ale już fakt pobytu w którejś z elitarnych szkół partyjnych z góry miał dyskwalifikować osobę sprawdzaną. Po uzyskaniu tej tajnej informacji rosyjski wywiad natychmiast zaczął zalecać swoim agentom, żeby starali się usunąć na wszelki możliwy sposób informacje o przejściu partyjnej szkoły w czasach zimnej wojny.

To właśnie kwestie kontrwywiadowcze pogrążyły Simma. Służby zaczęły mu się przyglądać krótko po tym, jak przekazał oficerowi prowadzącemu z SWR dane osób, które kontrwywiady zachodnie podejrzewały o szpiegostwo na rzecz Rosji. Oczywiście część z nich faktycznie była agentami. Najprawdopodobniej jakaś zachodnia służba od swego źródła w rosyjskich służbach dowiedziała się o przecieku. I zaczęła szukać jego źródła u siebie. W maju 2008 roku rozpoczęła się operacja pod kryptonimem White Knight. Wiodącą rolę odgrywały w niej amerykańskie FBI i niemieckie BND. Simm był wówczas doradcą ministra obrony – objęto go staranną obserwacją.

Zdecydował błąd

Simm był nadzwyczaj ostrożny. Nigdy nie spotkał się z wysłannikiem rosyjskiego wywiadu dwa razy w tym samym miejscu. To samo, jeśli chodzi o „skrzynkę kontaktową”. Zazwyczaj pozostawiał pendrive’a w małym kartoniku po soku w jednym z publicznych koszy na śmiecie. Stamtąd zabierał go już rosyjski agent. Ze swoim oficerem prowadzącym Simm spotykał się w aż dziesięciu różnych krajach. Przełom w polowaniu na szpiega nastąpił 16 września 2008 roku. Jak to bywa w grach wywiadów, zdecydował błąd. Do Simma ktoś zadzwonił na komórkę, informując, że odwołuje zaplanowane wcześniej spotkanie. Rozmowę nagrał estoński kontrwywiad KaPo. Zidentyfikowano od razu osobę dzwoniącą. Był to obywatel Portugalii, Antonio Amurett de Jesus Graf. Od dłuższego czasu znany zachodnim służbom jako agent nielegał Służby Wywiadu Zagranicznego FR (SWR), naprawdę nazywający się Siergiej Jakowlew.

Zachodnie służby wpadły na jego trop, gdy próbował zwerbować w innym kraju NATO ważnego urzędnika. Ten to zgłosił i tak kontrwywiad Sojuszu wziął pod obserwację „Jesusa”. To on był oficerem prowadzącym Simma. Tyle że działał bez dyplomatycznego przykrycia. To dawało większą swobodę działania, ale było też dużo bardziej ryzykowne. W razie wpadki groziło więzienie, a nie wydalenie z kraju.

Dla prowadzących operację White Knight ten jeden telefon z 16 września był wystarczającym powodem, by działać. 19 września 2008 Simm z żoną jechali do centrum handlowego Röömu w podstołecznej miejscowości Keila po ciasto dla jego macochy. Został zakuty w kajdanki, gdy wysiadał z auta. W jego letnim domku funkcjonariusze znaleźli instrukcje od Jakowlewa, mnóstwo skopiowanych niejawnych materiałów, dwa pistolety i dwa karabiny.

Piąta kolumna

W porównaniu z większością innych krajów UE i NATO Estonia – podobnie zresztą Łotwa i Litwa – ma trudniejsze zadania kontrwywiadowcze choćby z powodu posiadania znaczącej mniejszości rosyjskojęzycznej. Podczas gdy w innych państwach przede wszystkim należy uważnie obserwować rosyjskich dyplomatów, to w Estonii Moskwa chętnie sięga po szpiegów wśród miejscowych Rosjan – pozostałości po dekadach sowieckiej okupacji.

Warto zwrócić uwagę na imiona i nazwiska szpiegów Moskwy schwytanych i skazanych w Estonii w latach 2015-2016. Nie ma tam rdzennie estońskich nazwisk: Aleksandr Rudnew, Maksym Gruzdew, Paweł Romanow, Artiom Małyszew, Alik Chuczbarow. To wszystko przedstawiciele mniejszości. Trzech posiada podwójne obywatelstwo (estońskie i rosyjskie), jeden ma tylko paszport estoński, jeden jest bezpaństwowcem. W 2017 roku skazano trzech kolejnych. Również nie byli etnicznymi Estończykami.

To inni szpiedzy niż Simm. Bez porównania mniej wartościowi, ale przydatni z innych względów. Podczas gdy Simma prowadziła SWR, spadkobierczyni elitarnego I Zarządu Głównego KGB (wywiad), takich ludzi jak Rudnew czy Małyszew wykorzystywała FSB, która prowadzi także tzw. płytki wywiad, czyli rozpoznanie w najbliższym obszarze po estońskiej stronie granicy. Zresztą to właśnie FSB podlegają w Rosji wojska pograniczne. Działalnością przeciwko Estonii zajmują się wydziały FSB w obwodach z nią graniczących (Psków, St. Petersburg). Ale w istotniejsze operacje angażuje się centrala moskiewska.

Tak było na przykład z porwaniem oficera KaPo Estona Kohvera jesienią 2014 roku. Estończyk został zwabiony w pułapkę na granicy i porwany. Potem wymieniono go na Aleksieja Dressena, schwytanego i skazanego wcześniej szpiega rosyjskiego w Estonii. Generalnie FSB skupia się na werbunku informatorów wśród przemytników i Rosjan mieszkających w Estonii, na ogół blisko granicy, podróżujących do krewnych w Rosji. Niestety dla Estończyków, ich granica lądowa z Rosją wciąż w dużej mierze przypomina sito. To na ogół pagórkowaty, gęsto zalesiony obszar, w którym nietrudno przejść granicę.

Wbrew statusowi

Rzecz jasna, Rosja prowadzi działania szpiegowskie także z placówek dyplomatycznych na terenie Estonii. To ambasada w Tallinie i konsulaty generalne w Tartu i Narwie. Z tego drugiego zresztą w ubiegłym roku wydalono dwóch Rosjan za działalność „niezgodną ze statusem dyplomaty”.

Podobnie jak w innych krajach mniej więcej co trzeci pracownik placówek dyplomatycznych Rosji w Estonii to funkcjonariusz służb specjalnych: SWR, GRU, FSB. Wiadomo, że odegrali oni istotną rolę podczas burzliwych zamieszek ulicznych, które wywołali rosyjscy radykałowie pod pretekstem obrony pomnika sowieckich żołnierzy w Tallinie wiosną 2007 roku. Co prawda KaPo nie zdobyła dowodów, że to rosyjski wywiad kierował bezpośrednio operacją (choć wiadomo, że przeprowadził wtedy zmasowany, pierwszy taki w historii, cyberatak na Estonię), ale wiadomo, że dochodziło do tajemnych spotkań dyplomatów (oficerów służb) z lokalnymi rosyjskimi aktywistami.

Wiadomo też, że w Estonii w tym czasie wizytę złożyła delegacja rosyjskiego parlamentu, w której uczestniczył były szef FSB. Estońskie służby zwracają jednak w ostatnich latach uwagę na to, że zmienia się coraz wyraźniej sposób „przykrycia” agenta wywiadu. Obok klasycznego wykorzystania dyplomatów coraz częściej Rosja korzysta z nielegałów (typowa zimnowojenna metoda, wymagająca wielkiego zaangażowania służby oraz – przede wszystkim – czasu), a także agentów udających biznesmenów i dziennikarzy.

Stąd KaPo bardzo wiele uwagi poświęca obserwacji środowiska biznesowego oraz mediów. Po przykrych doświadczeniach z rosyjskimi inwestorami w strategicznych gałęziach gospodarki – z tranzytem i portami na czele – estoński kontrwywiad bacznie monitoruje, kto chce inwestować i w co? Przy każdym istotniejszym przypadku badana jest szczegółowo struktura kapitałowa inwestora. Ta faktyczna, a nie na papierze. Przy czym od razu należy zastrzec, że tak małemu krajowi jak Estonia dużo łatwiej kontrolować tego rodzaju napływ kapitału. Ale nie mniej groźne są działania rosyjskie w mediach. To fundament wojny hybrydowej – o czym Estończycy przekonali się przecież na długo przed Ukraińcami.

Jak swego czasu zauważył pewien wysoki rangą pracownik Kaitsepolitsei, „Rosja nie przeprowadzi żadnej wojskowej operacji bez wcześniejszego wytworzenia wrażenia zagrożenia wewnętrznego. Informacja jest tylko narzędziem. Celem są wpływy”. Klasyczną metodą uprawiania takiej działalności przez rosyjski wywiad jest regularne wysyłanie do Estonii „korespondentów” rosyjskich mediów, którzy formalnie zgłaszają chęć opracowania jednego tematu, a w rzeczywistości tworzą fałszywe relacje i materiały pisane pod napisane wcześniej w służbach rosyjskich tezy. Wystarczy poczytać doroczne raporty KaPo, żeby przekonać się, ilu takich „dziennikarzy” wyrzucono lub choćby zdemaskowano.

To właśnie wydawane od 1998 roku raporty o stanie bezpieczeństwa państwa są symbolem skuteczności Estonii w toczącej się cały czas wojnie informacyjnej z Rosją. Estończycy pierwsi (potem poszły w ich ślad inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej, choć też w różnym stopniu) postanowili zagrać z Rosjanami w otwarte karty. I publikują nazwiska, wizerunki, nazwy osób i organizacji, które zdaniem KaPo działają na rzecz Rosji. Co ważne, często robią to, choć nie ma sądowego orzeczenia w tej czy innej sprawie. Taka maksymalna jawność okazuje się dość skutecznym narzędziem w walce z Rosją. Drugie skuteczne narzędzie to surowość kar. Jeśli już ktoś trafia przed sąd za działalność na rzecz Rosji, to zostaje skazany bardzo szybko (średnio kilka miesięcy od zatrzymania) i często na maksymalny wymiar kary.

Szpieg, czyli kto?

Bardzo istotne były szybko wprowadzone zmiany do prawa, poszerzające definicję działalności, którą uznaje się za szpiegowską. Wynikało to nie tylko z zagrożenia płynącego ze strony pozostałych po 1991 roku Rosjan oraz generalnie spuścizny postsowieckiej. W Tallinie szybko zrozumiano, jak bardzo zróżnicowane mogą być metody wywiadowcze stosowane przez Moskwę. Jak często mogą być to działania, których w świetle klasycznej definicji szpiegostwa nie dałoby się karać. Działania, o których tak dużo po 2014 roku mówi się jako hybrydowych. A przecież to nie Ukraina była pierwszą ofiarą działań hybrydowych Rosji. To właśnie Estonia, po zamieszkach i kryzysie wokół przeniesienia tzw. pomnika Brązowego Żołnierza (wiosna 2007 r.), wprowadziła pojęcie przestępstwa „konspirowanie przeciwko państwu Estonii”.

Osoby oskarżane o to przestępstwo nie poszukują państwowych tajemnic, jak typowy szpieg, ale robią coś, co wygląda na systematyczną działalność przeciwko Estonii i estońskiemu społeczeństwu. Tak szeroka definicja znacznie ułatwia pociąganie do odpowiedzialności karnej osób działających na rzecz Rosji. Efekt? W ciągu ostatnich czterech lat w Estonii skazano na więzienie za taką działalność dziesięć osób, a na Łotwie tylko dwie. Jeśli więc szef estońskiego wywiadu mówi, że służby jego kraju zidentyfikowały siatkę agentów wpływu działających na rzecz Rosji, to można się spodziewać, że osoby z tej listy nie tylko znajdą się pod pręgierzem publicznej krytyki, ale też mogą usłyszeć zarzuty.


Ps. Nasuwa się pytanie ilu rosyjskich agentów wpływu jest w Polsce?

Brak komentarzy